Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Komentarze

Ginga Tetsudou 999 [1979]

  • Avatar
    A
    PaSaT 23.01.2019 01:01
    Dobra, obejrzałem
    Film oceniam na 10/10. Przez nostalgię, za ogólny rozmach, za piękną, miejscami wręcz wgniatającą w fotel kreskę, za historię, która mnie zachwyciła, wreszcie za barwne postaci oraz doskonale dobrane tempo akcji. Tak, cieszę się, że dane mi było zobaczyć to dzieło. Uwiodło mnie, wkradło się do mojego baśniowego serca i znalazło tam swój ciepły kąt, z którego już nie zamierzam go wyrzucać.
  • Avatar
    A
    PaSaT 21.01.2019 01:32
    Do tego poniżej - jestem młodszym widzem, lat 26...
    Znalazłem taki sobie ot co szczególik, co napawa mnie dumą, a o którym internet milczy jak zaklęty – w domu starszej pani, po akcji odbicia Maetel (43 minuta filmu, kiedy starsza pani mówi, że jej syn to w końcu mężczyzna), jest zbliżenie na obraz, najprawdopodobniej jej syna.

    Z prawej obok obrazu stoją trzy książki. Po uważnym przyjrzeniu im się stwierdziłem, że musi być to nic innego, jak zbiór komiksów „Lone Sloane” (1966 do, w miarę regularnie, 1986; później przerwa i jeszcze dwa tomiki, w 2000 i 2012), francuskiego autorstwa Philippe Druillet. Jeden z tomików, „Lone Sloane Delirius”, został narysowany przez Jacquesa Loba (autora Ulysse, 2 tomiki, 1974­‑1975). „Lone Sloane” („Ulysse” również) to space opery. Dalej – angielska Wikipedia mówi, że Flying Buttress Publications (1976­‑1984, obecnie NBM Publishing) wydało pierwsze osiem opowiadań. „Heavy Metal”, druga z leżących obok zdjęcia książek, to również tytuł magazynu z komiksami, wydawanego od 1977. Na jego łamach ukazywały się kolejne historie „Lone Sloane”.

    Wniosek? Kryptoreklama xD ... Ktoś tam w końcówce lat 80 musiał umieć w Japonii po angielsku, do tego pracował w Toei Animation i był rysownikiem. Jestem ciekaw, jaka historia stoi za tytułami tych książek, ale to już musiałbym pisać do TOEI… W sumie, czemu by nie, może kiedyś spróbuję, ale teraz nie mam czasu.

    Teraz piszę pracę licencjacką. Jest pierwsza w nocy. Na dziś mam oddać kolejny podrozdział. A, i dzisiaj mam dwa egzaminy…

    Kontynuując :) xD :D
    Ciekawostką jest również to, że przed przybliżeniem na zdjęcie, pokazana jest półka z różnymi przedmiotami. Wśród nich stoi radio. Takie z lat 70'. Zaś na półce nad radiem stoi książka „ALOVESUF” (nie dotarłem do jej znaczenia) oraz dwa albumy. Dlaczego albumy? Napis na nich mówi „Rickie Jones”.

    Otóż Rickie Lee Jones (1979 – obecnie) to amerykańska wokalistka, autorka tekstów, producent. Generalnie – zachęcam do posłuchania jej dawnych dzieł, moim zdaniem są piękne. Przy okazji, skoro o muzyce mowa – chylę czoła przed udźwiękowieniem tego filmu, 10/10, wspaniałe, chwyciło mnie za serce.

    Wracając do Rickie Lee Jones – pierwszy album wydała w lutym 1979, zatytułowany jej imieniem i nazwiskiem. Ja się pytam – skąd w Japonii o tym wiedzieli? To jeszcze nie była era internetu, youtuba, przesyłu danych na ogromną skalę… No dobra, wygrała nagrodę „najlepszy nowy artysta”, może ta informacja znalazła się w gazecie, radiu albo telewizyjnych wiadomościach i tą drogą trafiła do Japonii. Niemniej – jej album znalazł się w Galaktycznym Ekspresie 999 ^_^ A że miał on premierę w sierpniu, scena w domu staruszki musiała powstać maksymalnie w przeciągu 7 miesięcy (od premiery albumu do premiery filmu, liczone miesiącami, raczej był to krótszy okres).

    Co ciekawe, jej następny album nosił tytuł „Pirates”. Ciekaw jestem, czy to przypadek :-) Jej ojciec (Richard Lee Jones, zdjęcie można znaleźć w Internecie) był weteranem IIWW. Puszczę wodze fantazji – może wylądował w Ameryce, pogadał z Japończykiem, że ma córkę, która zostanie wokalistką, a później ów Japończyk dowiedział się o jej debiucie, a że akurat pracował w TOEI… A może było zupełnie inaczej :-)

    Tak czy siak, to taka krótka scena z tego jakże pięknego filmu, a tyle w niej treści. Coś niesamowitego.

    Dobra, co to ja pisałem…? A, wsparcie logistyczne działalności transportowej…
    • Avatar
      PaSaT 21.01.2019 01:37
      Re: Do tego poniżej - jestem młodszym widzem, lat 26...
      Jeden szczegół – magazyn „Heavy Metal” zamieszczał angielskie tłumaczenie „Lone Sloane”.
      • Avatar
        PaSaT 21.01.2019 01:39
        Re: Do tego poniżej - jestem młodszym widzem, lat 26...
        A, i jej ojciec wylądował w Japonii, nie w Ameryce – zmęczenie materiału. Przydałaby się jednak opcja edycji…
  • Avatar
    A
    _Adam- 7.12.2014 13:32
    Dobry 7,5/10
    Film raczej dla młodszych widzów.Mało tu przemocy,dużo przygody,dużo różnych wątków.Ładna grafika.
    • Avatar
      PaSaT 23.01.2019 01:07
      Re: Dobry 7,5/10
      „Mało tu przemocy” – to taki trolling, czy ignorancja dla tego filmu?
      Scen przemocy było niemało, ale jedna to już moim zdaniem +18, chociaż dzięki formie animowanej bajki nie wygląda aż tak przerażająco, szczególnie jeśli się nie pomyśli o tym, co w rzeczywistości przedstawia. Mowa dokładnie o  kliknij: ukryte .
  • Avatar
    A
    Grisznak 22.09.2010 13:15
    rewelacja
    Za radą Ave sięgnąłem po pierwszą kinówkę „Galaxy Express 999”, robiąc zarazem pierwszy krok w kosmiczne uniwersum Leijiego Matsumoto. Można by na upartego powiedzieć, że drugi, bo w końcu widziałem już „Space Battleship Yamato”, ale jednak to dwa osobne wszechświaty, zatem wypadałoby oddzielić jeden od drugiego. Ale ad rem, bo film wart jest co najmniej kilku słów wzmianki.

    Przyznaję, początek zapowiadał bajkę w dekoracjach science fiction. Podkreślam słowo bajka – dzieciak w towarzystwie tajemniczej kobiety wyrusza w podróż kosmicznym pociągiem, mijając kolejno planety i przeżywając przygody. Szybko jednak okazało się, że się myliłem – to nie bajka, ale baśń jak już, z morałem, który widziałem wcześniej u Tezuki, a który wydaje się nawet nieco zaskakiwać w kontekście potęgi technologicznej, jaką stawała się już wówczas, gdy tworzono ten film, Japonia. Jednak, co godne odnotowania, tutaj udało się uniknąć moralizatorstwa, przed którym przynajmniej wczesny Tezuka nie zawsze potrafił się obronić. A co chodzi? Ano o kwestię ludzi i maszyn, tego, jak bardzo maszyną może stać się żywa istota i pozorne szczęście, jakie ta mechanizacja może dać. Przyznaję, obserwując ostatni punkt podróży bohaterów, przypomniała mi się wyspa wynalazców z książkowej wersji „Podróży Pana Kleksa”. A gdy Maetel odjeżdżała pociągiem, jakoś dziwnie zabrakło mi pamiętnych, ostatnich słów Roya z „Blade Runnera”. Kto widział, ten wie, o czym mówię. A może jednak jeszcze nie czas?

    Film zachwyca bardzo udanym połączeniem wielorakich klimatów – od science fiction, przez kino pirackie po western, na dodatek w każdej z tych konwencji wypada stylowo. Gdy starsza kobieta ubiera bohatera a’la meksykański desperado lub gdy widzimy statek królowej Emeraldas, wyglądający jak piracki galeon przyczepiony do Zeppelina, raczej nie budzi to śmiechu czy zażenowania, raczej uśmiech satysfakcji. Takich udanych motywów jest tu więcej, wyliczać raczej nie będę, kto wie, może znajdą się osoby chętne do obejrzenia tego filmu, a psuć im zabawę byłoby zbrodnią. Przyznam, było tu kilka scen, gdzie aż się prosiło o muzykę z „Za garść dolarów” lub z „Piratów z Karaibów”. A wszystko było jednocześnie spójne.

    Warto napisać o postaciach – bohater znalazł się bowiem między silnymi osobowościami, które przewyższając go pod każdym względem, zachowują jednocześnie szacunek dla jego determinacji. Szkoda, że tak mało wiadomo o ukochanym Emeraldas, ten wątek zapewne został opowiedziany w jakieś innej historii związanej z Leijiversum, a przyznam szczerze, chętnie bym go poznał. Kiedyś, kiedy znałem te historie wyłącznie z artów widywanych przy różnych okazjach w sieci i magazynach mangowych, byłem pewien, że Emeraldas i Harlock tworzą pairing – teraz widzę, że nie miałoby to najmniejszego sensu. Tak dwie, silne indywidualności zupełnie do siebie nie pasują, nawet jeśli po krótkich wszak rolach w tej produkcji mam jakiekolwiek prawo, aby się o nich wypowiadać. Znamienne, że chyba wszystkie tego typu postaci mają tu + 100 do bycia absolutnie wspaniałym. Na ich tle ciekawie wypada Maetel – postać zaiste dwuznaczna, ale pisanie o tym jest już zbytnim wgryzaniem się w treść, której opisywać specjalnie nie chcę. No i szklana kelnerka z pociągu (dobra, w wiadomej scenie poczułem na policzku łzę, choć może to tylko ze zmęczenia oczu?), albo Shadow (nie mogłem się oprzeć początkowo wrażeniu, że to siostra Maetel)… A także pan konduktor, który, mam wrażenie, mógł zainspirować twórców Final Fantasy kiedy projektowali postać black mage. Towarzysząca hrabiemu panna z gitarą sprawiała wrażenie, jakby jej historia mogła stać tematem osobnej, równie ciekawej historii, której jedynie fragmencik dane było nam poznać. Takich kawałków całych opowieści jest tu jeszcze kilka. Cóż, film jest ekranizacją fragmentu nieco ponad dwudziestotomowej mangi.

    Jeśli miałbym uczynić temu filmowi jakiś zarzut, to chyba winien jestem skierować go do wszystkich produkcji okołomatsumotowych – design postaci kobiecych jest zbyt mało urozmaicony. Kobieta, która mignęła w załodze Harlocka jak żywo przypominała Yuki z „Yamato”, Maetel wyglądała zaś bardzo podobnie do Teresy z tegoż. O bardzo udanej zabawie konwencjami już wspominałem, zaś rosyjsko wyglądający strój Maetel przywoływał automatyczne skojarzenia z określoną epoką i klimatami. Ekspres transsyberyjski 999? Czemu nie?

    Nie jest moją intencją czepiać się kwestii technicznych – bo oczywiście można, ale to nie jest film science fiction, a jedynie produkcja wykorzystująca rekwizyty przynależne do tego gatunku. Dlatego też odradzam kontakt z tym filmem tym, którzy lubią szukać dziur technicznych lub naukowych – owszem, znajdą ich tu od groma, ale nie sądzę, aby wytykanie tychże miało być sensem obcowania z tą produkcją. Muzyka wypada przyjemnie, choć piosenki nie szczególnie zapadły mi w pamięć – poza jedną, graną przez w knajpie. Nie żeby były nieudane, po prostu nie moja konwencja.

    Podsumowując, film pod każdym praktycznie względem udany. Rintaro pokazał tu klasę, mam wrażenie, że dając sobie radę nawet lepiej niż w sfilmowanym wiele lat później „Metropolis” Tezuki, gdzie z każdego kąta wyłaziła osobowość reżysera. Produkcja ciekawa, wciągająca i wzruszająca zarazem momentami – a tego próżno dziś szukać w anime. Po prostu znakomita. Gdybym pisał recenzję, byłoby mocne 9/10. Jeśli ktoś szuka w anime rzeczy oryginalnych i nie zważa na takie detale jak wiek, polecam sięgnąć.
  • Avatar
    A
    dybuk 26.06.2009 21:42
    Najlepsza jest... muzyka!
    Przy takich produkcjach żałuję że wśród ocen recenzentów nie ma gwiazdek dla soundtracku. Ginga Tetsudo 999 dostał by na pewno 10. Rewelacyjna muzyka w stylu lat 80tych nadaje temu filmowi niezapomniany nastrój.

  • Avatar
    A
    Zegarmistrz 23.05.2005 08:23
    To dobry film...
    To dobry film i z pewnością warty uwagi, lecz niestety nie dla każdego. Specyfika dzieła i przede wszystkim archaiczne kreska spychają go do niszy, która naprawde nie jest dla każdego.

    Tylko dla bardzo wyrafinowanych koneserów.