Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

1/10
postaci: 1/10 grafika: 5/10
fabuła: 1/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

2/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 2,00

Ocena czytelników

3/10
Głosów: 7
Średnia: 3
σ=1,77

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Rean no Tsubasa

Rodzaj produkcji: seria ONA
Rok wydania: 2005
Czas trwania: 6×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Wings of Rean
  • リーンの翼
zrzutka

Co wspólnego mają ze sobą druga wojna światowa i równoległy świat, czyli iście „epicka” historia w reżyserii Yoshiyukiego Tomino.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Miasteczko Iwakuni w prefekturze Yamaguchi. Wystrzelony w kierunku bazy wojskowej USA pocisk sprawia, że nastoletni Aesop Suzuki staje się jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców. W istocie odpowiedzialni byli za to jego koledzy, ale kogo to obchodzi. On przecież tylko im pomógł zdobyć broń. Współudział to współudział, prawda? Uciekający przed żołnierzami chłopak niespodziewanie wpada do morza i w tym samym momencie na powierzchnię wynurza się ogromny statek bojowy z tajemniczą księżniczką na pokładzie. To przypadkowe spotkanie na zawsze odmieni życie Aesopa.

Takie początki z „trzęsieniem ziemi” w anime pojawiają się bardzo często. Los sprawia, że spokojne życie bohatera/ki zmienia się w pasmo niezwykłych przygód bądź niewyobrażalnych nieszczęść. W tym przypadku chłopak zostaje wciągnięty w konflikt, który zadecyduje o losach Ziemi (nikt nie sądzi chyba, że goście z innego świata przybyli do nas na piknik, prawda?). Całość oparto na motywach książki napisanej przez reżysera, Yoshiyukiego Tomino. Wcześniej powstały już dwie serie telewizyjne opowiadające o równoległym świecie, Byston Well, którego mieszkańcy wykorzystują technologię Ziemian i łącząc ją z magią, tworzą owadopodobne roboty (z informacji, jakie posiadam, wynika, że mechy pojawiły się dopiero w anime). Niestety wspomnienie samej nazwy i kilku niepowiązanych ze sobą faktów spójnej wizji świata nie czyni. Owszem, jest bardzo kolorowo i różnorodnie, wiele tu niesamowitości (chociażby buciki ze skrzydełkami, które otwierają tunel między dwoma wymiarami, ale do końca nie wiadomo, skąd się wzięły), słowem kalejdoskop. Nijak ma się to jednak do fabuły, a poszczególne elementy zdają się być upchnięte tu i tam tylko po to, aby wypełnić czymś początkowe odcinki. Dalej jest już tylko gorzej.

Czasami przeciętny początek wcale nie musi oznaczać, że z historii nie da się wyłowić nic ciekawego. Twórcy zawsze mają szansę zabłysnąć, zaskoczyć widza. Nie należy to do łatwych zadań, ale są tacy, którym się udało dobrze dobrać schematy i podporządkować je własnej wizji. W przypadku Rean no Tsubasa można mówić o swoistej przeplatance wysłużonych i oryginalnych (czyt. absurdalnych) pomysłów. Sam koncept wojny między dwoma światami niekoniecznie musi być zły, ale całość powinna mieć ręce i nogi. Właściwie już po kilku pierwszych minutach wiadomo, że logika nie spotkała się ze scenariuszem. Nie przewidziano czegoś takiego, jak ciąg przyczynowo­‑skutkowy. Nie jest to domino, gdyż pomiędzy kolejnymi elementami są olbrzymie przerwy. Wydarzenia następują po sobie bez jakiegokolwiek sensu czy wiarygodnego wyjaśnienia. Widz nie wie nawet, do czego zmierzają poszczególni bohaterowie, bo zmieniają zdanie wyjątkowo szybko, a motywacji na horyzoncie nie widać. Każde następne posunięcie ma nieoczekiwane i, co gorsza, wzięte z księżyca skutki. Ofiarą braku sensu padły głównie strategie wojskowe, które opierają się na najgłupszych schematach (tak, nastolatki wiedzą najwięcej o strategii wojskowej, a dowódcy poszczególnych oddziałów mogą mobilizować całe wojska i tym podobne bzdury), więc miłośnicy serii wojennych raczej nie znajdą tu nic dla siebie poza propagandowym bełkotem.

Anime to najbardziej zaskoczyło mnie jednak nie brakiem elementarnej spójności i logiki, a swoją pretensjonalnością. Konflikty zbrojne ukazywane są zwykle w celu podkreślenia ich okropności, niesprawiedliwości oraz niszczycielskich skutków. Na ogół powinien wystarczyć sam obraz zniszczeń, nędzy i cierpienia, aby obudzić w widzu niechęć do siłowych rozwiązań. W treść tej krótkiej serii wciśnięto jednak tyle jadu i łopatologii, ile tylko się dało. Yoshiyuki Tomino postanowił odwołać się do bardzo drażliwej tematyki drugiej wojny światowej i późniejszej okupacji Japonii. Reżyser na tacy podaje swoje idee i pretensje, topiąc wszystko w oparach absurdu. Być może chodziło o stworzenie poruszającego dzieła, które otworzy ludziom oczy i wykrzyczy prawdę, jednak tak naprawdę jest to hałaśliwa manifestacja poglądów, mogąca jedynie wywołać uśmiech politowania i niesmak.

Nielogiczność fabuły niekoniecznie musi skazywać na ten sam los postaci, ale w tym anime historia dzielnie ciągnie za sobą bohaterów, którzy biją kolejne rekordy niedorzecznych zachowań. Aesop (bądź Asap – różne są wersje, gdyż reżyser lubi dziwaczne imiona) rzucony w wir wydarzeń może być zdezorientowany i podejmować błędne decyzje, jednakże wiedząc już, o co właściwie chodzi, zachowuje się tak samo, jak na początku. Luxe (Ryukusu – no właśnie…), owa księżniczka z Byston Well, za wszelką cenę stara się powstrzymać swojego ojca przed zniszczeniem „własnego” i „naszego” świata (chociaż tak naprawdę do końca nie wiadomo, o co właściwie mu chodzi…), ale jej metody są, delikatnie mówiąc, śmieszne. Jest to młoda i niekoniecznie doświadczona życiowo dziewczyna, ale dobrze by było, gdyby chociaż udawała, że myśli. Relacje między tą dwójką są bardzo płytkie i nierealne. Nie tempo akcji jest za to odpowiedzialne, a raczej nieudolność scenarzystów. Ucieleśnieniem wszelkiej niedorzeczności i pretensjonalności jest jednak domniemany antagonista, król Sakomizu, który władcą został tylko dlatego, że wpasował się w jakąś głupią przepowiednię. Nie widzę w nim geniusza strategii, a jedynie zaślepionego żądzą zemsty człowieczka (najgorsze jest to, że motywy jego postępowania są wyjątkowo żałosne i to właśnie on ma najwięcej do powiedzenia w sprawie okrucieństwa wojny itd.). Zdecydowanie od żadnej postaci nie można wymagać logicznych lub choćby spójnych zachowań. Wszystkie kukiełki robią to, czego w danym momencie wymaga scenariusz i nie posiadają jakichkolwiek charakterów. Chyba najbardziej denerwujący są „przyjaciele” Aesopa, gotowi zniszczyć własny kraj, bo… no właśnie, sama nie bardzo wiem, dlaczego.

O ile fabuła i bohaterowie toną w rynsztoku i raczej nie mają szans z niego wyjść, o tyle grafika i muzyka prezentują się nie tak tragicznie. Jeśli przedrzemy się przez najróżniejsze wybuchy, usłyszymy przeciętną oprawę muzyczną, podobną do występującej w większości anime. Przepełnione zbędnym patosem utwory w wykonaniu orkiestry, idealnie podkreślające absurdalną patetyczność wydarzeń, niestety pojawiają się zbyt często. Zabrakło mi natomiast spokojniejszych melodii, gdyż wzniosłe kawałki nie do wszystkich scen pasują, a towarzyszące im od czasu do czasu chórki niekoniecznie pomagają utrzymać podniosły klimat. Na koniec dołożono jeszcze ładną, ale niekoniecznie zapadającą w pamięci piosenkę My Fate, którą śpiewa Anna Tsuchiya (znana bardziej z okazji użyczenia swojego wokalu Nanie Oosaki z NANY). Endingowi towarzyszy monotonna, ale niebrzydka animacja przeróżnych skrzydełek. Animacja dwuwymiarowa obejmująca postaci, krajobrazy i poszczególne maszyny wygląda nie najgorzej, chociaż można odnieść wrażenie, że bohaterowie kłapią ustami zamiast mówić i dźwięk rozjeżdża się z obrazem. Projekty mechów i statków, wykonane w 3D, wpasowują się w tradycyjny rysunek, jednak ich wymyślna i całkiem niepraktyczna budowa raczej nie przypadła mi do gustu, a „oryginalne rozwiązania” śmieszyły. Jak już wspomniałam, stworzono je z połączenia magii i techniki, podobne są więc do olbrzymich owadów zakutych w zbroję, natomiast kokpit mają w tym samym miejscu, co roboty z Brain Powered. Wdzianka, szumnie nazwane kombinezonami, przypominają bardziej strój na karnawał niż strój bojowy. Prym wiedzie tu główny bohater, ubrany w róż z bufami i serduszkami na piersi. O ile mieszkańcy Ziemi nie powinni budzić większych zastrzeżeń (chyba że komuś nie spodoba się ich koślawość), o tyle dziwadła z Byston Well wyglądają co najmniej komicznie. Wróżki ze skrzydełkami na wysokości kręgosłupa lędźwiowego? Oczywiście. Dziwaczne fryzury i stroje? Tak. Dowód na to, że oryginalność nie zawsze się opłaca. Spodobała mi się natomiast bardzo żywa i bogata kolorystyka, która nie razi, a bardzo dobrze podkreśla różnorodność świata przedstawionego. Dla uważnych miłośników militariów łatwe do zidentyfikowania będą poszczególne maszyny bojowe, w rzeczywistości będące na stanie amerykańskiej armii (np. F­‑117 Nighthawk).

Yoshiyuki Tomino po raz kolejny popisał się brakiem wyczucia i przesadnie bogatą wyobraźnią, która stworzyła coś tak dziurawego i sztucznego. Pozbawiona zarówno sensu, jak i subtelności historyjka nie nadaje się nawet jako niezamierzona komedia, gdyż pretensjonalność wylewa się z ekranu i grzmoci widza po głowie łopatą. Przesłanie znamy, zanim rozpocznie się pierwszy odcinek. A to, co oglądający usłyszy, raczej do niego nie trafi. W skrócie: Amerykanie są be, Japonia jest be, czas zniszczyć świat, żeby pokazać ludziom, jak bardzo się mylą! Wszystko to sprowadzone zostaje do krzykliwej demonstracji poglądów. Całości nie ratują bohaterowie, pozbawieni osobowości i przywiązani łańcuchami do woli scenarzystów. Oprawa techniczna nie poraża, więc nie ma po co męczyć się przez całe sześć odcinków, bo dla grafiki czy muzyki ogląda się inne, krótsze produkcje. Reżyser zastosował chwyty zdecydowanie poniżej pasa i chyba nie do końca zdawał sobie z tego sprawę (takie przynajmniej miałam wrażenie po przeczytaniu wywiadu z nim). Samo zakończenie zaś jest iście poetyckie, tak bardzo, że nie wiem, o co w nim chodziło. Zamiłowanie Japończyków do słodko­‑gorzkich konkluzji? No tak, nigdy nie może być za dobrze. W trzech słowach: szczerze nie polecam.

Enevi, 11 września 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Autor: Yoshiyuki Tomino
Projekt: Masashi Kudou, Okama, Takumi Sakura
Reżyser: Yoshiyuki Tomino
Scenariusz: Jirou Takayama, Yoshiyuki Tomino
Muzyka: Yasuo Higuchi