Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 4/10
fabuła: 4/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 2
Średnia: 8
σ=1

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Brigadoon: Marin to Melan

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2000
Czas trwania: 26×24 min
Tytuły alternatywne:
  • BRIGADOON まりんとメラン
  • Brigadoon - Marin and Melan
Gatunki: Dramat, Przygodowe
Postaci: Obcy; Rating: Nagość, Przemoc; Miejsce: Japonia, Świat alternatywny; Czas: Współczesność
zrzutka

Mała dziewczynka – nadzieja świata i jej potężny strażnik. Ni pies, ni wydra, czyli seria całkowicie pozbawiona grupy docelowej.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Trzynastoletnia Marin Asagi nie ma łatwego życia. Jako niemowlę została podrzucona na próg nagayi – ubogiego domu komunalnego w Tokio – i nigdy nie poznała swoich prawdziwych rodziców. Jednak mieszkańcy nagayi najlepiej, jak mogą, starają się zastąpić jej rodzinę, a sama dziewczynka nigdy nie traci optymizmu i wiary w siebie. Pomaga, rozwożąc gazety, uczy się dobrze i nie przejmuje tym, że w szkole zdarza jej się słyszeć od „sierot” i „żebraczek”. Ma zresztą jedną oddaną przyjaciółkę – cichutką i nieśmiałą Moe Kisaragi, która zawsze staje po jej stronie.

Ale pewnego letniego dnia roku 1969 (akcja nieprzypadkowo rozpoczyna się niedługo przed planowanym startem misji Apollo 11) na niebie nad całą Ziemią pojawia się obraz dziwnego świata. Niebawem przybywa z niego robot – machina do zabijania, której celem najwyraźniej jest właśnie Marin. Dziewczynka, uciekając, chroni się w lokalnej świątyni i przypadkiem otwiera znajdującą się tam tajemniczą ampułkę. Tak oto pojawia się Melan Blue – żywa broń, monomakia, podobnie jak prześladowcy Marin pochodzący ze świata na niebie, zwanego Brigadoon. Zadaniem i obowiązkiem Melana jest ochrona Marin, która z jakiegoś powodu wydaje się niezwykle ważną osobą. Nie będzie to jednak zadanie łatwe. Z Brigadoon przybywają kolejni przeciwnicy, a ogrom zniszczeń, powstałych podczas kolejnych starć, obraca ludzką nienawiść przeciwko ich pośredniej sprawczyni, czyli Marin. W dodatku mordercze monomakie nie są największym problemem Ziemi. Oto bowiem między oboma światami narasta zjawisko zwane równoczesnym upadkiem – tak, fragmenty światów dosłownie spadają na siebie, a wszystko wskazuje na to, że w pewnym momencie dojdzie do kosmicznej kolizji dwóch wymiarów. Czy Marin przetrwa dość długo, by wypełnić swoje przeznaczenie? I czy w ogóle uda jej się je wypełnić?

Trzeba powiedzieć, że wyjściowy pomysł, nawet jeśli nie oryginalny, jest „mocny”. Jego siła polega przede wszystkim na niestosowaniu taryfy ulgowej. Od samego początku Melanowi rzadko kiedy udaje się wyjść z walki bez szwanku, a z czasem coraz bardziej zagrożona jest także sama Marin, która nie zyskuje żadnych nadprzyrodzonych umiejętności czy mocy. Niechęć szkolnych kolegów szybko zaczyna wykraczać poza obraźliwe słowa, zmieniając się w otwartą nienawiść wobec „odmieńca”, mającego na swe rozkazy niebezpiecznego potwora. Trudno też się spodziewać, by władze zupełnie przeszły nad czymś takim do porządku dziennego. Wątpliwości budzi także sama misja Melana – jeśli rzeczywiście chroni „wybrane dziecko”, które ma uratować oba światy, to czemu przybysze z Brigadoon nazywają go zdrajcą? Na tym tle tym większy kontrast stanowią nieliczne postaci pozytywne – mieszkańcy nagayi, dla których Melan jest po prostu kolejnym członkiem rodziny, broniącym ich ukochanej Marin, niezachwiana w swojej lojalności Moe, sam Melan, w przerwach pomiędzy walkami próbujący dopasować się i zrozumieć swoją podopieczną… No i oczywiście stawiająca dzielnie czoło wszelkim przeciwnościom losu Marin.

Niestety w tym konkretnym przypadku ów pomysł został całkowicie zmarnowany – z każdego możliwego powodu. Dla większości widzów barierę nie do przebrnięcia będzie stanowiła grafika – ludzie wyglądają jak ze starej serii dla dzieci (i to takiej z lat 70.), a spora część pochodzących z Brigadoon maszyn przypomina bardzo kolorowe zabawki. Widziałam ileś przypadków, w których kontrast między słodką grafiką a brutalną fabułą został wprowadzony celowo, dla podkreślenia wymowy całości. To jednak nie jest ten przypadek: przez cały czas odnosiłam wrażenie, że twórcy zamierzali nakręcić serię przygodową dla dzieci, ale do scenariusza dobrał się ktoś z zapędami sadystycznymi. Właśnie bowiem scenariusz szybko trwoni swoje zalety, nie umiejąc ich dobrze wykorzystać. Ilość nieszczęść, które spadają na Marin kojarzy się raczej z jakąś czwartego sortu nowelką pozytywistyczną. Najdalej co kilka odcinków twórcom udaje się doprowadzić bohaterów do punktu całkowicie beznadziejnego, w którym jedynym logicznym zakończeniem jest ich śmierć. Do tego oczywiście nie można jednak dopuścić, stąd następuje jakiś cud, zmieniając nieuchronny bieg wydarzeń. Innymi słowy, z nieba coś spada, bohaterowie zostają przerzuceni do innego wymiaru, znajduje się nowa monomakia, ktoś nagle wydaje rozkaz całkowicie sprzeczny z dotychczasowymi, wróg wycofuje się, nie zadając ostatniego ciosu… Tego rodzaju cud. Działa to zresztą w obie strony: jeśli przez chwilę sytuacja bohaterów się poprawia, na pewno coś nagle spadnie z nieba, wyjdzie na jaw jakaś straszna prawda albo pojawi się nowa osoba/maszyna, która chce zabić Marin. Tego rodzaju „rozwiązania” fabularne całkowicie rujnują spójność serii, zastępując sensowny rozwój wydarzeń wyciąganiem z kapelusza kolejnych królików.

O stronie wizualnej bardzo trudno napisać coś dobrego. Pomijam tu nawet same projekty postaci (chociaż irytujące jest to, że Marin wygląda na kilka lat młodszą niż jest) – ale początkowo zamierzałam napisać, że jak na serię z połowy lat 90. Brigadoon wygląda na tak z dziesięć lat starsze. Biorąc pod uwagę, że pomyliłam się w oszacowaniu i jest to tytuł z roku 2000, proszę samodzielnie wyciągnąć wnioski. Rzuca się w oczy nienaturalne cieniowanie – partie „oświetlone” są zazwyczaj po prostu białe, sprawiając, że postaci wyglądają jak wycięte z papieru i położone na rysunku przedstawiającym tło. Projekty maszyn i stworów są przeciętne, nieszczególnie oryginalne, chociaż niektóre akurat mogą się podobać. Tu przede wszystkim widać ów zdumiewający kontrast – część to typowe maszyny do zabijania, ale część sprawia wrażenie dziecinnych, komicznych zabawek. Tła trafiają się lepsze i gorsze – ze scenografii zapamiętałam tylko pomysłowość ukrytego świata, zwanego Submaton Color. Na pewno natomiast Brigadoon wyróżnia muzyka: bogata w chóry i kanony, ciekawa i bardzo niebanalna, chociaż, jak odkryłam, trochę zbyt męcząca do słuchania oddzielnie. Gorzej przedstawiają się seiyuu – w obsadzie brakuje większych nazwisk, a mnie dość często irytował Houchu Outsuka, podkładający głos Melana. Ja rozumiem, że Melan z natury powinien mieć problemy z oddawaniem uczuć – jednak w wielu scenach sztuczność jego głosu sprawiała raczej wrażenie niedoskonałości warsztatu aktorskiego niż celowego zabiegu.

Brigadoon, jak napisałam na samym początku, cierpi przede wszystkim na brak grupy docelowej. W Japonii prawdopodobnie był po prostu serią dla dzieci – ja ze względu na brutalność wielu scen nie poleciłabym jej widzom młodszym. Z kolei przeplatanie całkowicie niepasujących w wielu miejscach scenek komediowych (a nawet pseudo-ecchi) z tragicznymi, wyjątkowo niespójna fabuła, przechodząca od realistycznego dramatu do bajki, a także infantylna i przestarzała grafika sprawiają, że osoby bardziej wyrobione nie znajdą tu nic ciekawego. Jak by nie patrzeć, temat był podejmowany także na poważnie, w wielu lepszych produkcjach.

Avellana, 13 maja 2008

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Projekt: Keinojou Mizutama, Masahiro Yamane, Takahiro Kimura
Reżyser: Yoshitomo Yonetani
Scenariusz: Hideyuki Kurata
Muzyka: Youko Ueno, Yuuji Yoshino