Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Gakkon 4 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 7/10
fabuła: 4/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 5
Średnia: 6
σ=0,63

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Licensed by Royal

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2003
Czas trwania: 13×23 min
Tytuły alternatywne:
  • L/R: Licensed by Royalty
Gatunki: Sensacja
zrzutka

Licencjonowani agenci ich królewskich mości… Nie, naprawdę był jakiś gość nazwiskiem Bond?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Królestwo Ishtar (wbrew bliskowschodniej nazwie stylizowane na Wielką Brytanię z połowy ubiegłego wieku) potrzebuje oczywiście najlepszych służb specjalnych. Jedną z komórek podlegających bezpośrednio rodzinie królewskiej jest Cloud 7: składająca się z szefa nazwiskiem Pennylane, jego córki i asystentki Claire, nieco stukniętego naukowca oraz – rzecz jasna – dwóch niezawodnych agentów, Jacka Hefnera i Rowego Rickenbackera. Dysponując „królewską licencją” mogą robić praktycznie wszystko – i praktycznie wszystko robią, gdy wymagają tego od nich kolejne nietypowe misje. Nie ma dla nich rzeczy niemożliwych… Pytanie tylko, kto potem będzie płacił koszta kolejnej misji.

Powiedzieć, że twórcy oglądali przygody Jamesa Bonda oraz Miami Vice (względnie dowolny z setek amerykańskich seriali sensacyjnych) byłoby poważnym niedoszacowaniem wpływu tamtych dzieł na fabułę Licensed by Royal. Pożyczane jest tu praktycznie wszystko, od podejrzanie przypominającej nieuważnie oglądany Londyn stolicy Ishtar, przez cudowne wynalazki doktorka (aż dziwne, że nie skracało się go do jakiejś jednej litery), aż po samych bohaterów. Jack to typ świetnie wychowanego i pewnego siebie playboya, który powodzenie u kobiet wykorzystuje często do zdobycia potrzebnych informacji (i kto by się spodziewał, że kryje blizny na duszy). Wyluzowany i bezpośredni Rowe bywa niezamierzenie szorstki, ale też podchodzi do życia znacznie bardziej emocjonalnie. Do tego jest wspomniana wyżej Claire, która jednego z panów darzy uczuciem silnie niesłużbowym… A dalej już mało wyrazista galeria oficjeli pałacowych, polityków i biznesmenów, mających jakiś wpływ na fabułę. Główni bohaterowie bez wątpienia są sympatyczni, w gruncie rzeczy jednak nie potrafiłam polubić ich na tyle, żeby zacząć poważnie przejmować się ich losami. Jakby nie patrzeć, są to typy może rzadkie w anime, ale pojawiające się na pęczki w produkcjach amerykańskich – i mimo rozmaitych zakrętów i meandrów fabuły, mimo dokonywanych wyborów, do końca pewnie mieszczą się w bezpiecznych stereotypach.

Pierwsze odcinki sugerują, że przyjdzie nam śledzić ciąg luźnych epizodów z życia agentów Cloud 7. Szybko jednak pojawia się główny wątek – związany z ościennym, całkowicie zależnym od Ishtar państewkiem Ivory Island oraz zaginioną członkinią rodziny królewskiej, zwaną „piętnastoletnią księżniczką”. Ta historia, której elementy początkowo tylko wplatają się pomiędzy kolejne misje, z czasem wychodzi na pierwszy plan, niepodzielnie przejmując całą końcówkę serii. I to niestety jest powodem tak niskiej oceny. Pierwsze epizody, choć trudno nazwać je oryginalnymi, były całkiem przyzwoitą rozrywką – ze szczyptą bondowskiego stylu, szybką akcją i odrobiną niezbędnego humoru. W śledzeniu poplątanych zależności pomiędzy królewską rodziną Ishtar, Ivory Island i tajemniczym (acz złowrogim) koncernem pogubiłam się bardzo szybko, nie na tyle jednak, by nie zauważyć, że misterny „plan” finałowy mógł się powieść jedynie dzięki dobrej woli scenarzystów. Co gorsza, właśnie dlatego ta końcówka była całkowicie niewciągająca – nieprzewidywalność scenariusza jest dobra, ale tylko o ile (jak w tym przypadku) nie wynika z kompletnie oderwanych pomysłów, ładowanych jeden za drugim albo (również tutaj) nie zawiera scen celowo pokazanych tak, że nie wiemy, kto i co właściwie zrobił.

W zrozumieniu wydarzeń z pewnością nie pomagają „realia świata”. Całość została bowiem szczodrze okraszona czymś, co w zamyśle twórców miało być angielskim. O jego poziomie może świadczyć choćby ewidentny błąd w oryginalnym tytule – dlatego zresztą wersja amerykańska została zmodyfikowana do Licensed by Royalty. Podobnie rzecz ma się z losowo wstawianymi nazwami, imionami (wśród których obok niezidentyfikowanego pochodzenia „Rowe” mamy także na przykład „Spade”, „Ciel” i inne kwiatki) i „angielskawymi” wtrętami w dialogach. Wbrew pozorom to właśnie ma spore szanse komplikować w niezamierzony sposób fabułę, sugerując jakieś znaczenia, do których później dorabiana jest teoria. Najdobitniej widoczne jest to w tekście „kołysanki z Ivory”, piosenki niezwykle istotnej dla fabuły. W zamierzeniu twórców ma to być dziecinna wyliczanka, której poszczególne wersy zaczynają odpowiadać zdarzeniom w rzeczywistości. W praktyce jest to zbitka słów angielskich, w której brakuje nie tylko gramatyki, ale i najbardziej podstawowego sensu.

Najlepiej chyba prezentuje się muzyka, z obowiązkowymi balladami w tle – niestety, one również zostały napisane w owej pseudoangielszczyźnie, jeśli jednak uda nam się nie słuchać słów, zostają całkiem przyjemne dla ucha kawałki. Od strony wizualnej jest to robota porządna, acz nie olśniewająca. Animacja jest dynamiczna kiedy trzeba, scenografia wprawdzie unika zatłoczonych miejsc, ale jest dostatecznie szczegółowa, a projekty postaci są dostatecznie charakterystyczne, by bohaterowie dalszych planów nie mylili się ze sobą.

Trzeba uczciwie powiedzieć, że w obrębie anime nie spotkałam się z wieloma pozycjami z podobnego gatunku. Jednakże „w obrębie anime” jest tu kluczowe – bowiem tak naprawdę dostajemy tu po prostu kalkę produkcji amerykańskich, wymieszanych z pomysłami rodem z przygód agenta 007. I w tym zestawieniu Licensed by Royal wypada słabo – może dlatego, że zawieszone w wymyślonym świecie traci historyczno­‑polityczne „smaczki”? Może dlatego, że nadmiernie zawikłana fabuła, w którą próbowano wmontować typowy dla anime dramatyzm, staje się w efekcie niespójna i nielogiczna? Pierwsze odcinki obiecywały znacznie więcej, bo po prostu dobrą rozrywkę mimo mało oryginalnego konceptu. Ostatnie odcinki obejrzałam już tylko z obowiązku. Owszem, bohaterowie są sympatyczni, ale w zasadzie nie polecam – chyba, że ktoś koniecznie chce zapoznać się ze wszystkimi pozycjami anime z etykietką „sensacja”.

Avellana, 23 grudnia 2007

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Pioneer LDC, TNK
Projekt: Kenji Teraoka, Masahiro Satou
Reżyser: Itsurou Kawasaki
Scenariusz: Kazuki Matsui
Muzyka: Masara Nishida