Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Mochicon - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 1/10 grafika: 6/10
fabuła: 1/10 muzyka: 3/10

Ocena redakcji

3/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 2,80

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 33
Średnia: 4,85
σ=2,22

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Costly)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kite Liberator

Rodzaj produkcji: seria OAV
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 59 min
Tytuły alternatywne:
  • カイト リベレイター
Tytuły powiązane:
zrzutka

O profesji zabójcy w totalnie absurdalnym wydaniu. Prawdziwa gratka dla wszystkich amatorów historii tak słabych, że aż śmiesznych.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Zegarmistrz

Recenzja / Opis

Kite Liberator to kontynuacja wydanej w 1998 roku produkcji Kite, która zasłynęła głównie z kontrowersyjności. Jednak w moim odczuciu nie tylko kontrowersyjność była elementem, który to anime wyróżniał. Była to brutalna i wręcz wulgarna opowieść o zabójcach, zdecydowanie niepodobna do innych anime na ten temat, utrzymana w konwencji przywodzącej na myśl filmy Quentina Tarantino. Ale to o poprzedniej części. Co więc można powiedzieć o tej? Najlepiej spuścić na nią zasłonę milczenia i fakt jej wydania utrzymywać w skrzętnej tajemnicy. Szczególnie przed fanami części poprzedniej.

Dla tych, których pierwszy akapit nie zniechęcił, spróbuję opisać zarys fabularny (przepraszam w tym miejscu wszystkich twórców, których obraziłem nazwaniem wydarzeń pokazanych w tej produkcji „fabułą”). Nie jest to jednak proste. Fabuła Kite Liberator jest unikatową perełką absurdu, która nieustannie przywodziła mi na myśl niesławne Demonbane. Różnica jednak jest taka, iż cała absurdalność tego drugiego tytułu była zamierzona, podczas gdy w przedstawianym „dziele” tak niestety nie jest. Innymi słowy, trudno to opisać, bo i trudno zorientować się „o co chodzi” podczas seansu. Cóż, spróbuję.

Opowieść zaczyna się od przedstawienia załogi stacji kosmicznej i ich trywialnych problemów. Uwaga, ten fragment należy oglądać dokładnie i w skupieniu – to jedyny moment w przekroju całego seansu, w którym akcja jeszcze jest sensowna i zrozumiała, potem już nie będzie na czym się skoncentrować. Oglądamy tu typowy problem wynikający ze specyfiki życia w kosmosie – problem natury żywnościowej, albowiem dostosowane do tych warunków jedzenie do najsmaczniejszych nie należy. Potem akcja przenosi się na Ziemię, gdzie poznajemy córkę jednego z astronautów, która to na pierwszy rzut oka jest zwykłą uczennicą. Tak naprawdę jednak jest profesjonalną zabójczynią, znaną jako Anioł Śmierci. Po jaką cholerę nią jest i skąd jej umiejętności? W tym punkcie twórcy wyszli z założenia „a kogo to obchodzi”. Poznajemy też pewnego młodego i pełnego zapału policjanta podczas jednej z jego akcji. Nie bardzo wiem, po co, ale nie uprzedzajmy faktów. Mętny opis? Może więc inaczej.

Wyobraźcie sobie trzy różne, zupełnie od siebie niezależne produkcje. Jedna będzie typową animową pozycją romantyczno­‑obyczajową o życiu kilkorga bohaterów, z banalnymi dialogami, co chwilę rumieniącymi się postaciami i innymi elementami z cyklu „sami to znacie”. Druga będzie pseudonaukowym horrorem klasy „C”, gdzie w sposób wyjątkowo nieudolny będzie nas straszył dobrze znany motyw, który to swojego czasu Ray Bradbury celnie nazwał „jakiś potwór tu nadchodzi”. Ostatnia i zarazem najmniej istotna będzie utrzymana w poważnej konwencji produkcja o zabójcach, przedstawiająca świat jako miejsce wyjątkowo brutalne i bezwzględne (czyli to, czym było „stare” Kite). A teraz wyobraźcie sobie anime, w którym przeskakujemy co chwilę między tymi opowieściami, trzymając się a to jednej, a to drugiej. Oto jest Kite Liberator.

Opis nadal jest mętny i nie wiadomo „co autor miał na myśli”? A to pewna logiczna konsekwencja. Jako że autor recenzji nie wiedział, co autor anime „miał na myśli”. Gwoli ścisłości, powątpiewam, czy ów autor też to wiedział, tudzież czy przejmował się tym w jakiś sposób. Dla mnie całość fabuły była zlepkiem losowych, w większości wyjątkowo absurdalnych motywów, które zostały zebrane li tylko w jednym celu (uwaga, paskudny spoiler, ale w przypadku tego filmu skrupułów nie mam) – aby przedstawić na końcu obrazek córki­‑zabójczyni stojącej naprzeciwko swojego celu, ojca­‑potwora. Tym obrazkiem, swoją drogą, opowieść się kończy, nie wnikając w to, co z tego spotkania wyjdzie. Wszystko, co do tego obrazka prowadzi, jest zdecydowanie niewarte uwagi. Jak nietrudno wywnioskować – wartego uwagi nie ma tu nic.

Skoro więc o fabule nie mogłem za dużo powiedzieć, to może powiem coś więcej o postaciach? Nie powiem. Jak zapewne domyślacie się, przyczyny są analogiczne. Mamy więc naszą zabójczynię, która została na tyle wprawnie przedstawiona, że tak naprawdę nic o niej nie wiem. To dla mnie pewien ewenement – mowa tu w końcu o głównej bohaterce, której poświęcono większość czasu ekranowego. Tymczasem naprawdę nie umiem powiedzieć nic na temat jej charakteru. No dobra, jedno akurat wiem – w swoim życiu przez większość czasu gra zupełnie inną osobę niż jest naprawdę. Doprawdy, wielkie brawa dla twórców, tak trudno było się w końcu domyślić, że nastoletnia zabójczyni będzie zachowywać pozory normalności w swoim życiu, zaprawdę odkrywczy fakt przekazali widzowi. O załodze stacji kosmicznej powiedzieć niczego nie sposób. Pełnią przedmiotową rolę w fabule i nie poznamy ich wcale. Może więc policjant? Tu, uwaga, faktycznie, mogę powiedzieć, iż w czasie seansu poznamy go trochę. Aczkolwiek jego obecność w opowieści jest niczym nieuzasadniona, może poza okazją do przedstawienia kilku strzelanin. To kolejny ewenement, jaki widzimy w Kite Liberator. Od jakiej strony nie próbowałbym spojrzeć na fabułę po seansie, to nadal nie rozumiem, po co ta postać znalazła się w historii. Zwyczajnie nic do niej nie wnosi i zupełnie nic nie zmieniłoby się, gdyby jej nie było.

Może wiec strona techniczna uratuje tytuł? Wypada zdecydowanie lepiej niż merytoryczna część anime, ale także tu jest sporo potknięć. Drażniły mnie zwłaszcza postaci. Wyglądają uderzająco sztucznie, wręcz plastikowo. Wrażenie to pogłębia bardzo niemrawa mimika. Dotyczy to szczególnie głównej bohaterki. Jeżeli chodzi o efekty i animację, to zaczyna się całkiem obiecująco. Na starcie widzimy manewry promu kosmicznego, który dokuje do stacji. Na tym etapie już widać, że animacja komputerowa używana jest w tym anime przez większość czasu. Momentami wygląda to lepiej, momentami gorzej. Ogólnie „gorsze” momenty przychodzą, gdy akcja staje się dynamiczna, wiele animacji zaczyna w tych momentach kuleć. Nic więc dziwnego, że sceny w kosmosie wyglądają najlepiej – w końcu tam powolne tempo ruchu jest naturalne. Są też i te „lepsze” chwile. W czasie starć zobaczyć możemy kilka całkiem niezłych sztuczek grafików, dzięki którym akcja momentami wygląda całkiem efektownie. Zarzucić wypada też co nieco tłom. Jak wspominałem wcześniej, opowieść ma diablo niespójny charakter. Odbija się to w tym elemencie – oglądać będziemy raz tła mrocznego i przepełnionego biedą miasta, coś w stylu stereotypowego Brooklynu w amerykańskich filmach, a innym razem z kolei będą to sterylnie czyste scenerie, będące zupełnym przeciwieństwem poprzednich. Wszystko zależnie od tego, w jakim nastroju akurat teraz twórcy prowadzą opowieść. Dodatkowo przez większość czasu akcja toczy się w nocy lub w słabo oświetlonych pomieszczeniach, czyli zazwyczaj nie widzimy zbyt wielu szczegółów w tłach. Pozytywów jednak jest tutaj dość, aby ocena graficznej strony była dobra. Zupełnie inaczej wygląda sprawa z muzyką, której prawie nie ma. Od czasu do czasu coś w tle zagra, ale wyraźnie widać, że twórcy nie przywiązywali do tego wagi. No i jeszcze utwór końcowy. Nie brzmi źle, ale pasuje do całości jak pięść do nosa.

Kite Liberator mogę szczerze polecić wszystkim tym, którzy lubują się w odnajdywaniu potworków i największych wpadek twórców anime, tudzież tym, którzy chcą zobaczyć, jak nie należy tworzyć podobnych produkcji. Wszystkim tym, którzy zamierzają oglądać to „dzieło” z innym nastawieniem, składam swoje szczere kondolencje. Zwłaszcza jeżeli są to ludzie, którzy cenili poprzednie Kite – dla nich szok może być szczególnie brutalny. Całość otrzymała jeden punkcik za kilka efektownych starć – to jedyny element wart plusa, jaki udało mi się zauważyć.

Costly, 16 listopada 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: ARMS
Autor: Yasuomi Umetsu
Projekt: Yasuomi Umetsu
Reżyser: Yasuomi Umetsu
Scenariusz: Yasuomi Umetsu
Muzyka: Tomohisa Ishikawa