Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 8/10
fabuła: 6/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 83
Średnia: 6,76
σ=1,85

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (fm)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Guin Saga

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2009
Czas trwania: 26×24 min
Tytuły alternatywne:
  • グイン・サーガ
Tytuły powiązane:
Gatunki: Fantasy
zrzutka

Wojownik z lamparcią głową jako obrońca dwójki książąt z podbitego królestwa. Ekranizacja pierwszych kilkunastu tomów monumentalnej sagi autorstwa Kaoru Kurimoto.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Michiyo

Recenzja / Opis

Królestwo Parros wskutek niespodziewanego ataku na stolicę zostaje podbite, a z rodziny królewskiej uchodzą z życiem jedynie obdarzona proroczymi wizjami Rinda i jej brat bliźniak Remus. Podczas ucieczki spotykają nieoczekiwanego sprzymierzeńca w postaci człowieka z głową lamparta, który pamięta tylko swoje imię – Guin. Razem zaczynają pełną niebezpieczeństw wędrówkę.

Tytułowy Guin należy do wymierającego obecnie gatunku dojrzałych, męskich bohaterów i stanowi remedium dla widzów zmęczonych melodramatycznymi nastolatkami. Można przypuszczać, że Kaoru Kurimoto czerpała inspirację przy opisywaniu jego wyglądu z wyczynów zapaśników, którzy pod maskami ukrywali tożsamość i podkreślali siłę czerpaną ze zwierzęcej strony osobowości. Guinowi jednak daleko do tępego osiłka. Wręcz przeciwnie, świetnie potrafi się odnaleźć w sytuacjach, gdy prężenie muskułów nie wystarcza i trzeba opracować strategię walki albo wykazać się zdolnościami przywódczymi. Wydał mi się jednak odrobinę przesadnie idealny, ponieważ jedyna skaza na jego charakterze wynika z amnezji. Tylko obsesja na punkcie utraconej tożsamości prowadzi do decyzji, których nie da się zaklasyfikować jako absolutnie słusznych. Z drugiej strony jest nieustraszony, ale jednocześnie rozważny, honorowy, chociaż gdy sytuacja tego wymaga, potrafi się posłużyć podstępem, lojalny wobec przyjaciół, bezwzględny dla wrogów, niesamowicie skuteczny w walce… Listę zalet można by jeszcze długo ciągnąć. Oczywiście lepszy taki świetlany wzorzec męskości niż bohater praworządny głupi, tym niemniej czasem suspens zabija fakt, że człowiek­‑lampart znajdzie wyjście z każdej sytuacji i zawsze służy dobrą radą – z gatunku tych, których słuchanie przynosi wymierne korzyści.

Początkowo wydaje się, że z bliźniąt mocniejszym charakterem została obdarzona Rinda. Szybko jednak jej rola zostaje sprowadzona do złych przeczuć, wzdychania do Guina i czubienia się z Istavanem – najemnikiem, który przyłącza się do bohaterów, lecz prawie cały czas na pierwszym miejscu stawia własne ambicje. Remus natomiast zaczyna jako płaczliwy i tchórzliwy dzieciak, ale w połowie serii znajduje w końcu we własnym ciele kręgosłup (choć nie bez pomocy z zewnątrz), wreszcie zaczyna podejmować decyzje i generalnie staje się znośniejszą postacią. Jednak już wcześniej jego jojczenie staje się mniej zauważalne, bo w pewnym momencie rolę obiektu nienawiści przejmuje Suni – małpiątko, porozumiewające się wymawianiem na różne sposoby swojego imienia, które miało chyba pełnić rolę maskotki, ale w moim przypadku budziło jedynie irytację. W paru momentach rozwój akcji rozbudzał nadzieje, że przykładowo spadając w przepaść wreszcie dokona swego żywota, lecz za każdym razem kończyło się rozczarowaniem. Niestety od pierwszego spotkania z nią jesteśmy skazani na jej „pocieszne” wygłupy do samego końca (tyle dobrego, że na tym kończą się rujnujące atmosferę elementy komediowe). Im bardziej fabuła grzęźnie w pobocznych wątkach, tym bardziej rozrasta się obsada, więc opisywanie każdej osoby po kolei poważnie nadwyrężyłoby cierpliwość czytelników. Zwrócę tylko uwagę na ogólny trend. Poza nielicznymi wyjątkami brakuje tu jednoznacznego podziału na dobro i zło. Już prędzej można zauważyć wykorzystujących i wykorzystywanych. Teoretycznie można to uznać za zaletę, lecz prowadzi to do pewnych problemów, o których napiszę przy omawianiu fabuły.

Początkowo historia czerpie z najlepszych wzorców zachodniego heroic fantasy (albo najbardziej tandetnych, dla osób z awersją do tego podgatunku), więc w trakcie wędrówki Guin zaczyna od naruszenia cielesnej nietykalności niewielkich grupek wrażych żołdaków, mierzy się z krwiożerczymi potworami, odpiera ogniem i mieczem magiczne ataki, a dopiero mając przeciwko sobie całą armię zaczyna aktywniej szukać sprzymierzeńców (co daje okazję do natchnionych przemów). Natomiast w drugiej połowie anime jego rola zostaje mocno zmarginalizowana. Ot, od czasu do czasu z krzaków wyskoczy na niego jakiś przeciwnik, więc może dla zachowania wprawy pomachać mieczem. Oprócz takich fabularnych ochłapów pozostaje zasadniczo bezrobotny. Patrząc na resztę wątków można zauważyć pewne podobieństwa do Arslan Senki. Mamy młodego księcia, który utracił królestwo na rzecz militarystycznego imperium, więc gromadzi armię i walczy o niepodległość. W jednym i drugim przypadku przeplatają się losy zarówno dowódców armii, jak i najemników, czy mniej istotnych żołnierzy. Jeśli miałbym wskazać na podstawową różnicę, Guin Saga dużo większy nacisk stawia na wbijanie sztyletów w plecy niedawnym sojusznikom. Z powodu mnogości wątków istotnych zapewne dopiero w dalszej części sagi i przyziemnej, pozbawionej pewnego rysu szlachetności obsady, ta część bywa mocno nużąca. Trudno komukolwiek kibicować, gdy dostajemy tylko amoralnych intrygantów i skończonych naiwniaków, a jeśli żadna strona konfliktu ani ziębi, ani grzeje, więcej wysiłku trzeba wkładać w powstrzymywanie ziewania.

Ortodoksyjni fani Berserka, którzy narobili sobie apetytu, czytając wypowiedzi Kentarou Miury o inspiracji książkową wersją Guin Sagi, mogą poczuć się rozczarowani przedstawioną wizją odpowiednika wieków średnich. Nie ma tu gwałtów, golizny ani wyprutych flaków. O ile brak takich atrakcji można przeżyć (nawet narzekając na zbytnie ugrzecznienie), to kompletna bezkrwawość prowadzi czasem do absurdalnych scen: np. Guin atakuje mieczem i zamaszystym cięciem zabija przeciwnika, przecinając przy okazji stojące za nim drzewo. Ciało, o dziwo, pozostaje nienaruszone i w jednym kawałku. Najwyraźniej przemoc wobec roślinności jest bardziej usprawiedliwiona.

Najmocniejszym punktem oprawy graficznej jest różnorodność scenografii. Przygoda zaczyna się w mrocznej puszczy, ale mamy też okazję zobaczyć miasta o różnym stopniu zamożności, podziwiać architekturę pałaców, by później przenieść się na niedostępne górskie wyżyny albo tropikalną wyspę. Dzięki umiejętnemu zastosowaniu gry światła twórcom udało się stworzyć wiele urokliwych krajobrazów. Sceny akcji również wypadają nie najgorzej. Uniknięto tutaj wzorowania się na walkach samurajów (dwóch wojowników przebiega obok siebie i po dłuższej chwili jeden umiera z niewyjaśnionych powodów) i superciosów zadawanych z prędkościami podświetlnymi. Zamiast tego mamy do czynienia z może niezbyt wysublimowaną, ale jednak szermierką albo w przypadku walk bez broni – zapasami, w których wszystkie chwyty i ciosy są dozwolone. Na czym zatem najbardziej oszczędzono? Niestety na scenach batalistycznych. W ich przypadku potrzeba gigantycznego budżetu albo straszy się widzów pochodami komputerowych marionetek. Twórcy postanowili zrobić unik, więc starcia wojsk są zazwyczaj pokazane skrótowo lub całkowicie ukryte przed naszym wzrokiem i poznajemy co najwyżej rezultaty bitwy.

O ile Nobuo Uematsu dopiero przy okazji Guin Sagi miał możliwość stworzenia kompletnej ścieżki dźwiękowej, to jako kompozytor nie jest postacią anonimową. Z pewnością mieli okazję o nim słyszeć miłośnicy jRPG­‑ów, bowiem odpowiada on za muzykę do serii Final Fantasy i wielu innych gier. Jego dzieła charakteryzuje to, że nawet mając do dyspozycji tylko elektroniczne instrumenty potrafi stworzyć quasi­‑symfoniczne melodie. Tym razem też nie zawiódł i naładowane patosem motywy muzyczne nieźle podkreślają atmosferę poszczególnych scen. W oderwaniu od obrazu ścieżki instrumentalne nadal nadają się do słuchania, jednak brakuje im uroku potrzebnego, żeby na stałe zagościć na liście słuchanych utworów. Już bardziej zapada w pamięć piosenka z końcówki odcinków, czyli Saga ~ This is my road – o ile nie zrazi to, że do typowych dla j­‑popu przypadkowych wstawek w języku angielskim dochodzi jeszcze łacina.

Guin Saga nie zaspokoiła w pełni rozbudzonego we mnie apetytu, lecz jeśli kiedyś powstałaby kontynuacja (nie mam zbyt dużej nadziei, bo to seria pozbawiona sporej części lepów na masowego odbiorcę), to z całą pewnością będę ją oglądał. Choć pewien rozdział (a właściwie jedna szósta książkowej sagi) został zamknięty, koło fortuny nie wykonało jeszcze całego obrotu i ci, którzy upadli, mają jeszcze szansę się odegrać, a dobrym komentarzem do ostatniego odcinka jest „No, to teraz dopiero zacznie się dziać”. Pomimo pewnych niedostatków polecam to anime miłośnikom zachodniej literatury fantasy. Ze względu na niski poziom przemocy i prawdziwie męskiego bohatera, który używa nie tylko mięśni, ale i rozumu (oczywiście równie dobrze decydującym wabikiem mogą się okazać kocie uszka), seria ma szansę przyciągnąć nawet w trochę większym stopniu żeńską widownię (i zanudzić drugą połową).

fm, 6 grudnia 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Satelight
Autor: Kaoru Kurimoto
Projekt: Natsuki Sumeragi, Toshiharu Murata
Reżyser: Atsushi Wakabayashi
Scenariusz: Shouji Yonemura
Muzyka: Nobuo Uematsu

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Podyskutuj o Guin Saga na forum Kotatsu Nieoficjalny pl