Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 3/10 grafika: 6/10
fabuła: 4/10 muzyka: 3/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 6
Średnia: 4,83
σ=1,67

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Mitsurugi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Overman King Gainer

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2002
Czas trwania: 26×30 min
Tytuły alternatywne:
  • オーバーマンキングゲイナー
  • OVERMAN キングゲイナー
Widownia: Shounen; Czas: Przyszłość; Inne: Mechy
zrzutka

Płytka fabuła, denni bohaterowie, schematyczna konstrukcja. Do tego mechy i świat po katastrofie ekologicznej. Czyli co? Absolutnie nic ciekawego.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Każdy twórca od zarania dziejów pragnie stworzyć coś nowego. Wnieść powiew świeżości do zatęchłych schematów i powielanych pomysłów. Nie ma nic złego w tym, że ktoś pragnie wybić się ponad tłum ludzi sobie podobnych. Tylko że nie każdemu się to udaje. I nie udało się to twórcom Overman King Gainer. Choć doceniam starania.

Ziemia po katastrofie ekologicznej. Większość planety nie nadaje się już do zamieszkania. Aby przetrwać, ludzie osiedlają się w ostatnim wolnym od skutków katastrofy regionie planety. Na Syberii. Mróz, śnieg i białe, surowe krajobrazy. Wśród zaśnieżonych połaci terenu piętrzą się Domepolis, potężne miasta, w których egzystują ostatnie skupiska ludzi. Nie wiadomo, ile to już czasu minęło od katastrofy. W miastach, rządzonych żelazną ręką organizacji London IMA, wraz z jej zbrojnym ramieniem „Saint Reagan”, panuje sprawiedliwość i pokój. Prawie. Istnieje bowiem pewna organizacja buntowników, sprzeciwiających się władzy i pozostawaniu ludzi w tym odległym zakątku świata. Wierzą oni, że Ziemia zdołała zregenerować niektóre obszary i że nadają się one ponownie do zasiedlenia. W tym celu organizują Exodus – masowe migracje ludzi z Domepolis w kierunku tzw. Ziemi Obiecanej. Działalności buntowników z całą stanowczością sprzeciwiają się władze i wojsko, robiąc wszystko, by zapobiec wędrówce miast. I w ten właśnie scenariusz wpada główny bohater, Gainer Sanga. Mistrz gier wideo, znany w świecie wirtualnej rozgrywki jako King Gainer. Mając na koncie ponad 200 zwycięstw, jest najlepszym pilotem wirtualnych mechów. Pech jednak chciał, że pomyłkowo zostaje on aresztowany przez syberyjskie siły porządkowe i wtrącony do więzienia. Do tej samej celi trafia także tajemniczy mężczyzna. Jak się okazuje, nie zwykły zjadacz chleba, albowiem szybko doprowadza do ucieczki więźniów. Sanga, pokonując obawy, rusza w ślad za swoim wybawicielem, którym jest Gain Bijou, jeden z czołowych specjalistów od Exodusu, oraz znakomity snajper. Jego zadaniem jest wykradnięcie biomechanicznego mecha, Overmana, który ma wspomóc zbliżającą się migrację. Oczywiście, jak to w anime, za sterami potężnego mecha siada nie kto inny, jak niezwykle uzdolniony nastolatek, czyli Sanga. Mimo swej niechęci do Exodusu, jako pilot Overmana staje przeciwko siłom chcącym zapobiec migracji i rozpoczyna długą i trudną walkę na drodze ku Ziemi Obiecanej.

Overman King Gainer to seria zapomniana, która przepadła gdzieś wśród mnogości innych, popularniejszych i lepszych tytułów. Mało znana, średnio lubiana. Czy to anime spotkał sprawiedliwy los? Czy seria zasłużyła sobie na to? Tak, zasłużyła. Pewnych rzeczy nie powinno się wyławiać z głębokich czeluści, pozwalając im zostać tam, gdzie ich miejsce i gdzie czują się najlepiej. Ale skoro ktoś (czyt. recenzent) postanowił jednak wyłowić ową serię, to trzeba napisać o niej parę słów.

Pomysł na otoczkę fabularną anime zaciekawił mnie i przykuł moją uwagę. Katastrof na Ziemi, postapokaliptycznych motywów i zagład ludzkości mieliśmy od groma, to prawda. Niemniej umieszczenie akcji na Syberii, idea miast Domepolis, migracja przez świat i mechy sprawiały wrażenie mieszanki, której można dać szansę. Dałem i przegrałem. Bo oprócz tego pomysłu, to anime nie ma nic więcej, co mógłbym uznać za wyjątkowe. Nawet silenie się przez twórców na oryginalność wyszło najwyżej śmiesznie. Cała fabuła opiera się oczywiście na Exodusie, czyli powolnej wędrówce wielkich miast ku nowym regionom. I tak przez 26 odcinków. Sama historia jest prosta jak budowa cepa i równie ciekawa, jak polska polityka. Nasz bohater, Sanga, pilotujący potężnego, superzaawansowanego robota, non stop staje naprzeciw nowym wrogim mechom i innym przeciwnikom, którzy knują dziurawe, płytkie i wyjątkowo żałosne intrygi w celu zatrzymania migracji. Naturalnie nasz bohater nieraz obrywa, ale dostaje też tak zwanego „power­‑upa” i odkrywa nowe moce swojego mecha, wrzeszcząc przy tym wzniosłe i beznadziejne teksty. Posiada obowiązkową, nieodłączną traumę z przeszłości i jest równie dobry i bohaterski, jak nudny i nijaki. Teraz zaś recenzent siedzi przed monitorem i zastanawia się, co jeszcze może napisać o fabule. Bo nic mu do głowy nie przychodzi. Więc powiem krótko: fabuła jest nudna! Wlecze się jak stary ślimak, sili się na dramatyzm tam, gdzie go nie ma, na akcję tam, gdzie jej nie widać, i na romantyzm tam, gdzie najnudniej. Wiele odcinków to typowe zapychacze, a najwyżej kilka można nazwać dobrymi. Dopiero pod koniec seria nabiera rozpędu i akcję można uznać za ciekawą. Ale nie ocenia się fabuły za końcówkę, a za całość. Oczywiście, jeśli ktoś wymaga od anime o mechach tylko walk, długich, patetycznych dialogów, wypowiadanych podczas jednego ruchu mecha, do bólu i mdłości schematycznych motywów i scen, to pewnie się tutaj odnajdzie. Odkrywanie nowych mocy, głupkowaty humor, traumy z przeszłości, tandetne dialogi – wszystko i więcej. W każdym razie, jeśli chodzi o historię, to jest to po prostu tragiczny element tej serii. Więcej powiedzieć już nie mogę.

Oglądając Overmana, nie mogłem wyrzucić z głowy porównania go do innej serii o mechach, mianowicie Eureka Seven (pewnie ze względu na wspólnego projektanta postaci, Kenichiego Yoshidę). Nie dlatego, że poziom tych dwóch produkcji jest porównywalny. Broń Panie Boże! Eureka Seven jest bardzo dobrym anime, oryginalnym i przemyślanym. Niemniej twórcy obu serii postanowili spróbować wnieść do gatunku „mecha” coś nowego. Chodzi tutaj o oryginalne projekty robotów w Eureka Seven, pomysł na surfowanie po niebie na deskach, ciekawą i bardzo kolorową oprawę wizualną i niebanalny świat. I tam ten pomysł wypalił, nadając unikatowy i niepowtarzalny klimat. Dodajmy do tego śliczny romans i voilà! – ocena wysoka, podobnie jak i wrażenia widza. Podobną próbę podjęli (prawda, że wcześniej) panowie i panie odpowiedzialni za Overman King Gainer. Efektem były nowatorskie projekty mechów, które wyszły tak groteskowo i ubogo, że nie chciało się na nie patrzeć, a także pseudonaukowe wyjaśnienia możliwości latania robotów, zatrzymywania przez nie czasu i stosowania nadzwyczajnych technik, które to wyjaśnienia sztampowością i płytkością przyprawiały o pełen politowanie uśmiech. Tutaj przedobrzono. Wymieszano niepasujące do siebie konwencje i w rezultacie otrzymano koktajl, którym można karać innych ludzi, jeśli ciężko zgrzeszą. Antagoniści, którzy oczywiście nie są tacy źli, na jakich wyglądają, pseudoromans proszący się wręcz o uśmiercenie jego podmiotów, bo wątek został beznadziejnie zrobiony. Widać, że chciano wybić się ponad przeciętność gatunku, ale w rezultacie wylądowano poniżej niej. Podobieństwa Eureka Seven i Overman King Gainer są wyraźne. Z tym, że o ile zawsze będę doradzał obejrzenie pierwszej serii, o tyle przestrzegać będę przed sięgnięciem po drugą.

Bohaterowie, o Matko Boska. Toż to istna plejada idiotów, schematycznych dziewczynek od moé po twarde sztuki, typów w stylu „będę cię chronił, odnajdę siebie, swoją siłę, poświęcę się!” i przerysowanych antagonistów, z których część to błazny, czyli złe bishouneny o pokrętnym umyśle i błyskotliwych planach na poziomie przedszkolaka, a część to postacie tak negatywne, że aż stają się pozytywne. Odnajdują w sobie dobro, przechodzą na Jasną Stronę Mocy i z mocą miłości w sercu stają do walki w obronie uciśnionych. Gain szpanuje snajperką, czasem klatą i tekstami trzeciorzędnego twardziela z drugorzędnego filmu Hollywood. Główny bohater zaś jest tak nijaki, tak mdły i beznadziejny, że chyba bardziej być nie można. Nic sobą nie przedstawia, nie ma żadnej osobowości. Ot, biega takie coś po ekranie, tu się zdziwi, tam pokrzyczy. Więcej przeszkadza niż pomaga, a najlepsze sceny w anime to te, w których go nie ma. No, ale w końcu w jego przeszłości wydarzyła się tragedia i on jest taki samotny, ale ukrywa to pod maską pewnego siebie młodego nastolatka. Litości… Jedyną ciekawą postacią była mała księżniczka z ciętymi tekstami i towarzyszące jej łasiczki.

Projekty postaci, kolorystyka i efekty specjalne są dobre, a wszelkiego rodzaju wybuchy i światełka dość spektakularne. Ruchy mechów są w niektórych odcinkach sztywne, powolne i słabo animowane, niemniej całość wypada dobrze. Nowatorskie projekty mechów jednym przypadną go gustów, innym zapewne nie. Dla mnie owe projekty były kompletnie bezbarwne, wręcz odpychające i naprawdę psuły mi przyjemność oglądania. Ładne krajobrazy, widoki, wschody słońca i inne drobiazgi są również na zadowalającym poziomie. Miasta Domepolis zostały bardzo ładnie wykonane, a w ich wnętrzach naprawdę czuć ten klimat zamkniętych, postapokaliptycznych metropolii. Postacie, trzeba przyznać, różnią się wyglądem, a nie tylko fryzurami (choć te bywają komiczne), co z pewnością jest plusem. Grafika traci wyraźnie na jakości przy oddalonych obiektach, które często są niewyraźne, nieruchome i kiepsko narysowane, wręcz rozmazane. Interesujące są jednak projekty pojazdów i strojów postaci. Wygląda to jak wymieszanie wielokulturowych motywów, poddanych następnie orientalizacji i wrzuconych do przyszłości. Taki miszmasz prezentował się jednak zaskakująco dobrze i przynajmniej tutaj twórcy stworzyli coś innego i dość oryginalnego. Kreska jest równa i przyjemna dla oka, klasyczna dla anime, ale z dużą tendencją do „urealnienia”, na przykład aparycji postaci, co zdecydowanie jest dobrym zabiegiem. Tak więc od strony technicznej tragicznie nie jest, niemniej jednak wiele rzeczy zostało niedopracowanych.

Oprawa muzyczna jest na poziomie całego anime. „Bezpłciowa”, nieciekawa i kiepsko dobrana, a czasami wręcz za głośna, starająca się podkreślić nastrój danej sceny tam, gdzie same wydarzenia żadnego nastroju odczuwać nie pozwalają. Opening to jeden z najgorszych utworów, jakie miałem nieprzyjemność usłyszeć, a ending, mimo że trochę lepszy, to nadal prezentował się w moich uszach bardzo negatywnie. Ścieżka dźwiękowa tego anime nadawałaby się dla ośmio-, może dziesięciolatków, którym do szczęścia wystarczy dowolny mech, a reszta schodzi na drugi, trzeci, czwarty (i dalszy…) plan.

Jest to seria przeznaczona raczej dla młodszych widzów, lub dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z anime. Jakikolwiek starszy widz po prostu zrezygnuje z oglądania, wymazując tytuł ze swojej spracowanej głowy. Nadmienię jeszcze, że reżyserem jest „ojciec” Mobile Suit Gundam, Yoshiyuki Tomino. Jeśli jedynym, czego wymagacie od serii o mechach, są wielkie roboty, walki, rozbłyski oraz skomplikowani jak cepy bohaterowie, którzy wygłaszają długie i puste monologi, to proszę bardzo. Oglądajcie. Jeśli zaś szukacie anime na poziomie co najmniej „dobrych przeciętniaków”, to odradzam. Wymęczycie się i dojdziecie do wniosku, że już lepiej jest jednak usiąść i pouczyć się tej matematyki na sprawdzian, zagadnień na kolokwium, czy co tam macie. Są plusy, ale minusów zdecydowanie więcej.

Mitsurugi, 1 listopada 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Autor: Yoshiyuki Tomino
Projekt: Akira Yasuda, Ken'ichi Yoshida, Kimitoshi Yamane, Kinu Nishimura, Yoshihiro Nakamura
Reżyser: Yoshiyuki Tomino
Scenariusz: Ichirou Ookouchi
Muzyka: Kouhei Tanaka