Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 5/10 grafika: 6/10
fabuła: 4/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,75

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 202
Średnia: 6,33
σ=1,87

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Zegarmistrz)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Seiken no Blacksmith

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2009
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Sacred Blacksmith
  • 聖剣の刀鍛冶(ブラックスミス)
Tytuły powiązane:
Gatunki: Fantasy
Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Kowale, rycerze, demony, (pojedyncze) obnażenie i urwana fabuła. Czyli kolejne sztampowe fantasy, którego nie będą chcieli zapewne oglądać nawet amatorzy gatunku.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Zasadniczo, siadając do Seiken no Blacksmith (na Zachodzie nazywane też „Seiken no Boobsmith”, co można przetłumaczyć jako „Święci Cycale”) nie spodziewałem się wiele (tym bardziej że użytkownicy dość nisko ocenili „ogryzek” tej serii) i raczej oglądałem to anime z kronikarskiego obowiązku niż dla przyjemności. Jak się okazało, dobrze robiłem, bo inaczej bym się rozczarował. Fabuła przenosi nas do bardzo, bardzo typowego świata fantasy. Świat przedstawiony jest dość prosty: istnieją w nim dwa wredne imperia, jedno gorsze od drugiego, a pomiędzy nimi znajduje się niewielka strefa buforowa, w której egzystuje (w domyśle) kilka miast handlowych, będących (również w domyśle) ostojami wolności. Świat nie jest spokojny, kilka dziesięcioleci temu stoczono więc w nim okrutną wojnę. W ruch poszły zaklęte miecze, czarna magia, a także przywoływanie demonów i innego plugastwa, które na wieki wieków poznaczyły świat i dusze zamieszkujących go ludzi bliznami… Od tego momentu złe moce nieco przycichły, a najpotężniejsza z nich śpi niespokojnie, zapieczętowana pod ogromną górą. Cały czas jednak żyją prześladowani przez przeszłość weterani, aktywni są też złowrodzy kultyści…

W świecie tym przychodzi żyć świeżo upieczonej wojowniczce Brygady Rycerskiej (czyli czegoś, co, sądząc po zachowaniu jej personelu, łączy w sobie zalety straży miejskiej i zakładu pracy chronionej), Cecily Cambell. Zostaje ona wplątana przez los w równie niecną, jak niejasną intrygę zagrażającą (prawdopodobnie) równowadze całego świata, w którą (jak recenzent się domyśla) wmieszane są (najpewniej) wysoko postawione osobistości z obydwu złych imperiów (co w tego rodzaju anime jest wysoce prawdopodobne) z koronowanymi głowami włącznie. Recenzent jednak zastrzega, że nie wie tego na pewno, bowiem fabuła została przerwana gdzieś w okolicach początku.

Cecily Cambell nie jest jednak osamotniona w swej walce o coś, o czym twórcy nie raczyli nam powiedzieć. Ten sam los, który pchnął ją w owe mętne, a niejasne wydarzenia sprawia, że spotyka ona wielu przyjaciół i sojuszników. Pierwszym i najważniejszym z nich jest oczywiście genialny, oczywiście nastoletni kowal Luke, skrywający (jakże by inaczej) mroczną tajemnicę, traumę z dzieciństwa i jak znam życie oraz japońskie kreskówki: kolejną z Wietnamu, Zatoki Perskiej, Operacji Pustynna Burza i misji pokojowej w Afganistanie. Towarzyszy mu mała dziewczynka imieniem Lisa, serdeczna i wesoła, kochana przez wszystkich smarkula, skrywająca tajemnice czarne jak serce Golluma. Ostatnią z postaci, jakiej losy przyjdzie nam śledzić, jest Aria, dziewczyna transformująca się w magiczny miecz, ścigana przez mroczne przeznaczenie pisane wszystkim dziewczynom transformującym się w sami wiecie co…

Fabuła jednak tak naprawdę w niewielkim stopniu dotyczy ludzi. To opowieść o szlachetnych narzędziach sztuki wojennej, jakimi są miecze. Kręci się więc wokół ich kucia, użycia i różnych ich typów. Niestety rozczaruje się ten, kto spodziewałby się np. Spice and Wolf w świecie płatnerzy. O ile w przywołanej, opowiadającej o średniowiecznych kupcach, przygody toczą się wokół ekonomii, baniek spekulacyjnych, przekrętów, koniunktur i ich załamań, tak w Seiken no Blacksmith trudno szukać rozważania o rodzajach rudy, stopach stali czy właściwościach poszczególnych broni. Fabuła wygląda trochę tak, jakby autor obejrzał instrukcje do jakiegoś Baldur's Gate czy innego Dragon Age i zainspirował się rozdziałem o uzbrojeniu. Tak więc co kilka chwil słyszymy „A ja mam katanę”, „A ja rapier!”, „A on zweihander!”, „A tam jest koleś z mizerykordią”. Używając języka blogów: po prostu żal.

Tak nawiasem mówiąc, to miecze i wyposażenie w tej serii ludzie kupują chyba na bazarze od Ruskich, bo łamią się w tempie ekspresowym.

Ludzcy bohaterowie także nie ratują serii. Główna protagonistka: Cecily Cambell bardzo wyraźnie jest heroiną w starym złym stylu Usagi Tsukino z Sailor Moon. To idiotka, która potyka się o własne nogi, nie radzi sobie z niczym, wygrywa czystym sercem, a na domiar złego zanudza przeciwników i widzów natchnionymi przemowami. Naprawdę ciekawi mnie, kto jej dał broń do ręki? Bo przecież ta baba stanowi zagrożenie dla samej siebie. Chyba że kierowano się tu starą zasadą: „Taki żołnierz jest nawet lepszy, bo można mu płacić połowę żołdu i nikt nie będzie płakał, jak zginie”.

Luke to natomiast w pierwszej kolejności cham i buc. Oczywiście rozumiem, że twórcy chcieli stworzyć bohatera w sposób dowcipny szorstkiego, oschłego indywidualistę stroniącego od towarzystwa ludzi. Jednak stworzyli gburowatego durnia bez krztyny ogłady i empatii. Patrząc na jego zachowanie przez pryzmat ostatnich odcinków: użalającego się nad sobą i kompensującego własną frustrację poprzez wyżywanie się na innych. Brakuje mu tylko, żeby zaczął pić i bić żonę. Zważywszy na to, że to postać z anime, czyli nastolatek: jeszcze wszystko przed nim.

Trzecią z kluczowych postaci jest Lisa. Na początku wzbudziła we mnie wiele sympatii, zachowywała się bowiem niemal jak klon Sasami z Tenchi Muyo!, która była bardzo udaną postacią. Niemniej jednak po kilku odcinkach pokazujących, jak słodka, kochana przez wszystkich i zaradna jest, oraz jak wstaje z ptaszkami i niemal z owymi ptaszkami śpiewa, miałem ochotę zamknąć ją w ołowianym pojemniku i pochować w betonowym sarkofagu razem z odpadami radioaktywnymi. Niestety seria ta cierpi na poważny brak charyzmatycznych postaci.

Zaskakuje też ilość tandetnych elementów, jakie udało się wcisnąć twórcom w anime. Kucie mieczy na placu boju przy użyciu recytowanych długo zaklęć? Jest. Dziewczyny zmieniające się w miecze? Są. Kiepskie traumy? Są. Zbroje płytowe, nie dość, że noszone na gołe cycki (to musiało boleć), to jeszcze pękające w najmniej odpowiednich momentach? Są. Naciągane, mroczne przeszłości, teraźniejszości i przyszłości? Są. Martwe kochanki postaci zbyt młodych, by posłać je po piwo i fajki? Są!

Tak naprawdę jednak fabuła ma dwa problemy. Po pierwsze: zostaje przerwana w momencie, w którym powinna zacząć się rozkręcać. Ja rozumiem, że to adaptacja i przeniesiono na ekran dopiero pierwszy tom powieści. Jednak co z tego, skoro większość odcinków i tak została zmarnowana na zapychacze o kupowaniu sukienek?

Najsilniejszą stroną Seiken no Blacksmith jest grafika. Słowa te to jednak stwierdzenie faktu, a nie pochwała! Ktoś, kto spodziewałby się pieszczoty dla oczu, zawiedzie się więc w sposób straszliwy. Tak naprawdę bowiem seria posiada mniej więcej porządną kreskę na typowym rzemieślniczym poziomie. Styl rysunku jest podobny do tego, co można zobaczyć w większości serii fantasy, zwłaszcza dysponujących niewielkim budżetem. Kreska jest dość poprawna, jednak niestety nie ustrzegła się pewnych wad. Pierwszą z nich jest animacja ruchu. Niestety twórcy wpadli na pomysł wykorzystania paru elementów budzących skojarzenie z prawdziwą szermierką w stylu europejskim, połączyli to jednak z klasycznymi ujęciami walki z anime obejmującymi bieganie, skakanie i inne takie… Efekty można podziwiać w każdej czołówce w trakcie sekwencji biegu Cecily, zakończonego bardzo niezręcznie wyglądającym sztychem. Grafika psuje się też w chwili oddalenia kamery od bohaterów, tak jakby rysownicy potrafili narysować postacie z bliska, ale nie umieli z daleka. W efekcie, gdy kamera odsuwa się, bohaterowie zostają obdarzeni strasznie żabimi twarzami. Szczególnie często zdarza się to Arii, która niekiedy wręcz wygląda jak córka lekarza z Toaru Majutsu no Index...

Ogromną zaletą grafiki tego anime są natomiast tła. Włożono w nie wiele wysiłku, są szczegółowe i dopracowane. Wprawdzie nie jest to taki poziom detalu, jak na przykład w Inuyasha Kanketsu­‑hen, gdzie poziom graficzny tła niekiedy wręcz sprawia wrażenie realności, jednak nadal wyróżniają się pozytywnie. Tak więc na drzewach widać liście, zarośla i wysoka trawa są zaroślami i wysoką trawą, w domach na ścianach wiszą obrazy, bardzo starannie zresztą oddane. Widać dbałość o szczegóły. Niestety dopracowany drugi plan kontrastuje z potraktowanymi po macoszemu postaciami. Te, narysowane w dość uproszczony sposób, bardzo wyraźnie odcinają się od pozostałych elementów, przez co para idzie w gwizdek.

Udźwiękowienie jest nie najgorsze. Wprawdzie piosenki i muzyka nie wywarły na mnie większego wrażenia (główną przyczyną takiego stanu rzeczy był raczej kiepski opening i równie kiepski ending), jednak tak naprawdę nie odstają zbytnio od normy, ani w pozytywnym, ani w negatywnym tego słowa znaczeniu. Muzyka jest niezła i prawdopodobnie współgrałaby z tym, co widać na ekranie i wydarzeniami, gdyby faktycznie było z czym. Również praca aktorów głosowych jest niezła, choć brakuje znanych nazwisk. Ayumi Fujimura, odtwórczyni głównej roli, wystąpiła wprawdzie w wielu seriach anime, jednak grała głównie postacie epizodyczne, a niekiedy wręcz statystowała. Nobuhiko Okamato, głos Luka, jest nieco bardziej ceniony, grał ważniejsze postacie (np. Acceleratora w Toaru Majutsu no Index), jednak główny męski protagonista „Kowali” nie jest najlepszą rolą w jego karierze. Prawdę mówiąc, facet marnuje się trochę musząc grać takiego idiotę…

Jakiś czas temu spotkałem się z opinią, że anime stworzone na podstawie powieści zwanych light novels są znacząco lepsze od tych ekranizowanych na bazie mangi (o grach komputerowych nie wspominając). Seiken no Blacksmith, oparte na wydanej w 2007 roku powieści Isao Miury o tym samym tytule, jest wyraźnym dowodem na to, że opinia ta nie zawsze jest prawdą. Widzowie oglądający tę serię dostaną do rąk urwaną fabułę składającą się głównie z zapychaczy, bucowate postacie i, powiedzmy sobie szczerze, bardzo średnią oprawę audiowizualną. Szczerze mówiąc, polecałbym to anime jedynie amatorom fantasy, którzy cierpią na głód kolejnej, czarodziejskiej krainy. Także oni zapewne źle się będą bawić oglądając tę serię.

Zegarmistrz, 24 kwietnia 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Manglobe
Autor: Isao Miura
Projekt: Jun Nakai, Runa
Reżyser: Masamitsu Hidaka
Scenariusz: Masashi Suzuki
Muzyka: Tamiya Terashima