Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

10/10
postaci: 10/10 grafika: 8/10
fabuła: 10/10 muzyka: 10/10

Ocena redakcji

10/10
Głosów: 12 Zobacz jak ocenili
Średnia: 9,75

Ocena czytelników

9/10
Głosów: 123
Średnia: 9,15
σ=1,49

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (fm)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ginga Eiyuu Densetsu

zrzutka

W XXXV wieku w kosmosie toczy się wojna – monarchia ściera się z demokracją. Po obu stronach walczą bohaterowie – i to właśnie o nich opowiada ta legenda.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Jest naprawdę wiele wyróżniających się produkcji anime, o czym chyba wie każdy widz zaawansowany na tyle, by umykać określeniu „niedzielny”. Jedne serie charakteryzują się zawiłym, niebanalnym i inteligentnym scenariuszem, drugie nietuzinkowym klimatem czy też subtelnym, mądrym drugim dnem. Inne wyróżniającymi się, skomplikowanymi postaciami, które łatwo można obdarzyć sympatią. Są też i takie anime, które rzucają na widza swego rodzaju czar, tworząc między nim a sobą trudną do zdefiniowania więź – i niełatwo wtedy wyjaśnić osobom trzecim, dlaczego uważa się je za świetne tytuły i darzy tak wielką sympatią. Jak się okazuje jest jeszcze jeden typ anime – produkcja, która zdaje się łączyć wszystkie powyższe cechy. Myślę, iż nie pomylę się, uznając właśnie Ginga Eiyuu Densetsu za takie anime. To adaptacja cyklu powieści o tym samym tytule, która ukazywała się w formie OVA na przestrzeni lat 1988­‑1997. Ze skrótowych jej opisów łatwo wydedukować, że mamy do czynienia z serialem traktującym o wojnie w kosmosie, a patrząc na datę można stwierdzić, że będzie to poważne podejście do gatunku zwanego „space opera”. Nie zdziwiłbym się, gdyby niektórzy po pobieżnym zapoznaniu się z tematyką tego anime, stwierdzili, że najprawdopodobniej ukazuje ono dramatyczny bój szlachetnych bohaterów o wolność, równość i demokrację, a w tle – oczywiście obowiązkowe hasła potępiające wszelkie niedemokratyczne ustroje polityczne i konflikty zbrojne same w sobie.

Jednakże w tym przypadku mamy do czynienia z czymś o wiele subtelniejszym, ciekawym i zarazem bardziej inteligentnym. Jeśli zaś czytelniku, ciekawi Cię, co rozumiem poprzez „inteligentne anime”, od razu muszę napisać, że w żadnym przypadku nie mam na myśli sytuacji zmieniającej się z odcinka na odcinek na skutek pseudogenialnych posunięć bohaterów. Nie chodzi mi też o to, że anime próbuje przekazać widzowi coś w zakresie nauki czy sztuki, na co sam by raczej nie wpadł. Właściwie nie ma tu czegoś, co porażałoby głębią i potrafiło zagiąć prawdziwych intelektualistów. Ale wątek ten pozwolę sobie kontynuować później, bo na początku recenzji chciałem podzielić się spostrzeżeniem, że Ginga Eiyuu Densetsu zaczyna się mimo wszystko niepozornie. Wspominałem co prawda, że opis fabuły w tym przypadku nie do końca oddaje to, z czym będziemy mieć do czynienia, jednakże obowiązek recenzenta nakazuje go zamieścić. Zatem, o co tu właściwie chodzi? Droga Mleczna, XXXV wiek naszej ery. Od około stu pięćdziesięciu lat toczy się wojna pomiędzy inspirowanym XIX­‑wiecznymi Prusami, rządzonym przez cesarza Galaktycznym Imperium a demokratycznym Przymierzem Wolnych Planet. „Trzecią stroną” jest autonomiczna planeta, zajmująca ważną ze strategicznego punktu widzenia pozycję – Fezzan, finansowy kolos żerujący na wojnie mocarstw. Sytuacja ma jednak ulec dramatycznej zmianie – zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie objawia się militarny geniusz.

Yang Wen­‑li bycie oficerem floty Przymierza zawdzięcza w gruncie rzeczy przypadkowi. Syn rodziny kupieckiej, od zawsze pasjonował się historią i to z nią wiązał przyszłość zawodową. Do wojska zaciągnął się z pobudek czysto finansowych, jak sam początkowo myślał – raczej na krótko, planował wrócić do swoich badań, gdy uda mu się pozyskać odpowiednie fundusze. Jednakże właśnie jego pasja w połączeniu z intelektem przyniosła zaskakujące rezultaty. Nabyta wiedza o polityce i wojnie oraz predyspozycje naturalne, czyli niezwykle błyskotliwy umysł i rzadko spotykana umiejętność wnikliwej i szybkiej analizy uczyniły go (ku jego własnemu zaskoczeniu oczywiście) bohaterem, kiedy na planecie El Facil, pozostawiony samemu sobie przez starszych stopniem, dokonał „cudu” – uratował miliony istnień przed okupacją Imperium dzięki umiejętnej, wnikliwej i szybkiej ocenie sytuacji połączonej z wrodzoną pomysłowością i intuicją, a także zdolnością do wyszukiwania nieszablonowych rozwiązań. Oczywiście jako bohater i osoba nazywana przez wielu „cudotwórcą” stał się obiektem zazdrości i wrogości części oficerów. Sam pozbawiony jest jednak większych ambicji, a sława jest dla niego raczej ciężarem, znacznie ważniejsze jest bowiem życie podwładnych. Yang zawsze może liczyć na pomoc swojego protegowanego, a zarazem przybranego syna – młodziutkiego Juliana Mintza, który mimo dezaprobaty opiekuna również rozważa wstąpienie w szeregi armii. Warto też zauważyć, że Yang ze względu na swoje zainteresowania i predyspozycje często pełni rolę komentatora aktualnych wydarzeń.

Z drugiej zaś strony mamy, można by rzec, całkowite przeciwieństwo Yanga – postać wręcz baśniową – przystojnego, pełnego uroku, urodzonego przywódcę. Blondwłosy geniusz – charyzmatyczny Reinhard von Lohengramm, niespotykanie młody admirał imperialnej floty. Mimo jego licznych zasług lwia część szlachty wciąż jest skłonna twierdzić, jakoby Reinhard obecną pozycję zawdzięczał jedynie temu, że jego starsza siostra, Annerose, jest faworytą imperatora. Co prawda, w plotkach owych jest trochę racji, jednakże nie wszystko jest takie, jakie może się na początku wydawać. Parę lat temu z rozkazu panującego cesarza, Friedriecha IV, Annerose została sprowadzona do pałacu w roli konkubiny. Co gorsza, owdowiały ojciec, pochodzący z podupadłej rodziny szlacheckiej von Müselów, aby polepszyć swoją sytuację finansową, zażądał za córkę pieniędzy. Wszystko to wywróciło świat młodego Reinharda do góry nogami, jednocześnie stając się punktem zwrotnym w jego życiu. A jak się potem okaże, wydarzeniem, które zaważyło na historii całego kosmosu. Razem ze swoim najlepszym i jedynym przyjacielem, Siegfriedem Kircheisem, Reinhard zdecydował się wstąpić do wojska, aby kiedyś móc uwolnić swoją siostrę, ale także odmienić obecne oblicze Imperium. Znajduje się ono bowiem w stagnacji i przeżarte jest korupcją – panujący imperator nie dba o jego interesy, a faktyczną władzę sprawuje premier. Wspierany przez Kircheisa, „Blondasek” (z racji swojego wieku i wyglądu takiego przezwiska dorobił się Reinhard) pnie się w górę – znienawidzony przez elity, ale szanowany i podziwiany przez podwładnych. Obecnie, nie dysponując jeszcze środkami do rzucenia wyzwania panującej dynastii Goldenbaumów, toczy wojnę z Przymierzem, licząc na to, że zwycięstwa pozwolą mu te środki pozyskać.

Co jednak wyróżnia tę serię na tyle, że doczekała się statusu pozycji kultowej? Z pewnością rzadko spotykana skala wydarzeń. Od razu trzeba wspomnieć o bitwach i ich rozmachu – uczestniczą w nich dziesiątki tysięcy statków kosmicznych i miliony żołnierzy. O wygranej nie decyduje to, która ze stron ma lepsze zabawki. Seria nie zagłębia się w szczegóły techniczne prawie w ogóle (pomińmy także kwestię tego, jak w latach osiemdziesiątych wyobrażano sobie technologię przyszłości) – dwie fortece i kilka wyróżniających się wyglądem statków flagowych imperialnej floty to chyba niewiele? Tutaj o sukcesie bądź porażce decyduje strategia, taktyka, sytuacja polityczna, morale żołnierzy, stan uzbrojenia i zapasów floty, oraz oczywiście dowódca i jego biegłość w „sztuce wojennej” (ale i to, czy posiada odpowiedni zakres uprawnień, by nie mieć skrępowanych rąk przy wcielaniu swoich pomysłów w życie). Czyli umiejętność szybkiego i wnikliwego analizowania poczynań wroga i wyboru adekwatnych środków – czyli najlepiej niekonwencjonalnego rozwiązania, które będzie się dało zrealizować. Wielu widzów może stwierdzić, że brak mechów i wyrafinowanych technologii to zaleta, niektórzy zaś za wadę uznają to, że bitwy niekiedy przywodzą na myśl partię szachów, o której wyniku decyduje to, kto kogo przechytrzy, kto pierwszy straci zimną krew i popełni błąd. Skoro już jesteśmy przy wojnie: chociaż przez większość czasu towarzyszymy dowódcom, wojnę zobaczymy z niemal każdej perspektywy – począwszy od asystentów, pilotów myśliwców, piechoty i naukowców. Mamy też ukazanych szeregowych żołnierzy (bohaterowie jednego z takich epizodów zostali ochrzczeni mianem najbardziej ludzkich statystów w historii anime, czy słusznie – warto sprawdzić samemu, oglądając serię).

Oprócz bitew mamy także zakulisowe rozgrywki polityczne, analizy aktualnej sytuacji, a także planowanie przedsięwzięć mających na celu jej zmianę – zatem w Ginga Eiyuu Densetsu dialogów jest naprawdę sporo. Ci, którzy oczekują krótkich narad wojskowych, zakończonych szybkimi przeskokami do typowej, często pozbawionej jakiejkolwiek logiki młócki, będą rozczarowani. Tutaj mamy do czynienia z realizmem – zarówno scenariusza, jak i bohaterów. W związku z tym tempo akcji jest wyważone – brak sztucznego podtrzymywania dramatyzmu poprzez dziurawiące fabułę gwałtowne zwroty akcji. Niemniej jednak nie można powiedzieć, że seria jest przewidywalna. Przyczynowo­‑skutkowość pokazano tu w sposób niepozostawiający pola do krytyki, o czym świadczą chociażby sytuacje, w których niefortunne decyzje mają późniejsze konsekwencje. Niekoniecznie powoduje to dramatyczną zmianę sytuacji, ale na pewno wpływa w istotny sposób na bohaterów. Drążąc tę kwestię dalej – praktycznie dwubiegunowe uniwersum co prawda z początku trudno uznać za wiarygodne (z początku – bo po pewnym czasie dzięki kronikom filmowym, oglądanym przez jednego z bohaterów, poznajemy pokrótce wydarzenia, które doprowadziły do takiego podziału politycznego kosmosu), jednakże szybko okazuje się, iż całość jest znacznie bardziej skomplikowana, niż można było przypuszczać. Przede wszystkim nie znajdziemy tu popularnej w wojennych anime pacyfistycznej agitacji, czy też gloryfikacji „jedynego słusznego” ustroju politycznego – ba, przedstawionej w Ginga Eiyuu Densetsu demokracji daleko do ideału. Tu właśnie objawia się kolejna cecha tego anime, dostrzegalna stosunkowo wcześnie. Dwie potęgi, których konflikt stanowi oś fabuły, nie stanowią bowiem zwartych monolitów. Zarówno w ramach Imperium, jak i Przymierza, działają drobniejsze frakcje. Poza tym istnieje jeszcze wyżej wspomniane dominium Fezzan, a także swego rodzaju kult czy sekta, uciekająca się do terroryzmu. Każda z organizacji ma rzeczywiste znaczenie dla fabuły, nie jest jedynie punktem na mapie, a już tym bardziej nie służy jedynie do rzucenia jej nazwy w jakimś nieistotnym dialogu. Łańcuchy przyczynowo­‑skutkowe dotyczące działalności tych ugrupowań zostały przedstawione w sposób realistyczny.

Tym, co między innymi wyróżnia Ginga Eiyuu Densetsu, jest właśnie rozbudowane i dopracowane uniwersum, przybliżone z rzadko spotykaną dbałością o szczegóły i wiarygodność. O ile same fundamenty świata, w którym toczy się akcja, niekoniecznie są realistyczne, o tyle całej reszcie z pewnością należy się to określenie. Całość można porównać do powieści historycznej, poznajemy bowiem dokładne daty wydarzeń (akcja toczy się na przestrzeni paru lat, a błędów w kalendarium nie uświadczymy). Na początku i końcu większości odcinków pojawia się wszechwiedzący narrator, czasem sugerujący, jak mogą one zaważyć na przyszłości lub też wręcz zapowiadający, co będzie miało miejsce za jakiś czas. Nie osądza on jednak toczących się wydarzeń, w Ginga Eiyuu Densetsu trudno bowiem wyłowić stricte główny przekaz. Ani przez chwilę nie mamy do czynienia z podziałem na dobro i zło (których pojęcia zresztą przedstawiono tu nieco abstrakcyjnie). Anime stawia przed widzem pytania, nie udzielając na nie jednoznacznych odpowiedzi. Jednocześnie nie powinno być odbierane sercem, lecz rozumem – scen odwołujących się do emocji widza właściwie tu nie ma. Paradoksalnie jednak losy „galaktycznych bohaterów” potrafią przejąć znacznie bardziej od dzieł opartych w głównej mierze na nastroju, czy też próbach wzruszenia odbiorcy. Scenariusz nie próbuje udowadniać słuszności pojedynczej tezy, to, co może zostać uznane za przekaz twórców, szybko otrzymuje inną, często przeciwstawną interpretację. Jedyną jednoznacznie przekazaną myślą są padające na samym początku słowa, że ludzkie czyny pozostają takie same. I akurat z tym chyba trudno polemizować.

A jaką właściwie problematykę porusza Ginga Eiyuu Densetsu? Prócz klasycznych pytań, takich jak chociażby „czy cel uświęca środki?”, rozważań na temat ustrojów politycznych i społeczeństw samych w sobie, przybliżone widzowi zostają żołnierskie cnoty, ale też i bardziej przyziemne kwestie egzystencjalne. Czuć swego rodzaju nutkę romantyzmu, zamiast popularnego pacyfistycznego wydźwięku i krytyki konfliktów zbrojnych mamy tutaj fascynację wojskowością i próbę usprawiedliwiania wojen toczonych w imię wyższych idei. Jednakże i to nie jest jednoznaczne – na przestrzeni stu dziesięciu odcinków seria wielokrotnie ukazuje bezsens konfliktów zbrojnych i ogrom niepotrzebnych tragedii, jakie rodzą (a także niesprawiedliwość wynikającą z dobitnie pokazanej prawdziwości stwierdzenia, według którego historia kształtowana jest przez jednostki znajdujące się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie). Jednak ci, którzy pomyśleli, że Ginga Eiyuu Densetsu to pasmo niekończących się filozoficznych dysput między dzielnymi mężami na temat natury wojny i człowieka, mogą być spokojni – do refleksji skłaniają głównie czyny bohaterów, nie zaś puste słowa. A sama historia bez dwóch zdań jest epicka. Niemniej jednak, ze względu na realizm scenariusza, epickość ta wynika głównie z precyzji i rozmachu, z jakimi przedstawione są wydarzenia.

Żadna ze stron nie jest przedstawiona jako ta, która ma rację. Co za tym idzie, nie do końca można wskazać głównego bohatera. Pozornie typowa konstrukcja, zbudowana na zasadzie przeciwieństw, szybko okazuje się czymś więcej. W rezultacie bohater sił Przymierza jest najciekawszą postacią japońskiej animacji, jaką poznałem, a jego charyzmatyczny adwersarz – moją ulubioną. Jak to w przypadku przywódców bywa, zarówno za Lohengrammem, jak i za Yangiem stoją podwładni, którzy prezentują bogatą gamę różnorodnych charakterów. Począwszy od najlepszego przyjaciela Reinharda, czyli czerwonowłosego Kircheisa, a na stereotypowym, do bólu męskim Schönkopfie z obozu Yanga skończywszy. Charakter serii sprawia, że nie ma tu zbyt wielu żeńskich postaci. Na szczęście te, które się wyróżniają i mają wpływ na fabułę, zawdzięczają to charakterowi i sile woli, a nie rozmiarowi biustu. Jakiegokolwiek fanserwisu tu oczywiście nie ma. Z czystym sumieniem i pełną szczerością mogę stwierdzić, że w żadnym innym dziele fabularnym nie spotkałem się z tak dużą liczbą ciekawych postaci. Ma się rozumieć, nie ma gwarancji, że podbiją one serce każdego widza, jednakże myślę, iż wszyscy, którzy serię widzieli, zgodzą się ze mną, że konstrukcja bohaterów zasługuje na szacunek. Na koniec tylko dodam, że oczywiście i w przypadku tego elementu obowiązuje kilkakrotnie wspominany przeze mnie realizm. Zarówno konstrukcja, jak i rozwój postaci są przekonujące. Widz nie spotyka się tu z sytuacją, w której motywy działania bohaterów ulegają diametralnej (i w rezultacie – często niezamierzenie komicznej) zmianie tylko dlatego, że wymagają tego zaplanowane wydarzenia. Reasumując – myślę, że każdy znajdzie tu postać, którą obdarzy większą lub mniejszą sympatią.

Czas przejść do rzeczy już trochę mniej doskonałych – czyli strony technicznej. Pod względem dźwięku seria pozostaje naprawdę wyborna. Gra seiyuu trzyma bardzo wysoki poziom, aktorzy wywiązali się ze swoich obowiązków wzorowo. Co więcej, właśnie to anime znajduje się na pierwszym miejscu pod względem liczby zatrudnionych seiyuu. O ile mi wiadomo, mimo że postaci jest całe multum (a należy doliczyć jeszcze epizodyczne i statystów), tylko w jednym przypadku rolę dwóch bohaterów odtwarza jedna osoba! Również o muzyce można pisać w samych superlatywach – Ginga Eiyuu Densetsu może się poszczycić kompilacją muzyki klasycznej. Chopin, Mozart, Dvorak, Czajkowski, Mahler, Vivaldi, Ravel i wielu innych sprawiają, że ścieżka dźwiękowa jest perfekcyjna sama w sobie. Trudno też zaprzeczyć, że jest idealnie dopasowana do konwencji tego anime. Openingi i endingi trzymają poziom, chociaż z racji wieku produkcji towarzyszące im animacje są oczywiście raczej statyczne. Tutaj pozwolę sobie przejść do grafiki. O ile realistyczna i zdecydowanie nie typowo mangowa kreska wytrzymuje próbę czasu, o tyle animacja nie budzi już większych emocji. Na szczęście dynamicznych scen nie ma tutaj zbyt wiele i jedynie sekwencje walki potrafią razić poczucie estetyki nawet bardziej odpornych widzów. Trudno jednak uznawać to za prawdziwą wadę tej serii, biorąc pod uwagę lata, w których się ukazywała, budżet i ogromną liczbę odcinków.

Gdybym miał wskazać wady, najprawdopodobniej (aczkolwiek z pewnym zawahaniem) przytoczyłbym kilka dziwnych decyzji taktycznych i fakt, że pewna liczba operacji wojskowych zbyt łatwo zakończyła się sukcesem, nieproporcjonalnie do wysiłku, który został przez bohaterów włożony w ich przygotowanie. Niemniej jednak myślę, że przeciętny widz może tego nie zauważyć. Zresztą i ja świeżo po ostatnim odcinku serii nie dostrzegałem tego zupełnie, zwróciłem na to uwagę dopiero przy ponownym seansie. Nie spodobała mi się również jedna scena, która, chociaż mało istotna, według mnie całkowicie niepotrzebnie odbiegła od wiarygodności całej reszty. Wszystko to jednak nie ma wielkiego znaczenia przy ogromie zalet, które udało mi się skrupulatnie wymienić. Poza tym Ginga Eiyuu Densetsu zdecydowanie nie jest pozycją, która trafi do każdego widza. Niektórych bowiem powaga całości, „drugie dno”, nagromadzenie dialogów i realizm warunkujący tempo akcji mogą najzwyczajniej w świecie zmęczyć. No cóż, taki już urok tego anime.

Tym, którzy zastanawiają się, czy w ogóle jest tu obecny humor, mogę poniekąd odpowiedzieć twierdząco. Wynika on jednak z usposobienia postaci, ich cynizmu bądź ignorancji w sprawach niedotyczących wojny lub polityki. Lżejsze sceny mogą zatem śmieszyć, ale nie dlatego, że są oderwanymi od całości wstawkami. Nie wszystko potraktowano w stu procentach poważnie, czego dowodem jest chociażby jeden pułk po stronie Przymierza (którego nieśmiertelność niektórzy mogą uznać za wadę, patrząc na scenariusz), czy kilkakrotnie wplecione elementy autoparodii (które można w większości zauważyć dopiero oglądając serię drugi raz). Z drugiej zaś strony mamy i rzeczy cięższe. Jako że anime początkowo nie było emitowane w telewizji, w scenach pokazujących okrucieństwo wojny studio nie patyczkowało się, jeśli idzie o ich dosłowność.

Zdaję sobie sprawę, że recenzja w tym momencie osiągnęła olbrzymie rozmiary, chociaż gdybym miał się zagłębiać w szczegóły i kierować ją jedynie do tych, którzy serię już obejrzeli, byłaby pewnie kilka razy dłuższa. Jednakże jaka waga serii, taki i rozmiar jej opisu. Ginga Eiyuu Densetsu jest bez wątpienia najlepszym dziełem z Kraju Kwitnącej Wiśni, jakie dane mi było do tej pory zobaczyć. Nie dość, że idealnie trafiło w mój gust, to całkowicie zaspokoiło mnie intelektualnie i emocjonalnie. Próbując doszukać się wad widzę jedynie to, o czym już napisałem, czyli umowność fabularną związaną z pewnym oddziałem specjalizującym się w walce wręcz, kilka dziwnych operacji taktycznych, a także czasem widoczny rok produkcji (zwłaszcza w pierwszych odcinkach). Remake’u w żadnym wypadku bym nie chciał – poprawienie grafiki jest według mnie niewarte podjęcia ryzyka okaleczenia anime niemal idealnego, które stanowi dowód na to, jak perfekcyjnie można przedstawić fikcyjną historię i jak wielki potencjał drzemie w medium zwanym „anime”. Pomijając już drugie dno, inteligencję i realizm (oczywiście w obrębie przyjętej konwencji) scenariusza, jest to epicka i wielowątkowa opowieść o wojnie – a taka tematyka zawsze jest „na czasie”. Ponadto rzadko spotykana skala i precyzja przedstawienia wydarzeń mogą być powodem, dla którego seria przypadnie do gustu również osobom podchodzącym z rezerwą do klimatów wojennych. Dlatego też nie wahałbym się przed zarekomendowaniem tej serii każdemu, kto tylko nie wymaga, by co minutę był jakiś wybuch, widok na majteczki, tudzież kolejna głupia scenka o zabarwieniu erotycznym. Oczywiście tym, których odrzuca tematyka „militarna” mimo wszystko trudno będzie przetrwać więcej niż jeden odcinek…

Myślę, że Ginga Eiyuu Densetsu jest produkcją, której każdy fan anime choć raz w życiu powinien dać szansę. Nawet jeśli nie okaże się „tym czymś”, to jednak z pewnością nie można uznać jej za słabą. Mamy tu wszakże niemal wszystko: prawdziwą przyjaźń, rywalizację, dorastanie ukazane na tle wojennej rzeczywistości i jej wpływ na kształtowanie się jednostek, konfrontację ideałów z rzeczywistością, ale także fascynację romantyzmem wojny, do bólu realistycznie przedstawioną ludzką naturę, rozważania na temat historii, cywilizacji, konfliktów zbrojnych i polityki. Kończę tę recenzję ze świadomością, że choćbym nie wiem w jakich superlatywach pisał o tej serii, to i tak nie wyraziłbym w pełni swoich uczuć. Niezależnie od tego, czy piszę jako oddany i gorliwy fan, czy też chłodno i z dystansem – efekt będzie taki sam.

gentle monster, 28 czerwca 2009

Recenzje alternatywne

  • Grisznak - 2 listopada 2008
    Ocena: 10/10

    Epicka, wielowątkowa opowieść o wojnie w kosmosie. Być może najlepsze anime w swojej klasie. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Kitty Films
Autor: Yoshiki Tanaka
Projekt: Hisatoshi Motoki, Matsuri Okuda, Naoyuki Katou
Reżyser: Noboru Ishiguro
Scenariusz: Shimao Kawanaka
Muzyka: Shinsuke Kazato

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Podyskutuj o Legend of Galactic Heroes na forum Kotatsu Nieoficjalny pl