Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Gakkon 4 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 6/10 grafika: 6/10
fabuła: 3/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,00

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 5
Średnia: 5,4
σ=1,02

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Master Mosquiton

Rodzaj produkcji: seria OAV
Rok wydania: 1996
Czas trwania: 6×26 min
Tytuły alternatywne:
  • マスターモスキートン
Tytuły powiązane:
Postaci: Wampiry; Rating: Nagość; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Azja, Europa; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Mieszanka przygody, komedii i mrocznych mocy – niestety pod względem fabularnym przeładowana, a pod względem technicznym przestarzała.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Dwa lata temu w ponurym zamczysku w Transylwanii piętnastoletnia Inaho Hitomebore przebudziła wampira Mosquitona, zawierając z nim pakt, na mocy którego ma on ją chronić i pomagać jej we wszystkim. W jej przypadku zaś „wszystko” oznacza naprawdę wszystko – od prac domowych po poszukiwanie artefaktu zwanego o­‑part, który ma zapewnić naszej bohaterce wieczną młodość. Dopiero teraz jednak natrafiają na jakiś ślad – pojawiająca się w centrum Londynu piramida powinna mieć z owym przedmiotem coś wspólnego. A to oznacza, że Inaho i Mosquiton opuszczają swoje lokum w Szanghaju i wyruszają do Europy. Jak jednak łatwo zgadnąć, nie są jedynymi chętnymi na o­‑part, a konkurencja ma, rzecz jasna, ogromną przewagę oraz obowiązkowe mroczne plany w zestawie.

Master Mosquiton, nakręcona na podstawie czterotomowej mangi Hiroshiego Negishiego i Satoru Akahoriego seria OAV, zawiera trochę bardzo udanych pomysłów. Najlepszym z nich jest oczywiście zderzenie energicznej i bardzo egocentrycznej nastolatki z legendą wampirów – Inaho jest absolutnym przeciwieństwem romantycznej dziewicy w zwiewnym peniuarze, jaka zwykle pojawia się w opowieściach o krwiopijcach. Inna rzecz, że i sam Mosquiton jest osobnikiem zachowującym się nie do końca zgodnie z etosem jego rasy. Jako mieszaniec jest odporny na większość standardowych środków na wampiry, a w życiu codziennym jest po prostu nieodparcie sympatycznym, nieco fajtłapowatym osobnikiem, bezustannie zatroskanym o swoją szaloną towarzyszkę i pozwalającym jej włazić sobie na głowę i tam tupać. Ma też, rzecz jasna, bardziej mroczną stronę osobowości, ujawniającą się po wypiciu przez niego krwi, a możliwą do „wyłączenia” tylko poprzez sprowadzenie go (czasowe) do postaci kupki prochu za pomocą przebicia drewnianym kołkiem. Wrzucenie takiej pary w osadzoną w latach 20. ubiegłego wieku przygodę w klimatach kojarzących się z opowieściami o pewnym archeologu nazwiskiem Jones powinno być praktycznie przepisem na sukces.

A jednak nie jest, bo do autorów wyraźnie nie dotarło staropolskie przysłowie o dwóch grzybach w barszcz. Pierwsze odcinki są najbardziej udane, zawierając po prostu mieszankę przygody i komedii. Dalej jednak robi się gorzej. Do akcji wkracza Camille – dawna ukochana Mosquitona, zamieniona (na własną prośbę) w wampirzycę, a następnie w niejasnych okolicznościach puszczona w trąbę. Jej rola w fabule polega na wieszaniu się na Mosquitonie, zrzucaniu przy każdej okazji ubrania oraz denerwowaniu Inaho. Jako jednorazowy epizod komiczny może to być zabawne, jako wątek wlekący się przez całą drugą połowę staje się zwyczajnie nużące, po prostu dlatego, że przy całej sympatii do Mosquitona trudno jest stwierdzić, czemu akurat o niego dwie panie się tak zajadle szarpią. W dodatku wątek ten wnosi własny i mocno przesadzony dramatyzm (łącznie z ustawicznymi deklaracjami Inaho „mój ci on jest!”), a rozwiązany zostaje bez większego sensu. Może nawet miałby się szanse wybronić, gdyby to na nim oparta została kulminacja. Jednakże w fabule pojawiają się też kosmici, potrzeba ratowania Ziemi, odwieczny wampirzy wróg Mosquitona, jeszcze bardziej odwieczny staruch, garść nawiedzonych wyjaśnień, finałowa konfrontacja na Księżycu i japoński happy end. Innymi słowy – za dużo. W dodatku o ile do pewnego momentu seria wyraźnie parodiuje rozmaite przygodowe powieści i filmy, o tyle później spora część wątków (z nielicznymi przebłyskami humoru) staje się całkowicie serio. W efekcie otrzymujemy coś, co potraktowane poważnie jest niestrawne, a potraktowane jako parodia rozłazi się w szwach i przestaje być śmieszne.

Najlepiej w tym wszystkim wypadają bez wątpienia postaci, na czele z samym Mosquitonem, granym przez Takehito Koyasu. Jest to seiyuu po prostu stworzony do takich ról, umiejący wycisnąć dodatkowe pokłady komizmu z wersji „podstawowej” swego bohatera i przekonująco grzmiącego do „nędznych śmiertelników” w wersji demonicznej. Dzielnie partneruje mu pełna energii Yuka Imai w roli Inaho, tu jednak problemem jest brak spójności samej postaci. O ile materialistyczno­‑egoistyczna strona bohaterki jest bardzo przekonująca, o tyle zwyczajnie nie pasuje do niej obsesyjne uczucie, jakim darzy Mosquitona, zaś sceny, które mają widza wzruszać, wywołają najwyżej wzruszenie ramion. Z pozostałych postaci wspomnieć można jeszcze o „sługach” Mosquitona. Ognisty Honou („płomień”) oraz władająca lodem Yuki („śnieg”) mają zazwyczaj postać dzieci, jednak aby używać swoich mocy, przeistaczają się w postaci dorosłe – chyba po to tylko, aby możliwe było wciśnięcie jeszcze odrobiny fanserwisu w postaci podskakującego biustu i tyłeczka Yuki. Ta dwójka, lojalna tylko wobec swego mistrza, nie pełni jednak ważniejszej roli, przede wszystkim dlatego, że robi tylko to, co im się każe, nie podejmując żadnej inicjatywy. O kształtnej Camille już wspominałam, natomiast wzmiankowanym wyżej przeciwnikiem i rywalem Mosquitona jest niejaki hrabia St. Germaine, podlegający tutaj Głównemu Złemu, który nosi nazwisko Rasputin (czy ja coś wspominałam o przeładowaniu fabuły?).

Od strony technicznej jest to produkcja jak na swoje lata po prostu średnia. Projekty postaci są dość charakterystyczne dla Satoru Akahoriego, z łukowato zadartymi nosami, dalekie od współczesnych kanonów urody. Owszem, wszystkie panie (które mamy okazję podziwiać bez ubrania) są dość kształtne, jednak fanserwis, chociaż obecny w sporej ilości, raczej nie będzie spełniał oczekiwań współczesnego widza. Reszta – tła, wnętrza i przedmioty – robiona jest porządnie, ale bez błysku i nie ma co liczyć na stylizację na (malowniczą przecież) epokę, w której dzieje się akcja. Odnoszę wrażenie, że lata 20. poza nawiązaniami do klasycznych powieści i filmów awanturniczych służą tu tylko pokazaniu Inaho pilotującej dwupłatowiec, podobnie jak mieszkanie w Szanghaju ma na celu tylko zaprezentowanie bohaterki w obcisłej chińskiej sukience. Z oprawy muzycznej najlepiej wypada instrumentalna czołówka – tu stylizacja jest wyraźna i bardzo udana. Natomiast towarzysząca napisom końcowym piosenka śpiewana przez Koyasu i Imai jest kolejnym dowodem na to, że jednak seiyuu zasadniczo do śpiewania nie służą i nie powinno się ich do tego zmuszać.

Nastawieni na współczesną rozrywkę widzowie nie mają po co sięgać po tę akurat pozycję: niewspółczesna kreska zrazi ich jeszcze szybciej, niż uczyni to udziwniona i niespójna fabuła. Fabuła z kolei jest powodem, dla którego raczej odradzam tę OAV także tropicielom staroci – owszem, początkowo jest zabawnie, ale dość szybko zaczyna się robić zwyczajnie nudno. Przypuszczam, że wycięcie ze dwóch odcinków dobrze by całości zrobiło. Jest jednak podstawowy powód, dla którego nie warto tej serii ruszać: wszystkie dobre pomysły (z wyjątkiem lat 20.) zostały wykorzystane w późniejszej o rok i zdecydowanie lepszej serii telewizyjnej.

Avellana, 14 maja 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Nippon Columbia, Zero-G-Room
Autor: Hiroshi Negishi, Satoru Akahori
Projekt: Gorou Murata, Kazuya Kuroda, Shou Sawada
Reżyser: Yuusuke Yamamoto
Scenariusz: Katsuhiko Takayama, Satoru Akahori, Sumio Uetake
Muzyka: Osamu Tezuka (kompozytor)