Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 9/10
fabuła: 4/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,83

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 265
Średnia: 8,49
σ=1,27

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Inuyasha Kanketsu-hen

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2009
Czas trwania: 26×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Inuyasha: The Final Act
  • 犬夜叉 完結編
Widownia: Shounen; Postaci: Anthro, Kapłani/kapłanki religii wschodnich, Youkai; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Przeszłość; Inne: Magia
zrzutka

Rok czy dwa przed założeniem Tanuki.pl snuliśmy z Avellaną (i kilkoma innymi osobami) rozważania o tym, jak skończy się bardzo przez nas lubiana seria Inuyasha. Nie wiem, jak reszta, ale dziś nie jestem pewien, czy na pewno chciałem to wiedzieć.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Na zakończenie przerwanej w 2004 roku serii Inuyasha przyszło długo czekać. Dopiero w październiku 2009, prawie pięć lat później, zdecydowano się na jej wznowienie i wypuszczenie nowych odcinków. Fabuła serii zaczyna się mniej więcej w tym samym momencie, w którym została przerwana kilka lat temu. Kagome, Inuyasha i reszta drużyny cały czas ścigają pomniejsze cząstki Naraku. Walczą z czasem, bowiem wymieniony adwersarz cały czas rośnie w siłę. Na początku nic nie wskazuje na to, że akcja miałaby zmierzać do końca, jednak fabuła konsekwentnie dąży do ostatecznego, niemal desperackiego starcia.

Powiem szczerze: intryga i jej sposób poprowadzenia są najsłabszym elementem nowej serii. Powodów ku temu jest kilka. Najważniejsze z nich to relatywnie niewielka liczba odcinków, w połączeniu z dużą ilością materiału do upchnięcia oraz odziedziczony po mandze świetny pomysł na dramatyczne zawiązanie fabuły i absolutny brak pomysłu na jej zakończenie.

W efekcie pierwsze kilka odcinków ledwie nadaje się do oglądania. Graficznie są bardzo dobre, jednak strasznie pędzą do przodu. Są kręcone „na szybko”, atakując widza coraz to nowymi intrygami, demonami, technikami do nauczenia, wrogami, dramatami i zdradami w intensywności tak dużej, że w zasadzie trudno połapać się kto, z kim i dlaczego. Większość postaci tworzona jest na zasadzie „rachu­‑ciachu i do piachu”: otrzymują na ekranie może po pięć minut i natychmiast z niego schodzą, powalone najczęściej pojedynczą techniką, po której bohaterowie podłapują trochę doświadczenia. Wszystko to sprawia wrażenie chaotycznego i, co gorsza, pozbawione jest dramatyzmu. Widz mocno się gubi i nie wie, czemu właściwie ta walka była taka ważna, dlaczego ta nowa technika jest taka potężna i z jakiego w zasadzie powodu powinien być akurat w tym momencie wzruszony widzianymi na ekranie wydarzeniami. Trudno zrozumieć zwłaszcza emocje bohaterów, bo zwyczajnie nie dano czasu na ich przyswojenie. Pierwsze odcinki wyglądają w efekcie jak nagromadzenie chaotycznych walk z chuliganami.

Na szczęście wkrótce, gdy twórcy są już ukontentowani doprowadzeniem fabuły do zadowalającego ich momentu, akcja nieco spowalnia, jednak tylko po to, żeby pokazać swą miałkość. Okazuje się, że autorka nie ma niestety do zaoferowania niczego poza ciągłą inflacją mocy. Jest to bardzo smutne, gdyż Rumiko Takahashi ma doskonałe pomysły na postaci, lokacje, miejsca, walki i zawiązania intrygi. Jednocześnie jednak bardzo rzadko zdarza się jej rozplątać stworzone przez siebie wątki.

Problem polega na tym, że niestety fabuła Inuyashy, po tym, co dostaliśmy w pierwszej serii, musiałaby skończyć się albo bratobójczą walką, albo gigantyczną i szokującą traumą. Drużynę łączył bowiem głównie wspólny wróg i nieco ciepłych uczuć, jednak oprócz tego jej cele nie dawały się ze sobą pogodzić. Tak więc Inuyasha nie mógł zostać pełnym youkai, nie zabijając po drodze Kohaku, brata Sango (oraz prawdopodobnie Kougi) celem zagarnięcia ich odłamków kryształu. Także Kikyou nie mogła pozostać wśród żywych jednocześnie z Kagome.

Rumiko Takahashi nie zdołała tym razem stanąć na wysokości zadania. Na szczęście przygoda nie kończy się masakrą naszych ulubieńców, niemniej jednak liczba deus ex machina, nagłych zmian postawy „to ja rezygnuję z dotychczasowej motywacji” i zmartwychwstań jest oszałamiająca. Jeśli tylko istniał jakiś tandetny chwyt fabularny, to został on wykorzystany. Intrygę cechuje totalny brak wdzięku. Ostatnie odcinki oglądałem z dużym niesmakiem.

Sytuacji nie ratuje też inflacja mocy, na starej złej zasadzie „co było potężne, będzie silniejsze, co było słabe, takim pozostanie”. Połowa czasu ekranowego to uczenie się i doskonalenie nowych technik. Sporo poświęcono go też na niezbyt interesujący wątek współpracy między Tensaigą i Tetsusaigą, mieczami Inuyashy i jego brata. Wątki te raz, że nie są szczególnie atrakcyjne, dwa, że śledząc je, można odnieść wrażenie, że autorka nie pamięta już trochę, o czym w zasadzie rysowała mangę. Trzy, że to w sumie nic nowego. W efekcie końcówka bardziej przypomina pierwsze epizody Dragon Ball Z, niż to, co miało miejsce na początku serii. Przykra prawda jest taka, że Inuyasha powinno skończyć się po maksymalnie 100 odcinkach, a nie 193.

Bohaterowie to jeden z czterech punktów, za które przyznajemy oceny. Niestety mam mieszane uczucia co do tego, jak należałoby ich potraktować. Z jednej strony postacie są poprowadzone zgodnie z ich linią rozwoju z poprzedniej części. Tak więc wszyscy zachowują się podobnie, jak miało to miejsce we wcześniejszych odcinkach, a ich charaktery rozwijane są mniej więcej konsekwentnie. Jednak widać dwa problemy: niewielka (tylko 26) liczba odcinków oraz kiepski pomysł na rozwiązanie fabuły. Tak więc o ile niektórym wątkom poświęcono dużo miejsca, tak inne postanowiono zlekceważyć. Nie zawsze wybierano dobrze.

Bardzo wiele miejsca poświęcono przykładowo uczeniu się nowych technik, goryczy Sesshomaru, ponieważ braciszek znowu podebrał mu zabawki, Kikyou Wiecznie Żywej etc. Olano natomiast mniej ważnych bohaterów. Kouga, mimo że przynajmniej w pierwszej połowie serii jest bardzo aktywny, potraktowany został po macoszemu, tak że widz prawie nie zauważa zniknięcia tej bądź co bądź istotnej postaci. Ot, po prostu stracił zainteresowanie. Wielki mi amant…

Całkowitym skandalem natomiast było to, co spotkało Kagurę. Kto jak kto, ale główna agentka Naraku, która przez wiele odcinków była ważną antagonistką dla drużyny bohaterów, zasługiwała na więcej uwagi. Tym bardziej że była to postać dość lubiana i powiedzmy sobie szczerze: charyzmatyczna (na pewno bardziej charyzmatyczna niż Kikyou czy obydwa miecze, które koniec końców dostały więcej czasu ekranowego od niej). Sposób, w jaki rozwiązano jej wątek, zwyczajnie wołał o pomstę do nieba. Fanki Sesshomaru, nawiasem mówiąc, także mają prawo czuć się nieusatysfakcjonowane. W końcu bowiem nie dowiadujemy się, jaki on jest: gardzi ludźmi czy nie, nienawidzi brata czy już się pogodził z jego obecnością, ma serce czy też jest totalnie pozbawiony empatii? Niestety jego rozwój psychologiczny został zawieszony na poziomie znanym z serii: niby coś tam czuje, ale nie za bardzo to okazuje. Szkoda.

Tym, co należy pochwalić w nowej serii Inuyashy, jest natomiast jej oprawa wizualna. Serial ten zawsze należał do bardzo starannie narysowanych. Jego nowa odsłona weszła natomiast na poziom bliski perfekcji. Feudalna Japonia wprawdzie na pewno jest daleka od historycznej prawdy, wygląda jednak naprawdę pięknie. W szczególności dobrze oddano tła i tak zwane obrazy przyrody. Tak więc trawa, drzewa czy zarośla są trawą, drzewami lub zaroślami, gdzie narysowano każdy liść rośliny, zadbano o ich prawidłowy układ i naturalistyczny wygląd, a nie obszarami zieleni, jak to często bywa w anime. Świadczy to o talencie rysowników i włożonym w pracę wysiłku. Naturalistyczne oddanie roślinności, złożonej tak naprawdę z masy szczegółów, które zwykle ludzkie oko ignoruje, jest niezwykle trudne dla rysownika, malarza czy grafika.

Flora i fauna (w postaci np. przelatujących tu i ówdzie owadów) nie są zresztą jedynymi świetnymi elementami tła w Inuyashy. Zwróćcie, drodzy czytelnicy, uwagę na to, jak piękne w tej serii jest niebo, wyglądające jak prawdziwe letnie niebo, pokryte prawdziwymi chmurami. Momentami, oglądając serial, miałem wręcz złudzenie realności. Wygląda on chwilami niemal fotorealistycznie.

Jak nietrudno zgadnąć, przy takiej dbałości o szczegóły także animacja jest bliska doskonałości, płynna, dopasowana do sytuacji i szczegółowa. Postaci oparto na dawnych projektach, trochę je jednak poprawiając i dopracowując. Pod względem graficznym nowa seria dosłownie miażdży swoją poprzedniczkę.

Zobaczyć to można szczególnie w retrospekcjach. Niektóre sceny, zwłaszcza odwołujące się do wydarzeń z wcześniejszych odcinków, zostały bowiem przeniesione bezpośrednio z poprzedniej serii. Pokazane widzowi, pozwalają cofnąć się w czasie o prawie dziesięć lat, do poprzedniej epoki animacji. Wywiera to nie najlepsze wrażenie i kontrastuje z wcześniejszą dbałością o szczegóły, jednak jest to wybaczalny grzech.

Muzyka filmu to ten jego element, o którym zwykle jest trudno coś napisać. Z jednej strony jest to coś, czego często zwyczajnie nie zauważamy. Powiedzmy sobie szczerze: ludzie są wzrokowcami i zwykle ignorują zmysł słuchu, przytłoczeni nawałą bodźców wzrokowych. Z drugiej: mimo że nie skupiamy się na otaczających nas odgłosach, muzyce, natężeniu głosów postaci, to często one budują atmosferę.

Zaryzykuję stwierdzenie, że właśnie na dobrze dobranej muzyce budowany jest mityczno­‑baśniowy klimat Inuyashy. Bardzo podobało mi się połączenie wykorzystanych instrumentów. Z jednej strony otrzymujemy coś, co jednoznacznie brzmi jak jakiegoś rodzaju instrument smyczkowy o wyraźnie azjatyckich, przeciągłych i nieco jękliwych nutach. Z drugiej natomiast coś, co mojemu niewprawnemu uchu wydaje się być fortepianem lub pianinem. Tworzy to ciekawą kompozycję: z jednej strony bowiem otrzymujemy tradycję, a z drugiej nowoczesność. Powiedzmy sobie prawdę: moje ulubione w zakresie utworów filmowo­‑instrumentalnych Two Steps From Hell to nie jest, ale i tak kompozycje są świetne.

Muzyka zmienia się dynamicznie, raz jest spokojna, nieco sentymentalna i nostalgiczna (to zresztą jedna z głównych cech rozpoznawczych ścieżki dźwiękowej Inuyashy), by zaraz potem zrobić się nieco niepokojąca, gęstsza lub odrobinę podniosła. Stylem jest bardzo zbliżona do tej z poprzedniej serii. Niektóre utwory wręcz wydają się tymi samymi kompozycjami, z tym że odrobinę przekomponowanymi i być może nagranymi na nowo. Przykładowo melodia zwana dzisiaj Inuyasha Feeling jest bardzo podobna do tej nazywanej kiedyś Longing. Bardzo dobrze, że seria pozostała wierna tradycji, tym bardziej że jej oprawa dźwiękowa zawsze pod tym względem była świetna.

Ostateczny werdykt na temat serii jest trudny do wydania. Powiem szczerze: Inuyashę oglądało mi się całkiem przyjemnie, głównie ze względu na bardzo dobrą warstwę audiowizualną. Jednak już ze śledzeniem fabuły było gorzej: seria miała trudności z utrzymaniem mnie przy ekranie i ze zwyczajnym wciągnięciem. Owszem, to była stara seria, o starych postaciach, które lubiłem, ale wyraźnie już zużyta i pozbawiona pomysłu na to, co powinno być dalej. Przyswojenie tego anime wymagało ode mnie dużo wysiłku i zajęło mi prawie dwa miesiące. Powód był prosty: zwyczajnie miałem lepsze rzeczy do roboty niż oglądać tę w sumie niestety niezbyt interesującą produkcję.

Zegarmistrz, 15 lutego 2011

Recenzje alternatywne

  • moshi_moshi - 6 czerwca 2010
    Ocena: 9/10

    Każda opowieść kiedyś się kończy, niestety… Ostatnie spotkanie z Inuyashą i jego towarzyszami. Czy wreszcie uda im się pokonać Naraku? więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Autor: Rumiko Takahashi
Projekt: Yoshihito Hishinuma
Reżyser: Yasunao Aoki
Scenariusz: Katsuyuki Sumisawa
Muzyka: Kaoru Wada