Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Mochicon - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 8/10 grafika: 7/10
fabuła: 7/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,33

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 63
Średnia: 6,27
σ=1,89

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Digimon Adventure 02

zrzutka

Sequel z nową (w większości) ekipą – zdecydowanie inny od pierwszej serii, ale raczej nie gorszy od niej.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Chudi X

Recenzja / Opis

Mało to oryginalne, ale zacznijmy od uporządkowania linii czasowej: od wydarzeń pokazywanych w Digimon Adventure minęły trzy lata. To oznacza, że do szkoły podstawowej uczęszczają już tylko Takeru i Hikari – reszta bohaterów to gimnazjaliści, a Mimi w ogóle przeprowadziła się z rodzicami do Ameryki. Nie to jednak jest najpoważniejszym problemem – gdy w świecie Digimonów, nazywanym Digital Worldem, pojawia się nowe zagrożenie, okazuje się, że digimony ósemki „wybrańców” nie mogą przemieniać się w dorosłe, bojowe formy. Co teraz? Cóż, musi się pojawić promyk nadziei, w osobach szkolnych kolegów Takeru i Hikari – Daisuke, Miyako oraz Ioriego, którzy nieoczekiwanie zostają przetransportowani do Digital Worldu i spotykają tam swoich partnerów, czyli trzy nowe digimony. W chwili niebezpieczeństwa udaje im się zupełnie nowy rodzaj przemiany, obchodzący złe moce, które blokują pozostałych. To oczywiście sprawia, że Daisuke, Miyako i Iori – a niebawem także Takeru i Hikari – znajdą się na pierwszej linii walki z zamaskowanym złoczyńcą, który każe się nazywać Digimon Kaiserem, wznosi złowrogie czarne wieże i generalnie, jak każdy porządny czarny charakter, planuje zawładnąć światem.

Mam nadzieję, że to nie zabrzmiało zbyt zawile – większość tej plątaniny to po prostu mechanizm fabularny mający odsunąć na drugi plan ekipę z Digimon Adventure i dać pole do popisu nowym bohaterom. Pod względem fabularnym ta odsłona jest zresztą zdecydowanie inna i choćby dlatego wymiana postaci dobrze jej zrobiła. Nie mamy tu do czynienia, jak poprzednio, z wędrówką przez świat, w którym przybysze z Ziemi zostają uwięzieni – cała piątka może niemalże swobodnie (są pewne ograniczenia techniczne, żeby nie było za łatwo) podróżować między światem ludzi a światem digimonów, dlatego większość przygód polega na pokonaniu kolejnej odsłony zła i powrocie do domu na obiad. Można się spierać, że znika przez to klimat zagrożenia, jednak jest to rekompensowane tym, że mamy szansę od początku oglądać bohaterów w kontekstach innych niż bezustannej walki o przetrwanie – a to sprzyja lepszemu zarysowaniu ich charakterów. W dodatku Digimon Adventure 02 unika większości potknięć fabularnych swojego poprzednika, chociaż niestety wpada w inne pułapki.

Digimon Adventure sprawiało wrażenie serii, która okazała się popularniejsza niż początkowo zakładano i w związku z tym została przedłużona – cała ostatnia część (ta po starciu w Tokio) sprawia wrażenie „dosztukowanej” do reszty i, prawdę mówiąc, jest pod wieloma względami najmniej udana. Dlatego omawiane tu anime bardzo długo miałam zamiar pochwalić w recenzji za to, że wie, co robi – konsekwentnie planuje i rozwija kolejne wątki, do pierwszej kulminacji, a potem… A potem gdzieś tak do 40. odcinka, po którym zaczyna się chaos. Pokazywane wydarzenia sprawiają wrażenie, jakby ktoś fabularną zawartość dwudziestu kilku odcinków postanowił wepchnąć w dziesięć. Superpotężni przeciwnicy pojawiają się i zostają pokonani w obrębie pojedynczego odcinka, nowe moce są wyciągane jak króliki z kapelusza, a wszystko to po to, żeby się okazało, iż główny, ten prawdziwy najgłówniejszy, zły jest z recyklingu i też pojawia się jak diabeł z pudełka (i równie szybko znika). Zdecydowanie trzymam się tezy, że planowano dłuższą serię – gdyby od początku zamierzano to wszystko zmieścić w pięćdziesięciu odcinkach, można by bez większego problemu okroić sporą część pierwszej (albo i drugiej) połowy, zostawiając dość miejsca na finałowy wątek.

Poza tym nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że twórcy chwilami mieli nieco większe ambicje – może za duże jak na serię dla dzieci. Digimon Kaiser to przeciwnik, którego trudno potraktować poważnie, chyba że ma się dziesięć lat i nie oglądało się za dużo anime. Ponieważ jest to rówieśnik bohaterów, nie trzeba geniusza, żeby się domyślić, iż z czasem znajdzie się po ich stronie, bo nie widziałam jeszcze takiej serii dla młodszych widzów, w której dziecko (prawdziwe ludzkie dziecko, a nie paskud w postaci dziecka) okazałoby się naprawdę i do szczętu złe. Jeśli dołożyć do tego brak ciągłej atmosfery zagrożenia, która charakteryzowała sporą część Digimon Adventure, początek tej serii jest w gruncie rzeczy znacznie lżejszy – a potem nagle dostajemy po łbie skoncentrowaną dawką mroku, w dodatku przejmująco obcego i groźnego, czerpiącego z samego Lovecrafta. Znowu – może to tylko moja nadinterpretacja, ale przypuszczałam, że właśnie ze „światem ciemności” będzie ściśle związany finał serii, a ostatecznie wyglądało to tak, jakby ktoś wezwał scenarzystów na dywanik i stanowczo zabronił im dalej straszyć dzieci. Z jednej strony – szkoda, bo mogła powstać seria w swojej klasie wybitna, z drugiej – w tego typu produkcji trudno oczekiwać od twórców ryzykownych decyzji.

Jeśli przyjrzeć się uważnie tej serii, widać wyraźnie, że mimo pozornej spójności, zmienił się sam koncept świata przedstawionego. Pokazany w Digimon Adventure Digital World był miejscem po prostu niebezpiecznym – nawet jeśli pominąć różnych wysłanników sił ciemności, nie brakowało w nim stworzeń skłonnych zrobić z bohaterów śniadanie lub po prostu rozpłaszczyć ich na naleśnik. Ta seria zdecydowanie skłania się do tego, że niedrażnione digimony są niegroźne, a sam ich świat byłby pięknym rajem, gdyby nie rzeczone siły ciemności. Mniej akcentuje się tu podział na „wirusy”, „dane” i „szczepionki” (czyli antywirusy) – w ogóle odnosiłam wrażenie, że twórców zaczął trochę uwierać koncept „cyfrowego” świata utworzonego z danych i bardziej skłaniają się do tego, że Digital World to po prostu świat równoległy, w dodatku jeden z wielu. Gorzej, że w dużej mierze zostają tu rozmontowane precyzyjne założenia fabularne pierwszej serii. Pojawienie się „wybrańców” nie było przypadkiem, a ściśle zaplanowaną operacją (swoją drogą, jak się nad tym zastanowić, to osoby odpowiedzialne za nią musiały być niezłymi sukinkotami). Tutaj uzasadnienia dla nowej fali wybrańców zdecydowanie brakuje, a digimony­‑partnerzy sprawiają wrażenie, jakby po prostu pojawiały się z powietrza (szczególnie finał serii mnie pod tym względem zdegustował). Tak naprawdę jedyne nasuwające się wyjaśnienie nie ma niestety związku z logiką i spójnością świata przedstawionego – bardziej ze strategią marketingową typu: „i ty możesz mieć swojego digimona, jeśli będziesz mocno wierzyć”.

Jeśli twórcom nie wyczerpały się pomysły, to musiał istnieć inny powód, dla którego ich inwencja została mocno ograniczona – niewykluczone, że znowu po stronie decydentów, którzy wyrazili się nieprzychylnie o pomysłach typu żółwiokrólik z młotem czy gigantyczny latający robal. Nowe digimony sparowane z bohaterami są w podstawowej postaci mdląco słodkie, z gigantycznymi oczami i w sam raz do przerobienia na pluszaka. Na to bym nie narzekała – ale nie mogę odżałować, że ich rozmaite postaci bojowe i dorosłe są, najzwyczajniej w świecie, mało pomysłowe. Brakuje tu jakiejś iskry szaleństwa – „formy bojowe” są nudne i praktyczne, dość powiedzieć, że z piątki bohaterów trójka ma digimony przybierające postać skrzydlatych wierzchowców, różniących się kosmetycznymi detalami. Co gorsza, formy dorosłe to za każdym razem w zasadzie większa i groźniejsza wersja formy podstawowej – naprawdę liczyłam na coś ciekawszego pod tym względem. Owszem, moje nadzieje po trochu spełniła jedna z zaawansowanych form (nie wdaję się w techniczne nazewnictwo), mająca postać gigantycznej figurki doguu, ale jeden odfrunięty pomysł wiosny nie czyni, szczególnie po apetycie, jakiego narobiła mi pierwsza seria.

Wydaje się, że piątka (szóstka) a siódemka (ósemka) bohaterów to nieduża różnica, jednak nie da się ukryć, że postaci w tej serii wydały mi się bardziej udane i dopracowane niż poprzednio. Pewnie w dużej mierze odpowiada za to kwestia, o której wcześniej wspominałam: w Digimon Adventure bohaterowie przez większość serii byli zajęci wyłącznie walką o przeżycie i powrót do domu, co z oczywistych powodów mocno limitowało ich zachowanie. Mimo to wydaje mi się, że nowa ekipa jest po prostu udana. No dobrze: Daisuke to w dużej mierze klon Taichiego (paradoksalnie, pomaga mu to, że widzimy też starszego Taichiego, co pozwala myśleć o nich jak o odrębnych postaciach), a przy tym klasyczny „centralny” bohater (nie chcę pisać „główny”, bo jego rola nie jest aż o tyle większa od pozostałych): z gorącą głową i równie gorącym sercem. Natomiast zarówno Miyako, jak i Iori, to postaci zdecydowanie sympatyczne, a przy tym niepozbawione charakteru i indywidualności, mocnych i słabych stron. Słabiej, ale też nieźle, wypada Takeru – podobało mi się, że nie zapomniano o tym, jak różni się charakterem od swojego brata. Natomiast Hikari, która w zeszłej serii wydała mi się koszmarnie sztuczna i płaska w porównaniu z pozostałymi, nie uległa niestety żadnej zmianie pod tym względem. Chociaż tożsamość Digimon Kaisera szybko przestaje być tajemnicą zarówno dla widzów, jak i dla bohaterów, zachowam przyzwoitość i nie będę go zbyt szczegółowo analizować. Nadmienię tylko, że chociaż scenarzysta poszedł po linii najmniejszego oporu, tłumacząc jego zachowanie „wpływem z zewnątrz”, to przynajmniej konsekwencje jego działań nie zostają wygodnie zapomniane w pół odcinka po zamknięciu sprawy.

Tu dochodzimy do tego, co w Digimon Adventure 02 najlepsze, czyli relacji między postaciami. Niezwykle mi się podobało, że włączanie ex­‑Kaisera do drużyny przebiegało stopniowo i bardzo naturalnie. Poszczególni bohaterowie z mniejszą lub większą rezerwą podchodzili do jego przemiany duchowej, ale tak czy inaczej nie próbowali jej kwestionować, po prostu miewali zrozumiałe opory przed kumplowaniem się z nim. Tego typu wątki zwykle załatwia się metodą „jesteś już dobry? To chodź, wszystko zostaje zapomniane”, więc miło popatrzeć na serię podkreślającą, że nie wystarczy się zmienić, trzeba jeszcze popracować nad naprawą tego, co się zrobiło. Rodziny bohaterów odgrywają tu niewielką, ale ważną rolę – nikt nie jest zawieszony w próżni. Bardzo dobrze zutylizowano także starszą ekipę, zwykle wprowadzaną na ekran w postaci jednej­‑dwóch osób naraz (nic dziwnego, licząc z digimonami i tak robi się tłum). Bohaterowie Digimon Adventure są o te trzy lata starsi i to się udało całkiem dobrze uchwycić – to jeszcze nie dorośli, ale jednak różnicę widać. W naturalny sposób zapewniają wsparcie, zarówno logistyczne jak i psychiczne, młodszym kolegom, i chociaż zwykle nie przepadam za tego typu wymienianiem ekipy, nie mam żadnych zastrzeżeń. W kontekście relacji (tym razem ze światem) warto jeszcze wspomnieć, że nowi bohaterowie mają opory przed zabijaniem digimonów – znowu, podobne serie zwykle zamiatają to pod dywan i masakruje się tam rozwiewające się w powietrzu (żeby nie było makabrycznie) potworki na prawo i lewo. Wbrew pozorom nie mam nic przeciwko temu, że ten motyw nie pojawił się w poprzedniej serii, ponieważ tam bohaterowie nie mogli pozwalać sobie na luksus tego typu dylematów.

Pod względem technicznym serie, szczególnie z punktu widzenia dzisiejszego widza, prezentują podobny poziom. Odrobinę zmieniły się tutaj projekty postaci, które chyba bliższe są tym z Bokura no War Game, czyli bardziej uproszczone – mnie akurat bardzo się podobały, chociaż trzeba uczciwie powiedzieć, że widać pewne zgrzyty w momentach, gdy retrospekcje przywołują sceny z poprzedniej serii. Przemiany digimonów znowu (i znowu dość niekonsekwentnie) podpierają się modelami 3D, natomiast walki nie zwróciły mojej uwagi – owszem, animacja uległa poprawie, szczególnie w kluczowych starciach, ale znowu, upływ lat sprawia, że pod tym względem seria wyda się w najlepszym razie poprawna. Równie udana jest natomiast muzyka – wśród nowych piosenek towarzyszących nowym przemianom jedna okazała się na tyle czepliwa, że zaczęłam się łapać na jej nuceniu, co zazwyczaj mi się nie zdarza. Natomiast osoby, które nie lubią spoilerów, powinny przewijać czołówkę i napisy końcowe, zdradzające tyle z fabuły i nowych przemian, ile się tylko udało.

Ważną informacją dla osób rozważających seans jest to, że Digimon Adventure jako takie to zamknięta w odpowiednim momencie historia, którą można spokojnie obejrzeć bez omawianej tu kontynuacji. Natomiast Digimon Adventure 02 zdecydowanie wymaga znajomości Digimon Adventure, a nie zaszkodzi też Bokura no War Game, do którego ta seria się kilkakrotnie odwołuje. Jest inna od poprzedniczki, zaś spieranie się, która z nich jest bardziej udana, wydaje mi się dość jałowe: obie mają słabe i mocne punkty, równoważące się do podobnej oceny końcowej. Tutaj, poza chaotyczną końcówką, da się wytknąć przede wszystkim brak odwagi w pociągnięciu wątku „ciemności” – ale trudno mieć o to pretensje, bo gdyby seria była konsekwentna, łatwo mogłaby stać się zbyt trudna dla docelowej widowni. Na pewno jest to bardzo udana pozycja dla młodszych widzów, pokazująca, że nawet anime mające promować zabawki czy gry może być dobrze zrobione fabularnie i – przede wszystkim – niegłupie.

Avellana, 7 czerwca 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Toei Animation
Autor: Akiyoshi Hongou
Projekt: Akiyoshi Hongou, Katsuyoshi Nakatsuru
Reżyser: Hiroyuki Kakudou
Scenariusz: Satoru Nishizono
Muzyka: Takanori Arisawa

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Podyskutuj o Digimon na forum Kotatsu Nieoficjalny pl