Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Festiwal Fantastyki Twierdza - konwent

Komentarze

Versailles no Bara

  • Avatar
    A
    Tamago-chan 29.11.2015 23:47
    Niesamowita seria. Bardzo mi się podobała. Jednak warto było się z nią zapoznać, nie żałuję ani minuty spędzonej przy niej. Świetne postaci z Oscar na czele. Uwielbiam tę bohaterkę. Bardziej męska niż niejeden facet, ale jednocześnie posiadająca ogromne serce. Wspaniała postać, jedna z najlepszych jakie widziałam w anime. To tak naprawdę dla niej oglądałam i dzięki niej jestem tak bardzo z seansu zadowolona.
    Kreska jest leciwa, nie ma co dyskutować w tym temacie. Postacie są jednak dość ładne, a animacja mogłaby skopać tyłek niejednej produkcji ostatnich lat. Serio, myślałam że seria sprzed kilkudziesięciu lat będzie gorzej się prezentowała, ale animacja nie razi w oczy,nie przeszkadza, a to już jest sukces biorąc pod uwagę upływ czasu.
    Wiele razy się wzruszyłam, polubiłam bohaterów, a historyczne tło (nieważne jak bardzo podkolorowane) tylko sprawiło, że historię ogląda się z zapartym tchem.
    Wystawiłam serii 9/10, bo chwilami miałam wrażenie, że oglądam telenowelę (trochę za mało obchodziły mnie np. rozterki sercowe Antoniny, a zachowania bohaterów wydawały mi się zbyt teatralne), ale całokształt jest naprawdę kawałem dobrego anime i bardzo się cieszę, że się z tą serią zapoznałam.
  • Avatar
    A
    Ameba 6.11.2015 21:57
    Cudo
    Jedno z najlepszych anime, jakie dano mi było oglądać. Postacie są naprawdę dobrze wykreowane, grafika nie wadzi (przynajmniej mnie, bo uwielbiam „starą” kreskę), a historia wciąga i nie przynudza. Popłakałam się na końcu, feelsy prosto w serce <///3
    Oscar i Andre są wręcz wspaniali, szkoda, że akurat tak skończyli. Wad nie stwierdzono, 10/10.
  • Avatar
    R
    ingrid 2.12.2014 20:06
    "Historię piszą zwycięzcy"
    Ten komentarz był tu nie do końca na miejscu, ponieważ rewolucję francuską przegrano.
  • Avatar
    R
    M. 23.11.2012 15:10
    Mam pytanie, czy w przyszłości zamierza ktoś recenzować jeszcze ten tytuł? Nie chodzi mi o niezgadzanie się z recenzją itp. i itd. (jak ostatnimi czasy można zauważyć na portalu) i wszczęcie długich bezsensownych dyskusji tylko o odświeżenie ludziom pamięci, przez nową rozbudowaną recenzję. Gdyż według mnie tytuł ten, w pełni zasługuje na przypomnienie. A nóż, znajdą się nowi wielbiciele…
    • Avatar
      Avellana 23.11.2012 15:23
      Obawiam się, że w tym momencie nikt, o kim bym wiedziała, nie ma takich planów…
      • Avatar
        M. 23.11.2012 23:56
        Dzięki za odpowiedź. To wielka szkoda, ale może kiedyś:)
  • Avatar
    A
    Marie Antoinette 22.05.2012 22:24
    Róża Wersalu
    Po zapoznaniu się z fenomenalną mangą, postanowiłam zaznajomić się z jej ekranizacją. I cóż rzec mogę? A no, na pewno to, że jest to bardzo dobre anime, a nawet wręcz świetne.

    Twórcy pozwolili sobie na swobodną adaptację fabuły, zachowując przy tym jej pierwotny sens. Niektórym postaciom taki zabieg wyszedł na dobre (m.in Alain czy Hrabina de Polignac), a innym trochę zaszkodził, w tym i głównym bohaterkom.
    Nie mogę się wyzbyć wrażenia, że Oscar w mandze i w anime, to dwie różne postacie. Wyjątek mogą stanowić ostatnie odcinki, ale jednak jakiś dziwny niesmak w tym pozostaje.
    Jeśli chodzi o Marię Antoninę, to jestem wielce rozżalona faktem, że nie poświęcono jej tyle czasu ile w mandze.  kliknij: ukryte 
    Bardzo podobała mi się kreacja Andre oraz Rosalie (choć pod tym podpunktem mogłabym wymienić jeszcze parę postaci), bo moim zdaniem, lepiej się ich zaadaptować już nie dało. Zwłaszcza ten pierwszy wprost chwytał za serce.
    Na pewno mogę to anime z czystym sercem polecić. Grafika oraz muzyka stoją na porządnym poziomie (choć mnie i tak bardziej spodobał się niemiecki opening, aniżeli japoński). Ktoś kto czuje się jakkolwiek zainteresowany tematem – niech sięga. Choć i tak będę go pewnie najpierw nakłaniać do zapoznania się z mangą ^^"

    Pierwsze anime, na którym się rozpłakałam… Poniżej 9 dostać nie może.
  • Avatar
    A
    Oczko 2.05.2011 18:05
    Fenomenologia głodu
    Zacząć należałoby od tego, że nie posiadam sentymentalnych wspomnień związanych z VnB, nie oglądałam jej w latach młodzieńczych i tym samym żadne nostalgiczne doznania nie rzutowały na mój ostateczny odbiór. Sięgnęłam po tytuł głównie jako wielbicielka „Uteny”, ale też po prostu jako entuzjastka japońskiej sztuki rysunkowej, ciekawa historycznych początków konwencji shōjo. Moje wrażenia? Krytyczne i entuzjastyczne zarazem! VnB wielkim anime jest – bez wątpienia – co nie znaczy jednak, że jego oglądanie stanowi nieustające pasmo odbiorczej satysfakcji. Przede wszystkim nie sposób nie zauważyć wewnętrznego pęknięcia – nie! Otchłani raczej! – ziejącej mniej więcej pomiędzy 24 epizodem a resztą. I o ile o mojej ostatecznej pozytywnej ocenie decydują głównie niepodważalne walory rzeczonej „reszty”, o tyle oglądanie całości szacuję jako niezwykle cenne doświadczenie – swoisty powrót do źródeł poszerzający konkretyzacyjne horyzonty i pozwalający z większą świadomością patrzeć na produkcje współczesne.
    Ale po kolei.
    Oglądanie epizodów 1­‑24 przywiodło mi na myśl moje pierwsze zetknięcie z oryginalnymi obrazami Picassa, które widziałam kilka lat temu w wiedeńskiej „Albertinie”. Jego twórczość nigdy mnie specjalnie nie poruszała, jednakże nie sposób było nie poczuć pewnej dozy ekscytacji na widok prac bądź co bądź przełomowych dla sztuki nowoczesnej. Podobnie seans VnB., anime opartego na mandze Riyoko Ikedy, jednej z 24 nen gumi, spowodował u mnie ten sam dreszczyk podniecenia i głębokie poczucie obcowania z dziełem prawdziwie rewolucyjnym (gra słów niezamierzona ;). Fabuła wlokła się wprawdzie niemiłosiernie, drażniła mnie jednowymiarowość postaci – albo szlachetnych do szpiku kości, albo do cna zepsutych, i już naprawdę nie wiedziałam jak reagować na kolejne wybuchy demonicznego śmiechu demonicznych kobiecych bohaterek – uważam jednak, że WARTO BYŁO!
    Z trzech powodów:
    Po pierwsze, żeby wiedzieć, ze „Utena” zawdzięcza VnB coś więcej niż tylko główną bohaterkę ubraną w męski strój inspirowany żołnierskim uniformem. Róże, pojedynki, rewolucja, zabudowania szkolne z dziedzińcem przypominającym panoramę wersalską, nadmierna skłonność postaci do wymierzania sobie policzków….Tak, a do tego jeszcze mnóstwo nawiązań o charakterze ikonograficznym. Może to nadinterpretacja, ale niemal kwiknęłam z zachwytu, kiedy wypatrzyłam w 37 epizodzie VnB wiszący wieżyczką w dół zamek (no dobra, nie zamek, tylko rezydencję Oskar odbijającą się w wodzie i dlatego „do góry nogami”).
    Po drugie, żeby doświadczyć na własnej skórze niejako skoncentrowanej, pierwotnej shōjowatości – zwłaszcza w warstwie wizualnej. Niezliczone uczuciowe ekstazy i uniesienia wyrażane przez bezwstydnie kiczowate gwiazdki, bąbelki i migoczące tęczowe tła – wszystko użyte absolutnie „serio”, bez krzty ironii czy dystansu. Słodycz i melodramatyzm o niemal pastiszowej intensywności, kompletnie wyzbyte jednak pastiszowej intencji… to robi wrażenie! Tak rodziła się i krzepła formuła, którą teraz mogą sobie – tacy „Hości” na przykład – entuzjastycznie dekonstruować.
    No i po trzecie, najważniejsze, warto było się przemęczyć przez początek, żeby dotrzeć do epizodów 25­‑40 i zaznać całej masochistycznej przyjemności wynikającej z ich oglądania. Dlaczego masochistycznej? Bo to, co w nich najlepsze (w moim subiektywnym odczuciu), to mistrzowskie odmalowanie głodu, cierpienia, psychicznej dezintegracji i żałoby.
    Głód, łaknienie, frustracja zdają się stanowić emocjonalne i fabularne serce opowieści. Od głodu fizycznego, głodu chleba, który popycha paryskich mieszczan do desperackich czynów historycznych, po głód miłosny – rozpaczliwą tęsknotę do kochanej, acz z różnych względów niedostępnej, osoby – mogącą wyzwolić równie wielką gwałtowność. „Miłość to agonia” mówi Fersen a jego słowa służą za świetne podsumowanie większości znaczących relacji w VnB. Śmiertelne, dojmujące NIENASYCENIE dręczy wszak wszystkich głównych bohaterów: Antoninę, Fersena, Oskar, Andre, Rosalie, Girodella. Co więcej – wszyscy oni cierpią istne tantalowe męki, znajdując się niebezpiecznie blisko (a jednocześnie nieskończenie daleko) obiektów swojego uczucia (najczęściej jako element bolesnego emocjonalnego trójkąta: A kliknij: ukryte ). Gęsta siatka zakazanych, niezauważonych czy też po prostu nieodwzajemnionych afektów misternie ich oplata, łącząc się w prawdziwie gordyjski węzeł z różnymi rodzajami obowiązków i lojalności. Naprawdę zachwyca sprawność, z jaką w VnB stosuje się – że ją tak nazwę – „strategię przeciągania struny”. Autorzy (autorka) różnymi bolesnymi doświadczeniami doprowadzają poszczególne postaci na skraj emocjonalnego załamania, szaleństwa niemal (a wraz z nimi odbiorcę!), by przygotować grunt pod spektakularne wybuchy o bezbłędnej psychologicznej architektonice. Najpierw cierpienie w milczeniu, za maską opanowania i obojętności, wypieranie, tłumienie, odraczanie, wojna nerwów, kolejne ciosy, a na końcu BUM! – widowiskowa zapaść! Eksplozja! I to taka na miarę szturmu na Bastylię. Taka, która zostawia widza z uczuciem, jakby go ktoś kopnął w brzuch. Nie umiem znaleźć lepszego porównania dla stanu, w jaki wtrąciło mnie  kliknij: ukryte  Wrażenie było tym silniejsze, że cała scena fantastycznie gra z oczekiwaniami widza – z jego fabularną deprywacją, z jego głodem zdecydowanych rozstrzygnięć. Chcesz  kliknij: ukryte zdają się pytać twórcy. No to proszę bardzo. Tylko pamiętaj, że ostateczność to ostateczność, utrata kontroli to utrata kontroli, zaś namiętność i głód raz spuszczone ze smyczy to nieoswojone bestie (mające nota bene moc zmieniania biegu dziejów). Efekt? Porażający. Od razu widać, od kogo twórcy „Uteny” uczyli się techniki budowania napięcia, nagłych zmian nastroju oraz umiejętnego gmerania w ciemnych, pogranicznych stanach świadomości. Konstruowania postaci w trakcie tożsamościowej dezintegracji, „pękania”, wreszcie transformacji. No i jeszcze dyskursu na temat władzy, bo choć głównym tematem VnB pozostaje zmiana porządku władzy na poziomie polityczno­‑historycznym, prawdziwie intrygująca jest opowieść o dystrybucji władzy pomiędzy płciami – temat, który „Utena” wynosi do rangi naczelnego i eksploruje bezbłędnie, przegryzając się przez wszelkie odcienie zależności, bezbronności, dominacji i manipulacji emocjonalnej.
    • Avatar
      Eire 14.05.2011 10:04
      Re: Fenomenologia głodu
      Pozwolę sobie nie zgodzić się, ze stwierdzeniem, że postacie w pierwszej części są jednowymiarowe. Czy za pozytywne postacie można uznać parę dzieciaków, które nie chcą i nie umieją zdać sobie sprawy z należnej im roli i obowiązków? Czy można za złe uznać panie du Barry i Polignac (zwłaszcza ta druga potrafi paroma słowami zmienić nastawienie widza do siebie.

      Problemy, z jakimi w I części stykają się postacie wydają się nam dziwne i przesadzone (nawet osoba znająca epokę nieraz pomyśli, że szukają dziury w całym). Ta etykieta, ukłony, sukienki- sztuczny świat, klatka ze szkła w której zamknięto wybrańców losu.
      W I części jest świeżość i nadzieja- ślub jak z bajki, po którym wszyscy mają nadzieję żyć długo i szczęśliwie. Nawet biedota na ulicy jest ukazana jak w książeczce dla grzecznych panienek- ludzie cieszący się z końca wojny i dzieci śpiewające o przyjeździe księżniczki (gdzie będą one pod koniec serii?).
      Trochę to przesłodzone, ale jakie cudowne- jak śnieżny widoczek zamknięty w szklanej kuli. Oglądamy uroczą pocztówkę, ze świata, o którym już wiemy, że skazany jest na zagładę, ale jeszcze nie widzimy jej symptomów.

      Bez tego preludium nie byłoby mocnego uderzenia części II, gdzie wszystko zaczyna się walić, co zauważa część postaci, a część chce za wszelką cenę nie dostrzec tego, co dla widza jest oczywiste. Postacie raz po raz dostają w twarz problemami ponad siły, a my zdążyliśmy je polubić i wiemy, co utraciły.

      Najzabawniejsze jest w tym wszystkim to, że z całego serca życzyłam postaciom, by stan z części I trwał jak najdłużej, mając jednocześnie świadomość, że gdyby zostawiono to w takiej formie to seria straciłaby wszystko, co czyni ją wyjątkową.
      • Avatar
        Oczko 22.05.2011 11:27
        Re: Fenomenologia głodu
        Chylę czoła przed wrażliwością, bo tam (czyli w I części), gdzie ja widziałam tylko artystyczną shoujo­‑skamielinę, eksponat muzealny, Ty zobaczyłaś żywą, angażującą emocjonalnie opowieść. Dzięki takiej perspektywie „przepaść”, na którą tak utyskiwałam, faktycznie przestaje być pęknięciem, strukturalną skazą, ale można zacząć ją postrzegać jako celowy chwyt formalny – środek budowania miażdżącego kontrastu. Co do postaci: nie będę się upierać przy swoim zdaniu. Pewnie „jednowymiarowość” to zbyt mocne słowo. Jak się nad tym dłużej zastanawiam, to rzeczywiście miałam problem z „rozgryzieniem” właściwych motywów (ergo: z dokonaniem „moralnej” klasyfikacji) pani de Polignac. Skoro więc nie koncepcja postaci, to w takim razie co? Bo coś mi jednak „odbiorczo” doskwierało przez pierwszą część seansu. Może metoda ich konstruowania? Sposób opowiadania o nich? W moim (subiektywnym!) odczuciu był on mimo wszystko zbyt uproszczony, zbyt infantylny, zbyt – jak sama zauważyłaś – ugrzeczniony. Piękne i trafne są metafory, których użyłaś, by go uzasadnić – „urocza pocztówka”, „śnieżny widoczek” – i absolutnie mnie przekonują. Dzięki Tobie pensjonarsko­‑bajkowa poetyka I części nabrała w moich oczach zdecydowanie więcej sensu. Ciągle jednak uważam, że twórcy troszkę przeforsowali ten koncept. Że serii nie zaszkodziłoby, gdyby choć odrobinę w rozważanych początkowych partiach „wydoroślała”. Weźmy taką panią du Barry: jej charakter zostaje nakreślony w sposób stosowny dla jakiejś wiedźmy/tudzież złej królowej z baśni, głównie przez (niepotrzebnie rozciągniętą) serię groźnych spojrzeń, stłuczonych wazonów i złowrogich wybuchów śmiechu… Podobne zabiegi – mimo naprawdę najlepszych chęci – mnie nie przekonują. Przeciwnie: zaczynam się zastanawiać, czy aby mieszczę się w grupie docelowej. Tu muszę wyznać, że pod względem „targetu” VnB wprawiła mnie w niezłą konfuzję. Zwłaszcza pod koniec oglądania (kiedy nareszcie dałam się autentycznie porwać historii) natrętnie nawiedzało mnie pytanie – dla kogo jest ta seria? Jako całość. Podczas gdy I część miałaby szansę zachwycić mnie w czasach, gdy chłonęłam z wypiekami na twarzy „Małą księżniczkę”, druga już nie wydaje się aż tak stosowna dla dziewcząt w wieku wczesnoszkolnym. Chociaż… może to ma sens? Dodatkowy, poza budowaniem kontrastu. Może mamy tu do czynienia z delikatną „wiekową” subiektywizacją narracji, która dojrzewa stopniowo wraz z postaciami? I część opowiada o bardzo wczesnej młodości bohaterów, więc mieści się w konwencji mocno ugrzecznionego shoujo. Obraz dworskich intryg nosi rys pewnej naiwności, bo widziany jest naiwnymi oczami naiwnego dziewczęcia, które ma dopiero zostać królową Francji (wzruszyła mnie scena, kiedy Antonina z rozbrajającą szczerością nastolatki żyjącej marzeniami o księciu z bajki dziwi się, że pocałunek Ludwika nie budzi w niej żadnych uczuć). II część, w której bohaterowie wchodzą w dorosłość – nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie – nabiera poważniejszego tonu. Oscar, Andre, Fersen, Antonina zauważają, ze świat jest bardziej skomplikowanym miejscem, niż im się to wcześniej wydawało, więc i seria prezentuje ową skonfliktowaną rzeczywistość bardziej otwarcie (i zarazem bardziej subtelnie – oto paradoks!), pod względem „targetowym” zerkając nieśmiało w stronę josei.
        Jeśli to za bardzo wydumana interpretacja (ewentualnie za moje uporczywe malkontenctwo w odniesieniu do początkowych odcinków), proszę mnie zgilotynować ;)
        • Avatar
          Eire 22.05.2011 12:24
          Re: Fenomenologia głodu
          Dyskusja na temat dobrej serii przewyższa przyjemnością samo oglądanie. Zamiast myśleć o szafocie powinnyśmy założyć salon.

          Zgadzam się, że Lady Oscar to znakomita seria o dostaniu- na naszych postacie zmieniają się fizycznie (niby oczywiste) i psychicznie- a obie te przemiany są wiarygodne przez to, że nie zachodzą równolegle. Oscar dojrzewa powoli w każdym aspekcie- z wersalskiego hajduczka do dorosłej, świadomej siebie i świata kobiety. Niestety, o Marii Antoninie nie można powiedzieć tego samego. Cierpienie, którego doznała sprawiło, że dojrzała jako matka i żona. Obserwujemy jej rozwój na polu osobistym, gdzie z trzpiota przeistacza się w głowę rodziny, kosztem wyrzeczenia marzeń. Moim zdaniem jednak nigdy nie dojrzała do roli królowej. Zaraz po przyjeździe trwoni kapitał zaufania, urodziwszy dziecko beztrosko ucieka z dworu lekceważąc obowiązki, a świata poza nim nie umie i nie chce widzieć. Zamotana w świecie uczuć wije swoje gniazdko nie zwracając uwagi na swoje powinności. Pamiętasz scenę, kiedy Oscar kliknij: ukryte 
          Ciekawe, co by się stało, gdyby jednak zdobyła się na szczerą rozmowę. Maria zebrałaby się w sobie? Rozgniewała? Zlekceważyła? Oscar zawiodła, ale ta scena po mistrzowsku pokazuje, że dwie posągowe kobiety mają swoje rysy i skazy, które czynią je interesującymi.

          Myślę, że Oscar można polecić każdemu od rozgarniętego starszego dziecka w górę. Wiadomo, że nasz odbiór zmienia się z wiekiem, ale nie jest to powód, by nie spróbować. Sama obejrzałam Oscar jako nastolatka i wolałam wtedy I część- taką ładną, czystą. Pisałam fanfiki, w których wszyscy uciekają do Ameryki i żyją długo i szczęśliwie. II doceniłam w miarę jak sama dorastałam i obecnie jestem zdziwiona jak bardzo mogło zmienić mi się podejście.

          Pozdrawiam
          Eire
          • Avatar
            Grisznak 22.05.2011 13:20
            Re: Fenomenologia głodu
            Przepraszam uprzejmie obie panie za wtrącenie, ale opieprz zbierała Antosia i od mamusi i od brata (który swego czasu ją odwiedził). Nic to nie dało. Po prostu, podobnie jak jej małżonek, miała pecha urodzić się w złych czasach i w nieodpowiednim dla siebie miejscu. Na małżonkę któregoś z dwóch poprzednich Ludwików naddawałaby się idealnie. Zresztą, to pech wielu dynastii, które po latach wydawać by się mogło spokojnych rządów zakładają, że tak już będzie zawsze, a gdy pojawia się kryzys, okazuje się, że na czele państwa stoi miernota (vide Mikołajek II w Rosji, co by nie być gołosłownym). Wcale nie twierdzę, że gdyby na miejscu Ludwika znalazł się np. Filipek „Egalite” Orleański, to poradziłby sobie lepiej – choć na pewno tak łatwo by władzy nie oddał jak kochający swoich poddanych kuzyn.
            Do tego dochodzi kwestia mediów – to były czasy, kiedy rodziła się opinia publiczna, kiedy dwór przestawał być, tak jak w np. rodzinnej Austrii, obiektem li tylko adoracji. Antosia tego nie rozumiała zupełnie, dla niej sama fakt, że jako królowa może być krytykowana czy nienawidzona był nie do zrozumienia. Może, gdyby Oscar natrzaskała jej po pysku, przebrała w szmaty i przeciągnęła po paryskich przedmieściach, wtedy by do niej coś dotarło. Ale i tego nie byłbym pewien.
            • Avatar
              Eire 28.05.2011 10:57
              Re: Fenomenologia głodu
              Różany Oblubieńcze, a czy w serii te połajanki miały miejsce? Ty wiesz i ja wiem o epistolarnych tyradach i pytaniach o generałową zakończonych osobistym ochrzanem, ale w anime widzimy tylko jak Maria Teresa rozmawia z synem o nieodpowiedzialnej córce lekceważącej obowiązki jej przynależne.

              Nie twierdzę, że Ludwikowie to złe osoby były, mieli po prostu koszmarnego pecha i wtedy trzeba było naprawdę inteligentnej osoby, by ogarnąć to, co wydaje się nam dzisiaj oczywiste. Można spekulować co by się działo, gdyby na tronie były inne osoby, ale jak mamy cokolwiek przewidywać, skoro skutki nagłych wypadków (wypadek królowej Bony, zapalenie płuc najmłodszego potomka polskich Wazów, fakt, że Ludwik nie zabił się spadając z drabiny).

              Swoją drogą ciekawe, że przywołałeś Mikołaja II- jego żona fascynowała się postacią Maryśki, a jej postawa pokazywała, że dużo o niej wiedząc, nic się nie nauczyła. Ironia losu?
              • Avatar
                Hitori Okami 28.05.2011 12:00
                Re: Fenomenologia głodu
                Czyżby manga zawierała istotne fabularne elementy, których zabrakło w anime? W takim razie, czy nie lepiej zacząć od przeczytania, a dopiero potem obejrzeć? Pytam, bo miałem się już zabrać za anime, a tu widzę, że niekompletne ;)
                • Avatar
                  Eire 28.05.2011 12:15
                  Re: Fenomenologia głodu
                  Za bardzo sobie nie poczytasz, bo angielska skanlacja jest mocno niekompletna, a niemieckie wydanie wyprzedane i trzeba polować na używane.

                  Omawianego aspektu nie było chyba ani w jednym ani w drugim. W rzeczywistości zaś listowne awantury okazały się mało istotne fabularnie, a osobista wizyta owocna była w jednym aspekcie. (Po dalsze informacje odsyłam do świetnej biografii Maria Antonina- podróż przez życie. Wizerunek Marysi nie do końca łapiącej co się dookoła dzieje jest jak najbardziej wierny historii.
                  • Avatar
                    Oczko 28.05.2011 14:09
                    Re: Fenomenologia głodu
                    To ci dopiero! A właśnie miałam pytać, czy strasznie grzeszę, sięgając po biografię Antoniny (po naszej wymianie zdań poczułam nieprzeparte pragnienie dokształcenia się w temacie :) autorstwa Antonii Fraser, nie zaś tę, która wyszła spod pióra Zweiga i na której podobno wzorowała się Riyoko Ikeda. Wybrałam panią Fraser , bo ją znam i cenię – jej opasłe tomiszcze poświęcone żonom Henryka VIII niegdyś skutecznie podsycało moją wieloletnią fascynację Tudorami (swoją drogą – mogłoby powstać dramatycznie piękne shoujo, gdyby ktoś zechciał narysować tudzież animować losy takiej Jane Gray). Wprawdzie zdążyłam uczytać dopiero jakieś 100 stron, ale już mogę ze spokojnym sumieniem potwierdzić, że książka zawiera wielką liczbę fascynujących szczegółów – ze sprawą „generałowej” na czele ;) Aktualnie – w kontekście alkowianych problemów Ludwika i Antoniny – zadziwiam się mrożącym krew w żyłach obrazem Marii Teresy jako (obawiam się, standardowej) koronowanej matki. To już nie ta stanowcza, sympatyczna jejmość z anime, ale raczej ikona toksycznego rodzicielstwa… Zgroza!
                    • Avatar
                      Eire 28.05.2011 14:28
                      Re: Fenomenologia głodu
                      Maria Teresa była wcieleniem obowiązku, ale kochała dzieci, więc ciała im zapewnić to, co sama wywalczyła z wielkim trudem- władzę w stabilnym państwie. Kto mógł przypuszczać, że wielka absolutna monarchia za kilkanaście lat posypie się jak domek z kart?

                      Maria Teresa zawsze jawiła mi się jako osoba, która nie toleruje u innych słabości i nie może zrozumieć, że krew z jej krwi to nie są wymienne Marie v 2.0, a inne dwory to nie Wiedeń. Antonina doświadczyła tego chyba najbardziej- edukację jej zaniedbano, bo jakiś czas nie wiedziano co z tym fantem zrobić. Parę zgonów, przemiksowania w polityce i nagle wszyscy oczekują, że Antosia wskoczy w skórę matki, że będzie rozsądna, sprytna, miła, oraz empatyczna, by rozszyfrować i podporządkować sobie każdego. A to tylko przestraszona nastolatka, rzucona w obcy świat, mająca żyć z człowiekiem, z którym ledwie może się dogadać. Ambasador wyraża niezadowolenie, dwór plotkuje, metresa kopie dołki, a rady matki nijak nie pomagają (weź się przytulaj do faceta śpiącego w innej komnacie). Otwarta szkatuła kusi, by chwilowo poprawić sobie humor i zagłuszyć strach. O ile pewnych rzeczy nie jest bowiem świadoma do końca, to inne dadzą jej odczuć odpowiednio boleśnie.

                      W filmie Coppoli jest fajna scena, kiedy Antosia gratuluje Orleańskiemu narodzin syna. Zachwyca się nad kołyską, po czym biegnie po pałacu by znaleźć sobie miejsce, gdzie może się ze złości popłakać. Zaraz przyjdzie odpowiednia pogadanka, a po niej list od matki. Dziewczyna nie ma jeszcze 20 lat.

                      Taka sytuacja wymagałaby tytana.

                      • Avatar
                        Oczko 12.06.2011 11:48
                        Re: Fenomenologia głodu
                        Co do tytaniczności – absolutnie się zgadzam! Co do „Antoniny” Coppoli – obejrzana! W charakterze głównego dania smakowałaby zapewne trochę mdło, ale jako zbiór ruchomych ilustracji do książki Antonii Fraser sprawdza się całkiem przyzwoicie. Jedną z rzeczy, które w filmie podobały mi się najmniej, był obraz Fersena. Zbyt fircykowaty. Zbyt nieznaczący. Ale to chyba wina VnB ;) Obawiam się, że nie umiem już patrzeć na tę postać inaczej, jak tylko przez pryzmat anime i pokazanego tam silnego, zdecydowanego oraz szlachetnego mężczyzny. W końcu  kliknij: ukryte w szarmanckim pięknisiu, prawda? Co mnie zdziwiło to fakt, że biografia Fraser w nikłym stopniu naruszyła moje „poanimcowe”, romantyczno­‑idealistyczne wyobrażenie o historycznym szwedzkim arystokracie. Gotowa byłam pożegnać shoujo­‑wizję tragicznego kochanka, a dostałam… potwierdzenie wzruszającego męskiego oddania. Biografka owszem, z jednej strony kreśli portret niepoprawnego, choć „legendarnie dyskretnego”, kobieciarza (chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o fascynującej pani Sullivan – czy z jej awanturniczą naturą nie przypominała nieco silnej i odważnej Oscar? ;), z drugiej jednak z kart jej książki wyziera postać lojalnego rycerza nieomal, kogoś szczerze kochającego i wiernego do końca, gotowego na wielkie osobiste poświęcenie, narażającego się na koszty i niebezpieczeństwa dla ocalenia wielbionej kobiety. Do tego faceta z krwi i kości, żołnierza. Hedonisty, tak, ale z pewnością nie jakiegoś tam zniewieściałego lwa salonowego. Momentami czułam się, jakbym czytała powieść, nie zaś relację historyczną. Pięknie Antonia Fraser odniosła się do owej słynnej nocy w Tuiliers, wspólnie spędzonej przez Antoninę i hrabiego. Któż nie chciałby, zważywszy na straszliwe okoliczności schyłku życia królowej, żeby była to noc pocieszenia i miłości… Nawet wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu…
                        Przyznaję się bez bicia, że jeśli chodzi o detale uwiezienia i egzekucji Antoniny, przed przeczytaniem biografii Fraser miałam nader marne wyobrażenie na ten temat. Książka mnie autentycznie zszokowała. Pobyt w Wieży, potem w Conciergerie, choroba, haniebny proces i rola, jaką kazano w nim odegrać małemu Ludwikowi Karolowi… Słów brak na tak koszmarne bestialstwo. Czy ostatni tom mangi odnosi się do tych wydarzeń? Po niemiecku niestety nie czytam, a już zdążyłam boleśnie się przekonać, że angielskie skanlacje najwyraźniej obejmują tylko początek historii (trzy tomy i koniec – co za frustracja!). Zastanawiam się zwłaszcza, czy mangowa Rosalie Lamorliere ma okazję odegrać taką rolę w życiu monarchini, jak opisana przez Fraser historyczna pokojówka o czułym sercu opiekująca się królową w więzieniu Conciergerie…

                        • Avatar
                          Eire 12.06.2011 12:01
                          Re: Fenomenologia głodu
                          Ostatni tom mangi to praktycznie historia Marii Antoniny- sam proces jest, choć pewne szczegóły nie zostały pokazane (i dobrze). O ile pamiętam Rosalie też się tam pojawia. W ogóle w mandze więcej było królowej niż Oscar.
              • Avatar
                Grisznak 28.05.2011 13:20
                Re: Fenomenologia głodu
                Ależ carat doskonale odrobił francuską lekcję. Dzięki niej przedłużył swoje panowanie o całe 12 lat. Brutalna rozprawa z rewolucją 1905, masakra pod pałacem zimowym, rozpędzanie nawet najmniejszych śladów parlamentaryzmu w Rosji to widome dowody tego, że Mikołajek pamiętał los poprzednika. Znamienne, że carat upadł, gdy Rosja była zdruzgotana porażką w pierwszej wojnie światowej. Rewolucja we Francji wybuchła zaś w silnym i względnie dostatnim kraju.
                • Avatar
                  Eire 28.05.2011 14:13
                  Re: Fenomenologia głodu
                  Względnie… ludzie, którym jest dobrze mają na głowie inne sprawy niż obalanie rządu. Może sytuacja nie była aż tak tragiczna jak w wojennej Rosji, ale w każdej biografii czytam, że społeczeństwo biedniało, co skutecznie wykorzystali przeciwnicy monarchii np. rozdmuchując Aferę Naszyjnikową czy plotki o wydatkach M&L.
                  • Avatar
                    Grisznak 28.05.2011 14:19
                    Re: Fenomenologia głodu
                    Ci, którzy zaczęli rewolucję, nie mieli gospodarczo tak źle, cierpieli raczej na brak możliwości awansu społecznego, z racji zamkniętych dla nie­‑szlachty bram do wielu wysokich stanowisk. Owszem, biedota była wygodnym narzędziem, ale ta sama biedota była wykorzystywana w 1830 i w 1848, dopiero komuna paryska z 1871 dała jej podmiotowość jako czemuś więcej niż tylko sile, którą realizowano interesy innych.
  • Avatar
    A
    iko 10.02.2011 19:03
    anime jest wspaniałe, ale nie zgodzę się z jedną rzeczą. z pewnością nie można polecać tego anime na zasadzie lekcji historii Francji! wiele wątków zostało uproszczonych bądź powstało jedynie na potrzeby anime i nie mają absolutnie nic wspólnego z rzeczywistą historią. to samo się tyczy postaci Marii Antoniny. anime przyjemnie się ogląda i seria jest naprawdę godna polecenia. Jednak dla przybliżenia sobie postaci Marii Antoniny czy też rewolucji francuskiej polecam czytanie książek a nie oglądanie Lady Oscar :D
  • Avatar
    A
    Ayako*** 29.12.2010 12:10
    Klasyka przez duże "K"
    Uwielbiam serie historyczne, więc ta seria już na początku dostała ode mnie dużego plusa. Pomimo rozciągnięcia niektórych wątków i kilku słabych postaci, seria jest absolutnie warta obejrzenia, chociażby ze względu na fakt, że dziś już takich nie robią.
  • Avatar
    A
    Eire 15.05.2010 13:37
    Kto nie znał tej epoki, nie wie co to słodycz życia
    Zacznę może od końca- Maria Antonina na początku denerwowała mnie niemożebnie i gdyby nie postać Oscar rzuciłabym to w diabły. Po paru odcinkach dotarło do mnie, że to przecież dziecko- nawet jak na standardy swojej epoki zbyt młode, niedoświadczone, rzucone na głęboką wodę. Po dziecinnemu uparte, ulegające wpływom, bombardowane sprzecznymi sygnałami, pogubione na obcym dworze. Marię z początku równoważy jej matka- posągowa, doświadczona władczyni, która aż zbyt dobrze zdaje sobie sprawę, kogo wysłała do Francji. Maria dorośnie, ale pod pewnymi względami- choć sprawdzi się jako matka, to pod względem uczuć i polityki dojrzeje dopiero pod koniec życia- cały czas będzie się szarpać, nie dostrzeże wielu sygnałów. Podobnie jak jej mąż- potwornie nieśmiały, z jednej strony otoczony kokonem przywilejów, z drugiej zagubiony i samotny.
    Niewiele w tyle pod względem skomplikowania pozostają du Barry i de Polignac. Ile w nich było uczuć, ile wyrachowania? Cały czas zalezne od wpływowych protektorów i sieci powiązań nie są pozbawione ludzkich uczuć.
    Rosalie- chyba moja ulubiona postać. Pod pewnym względem przypomina mi Anię z Zielonego Wzgórza. Mimo niewątpliwie traumatycznych przeżyć zbiera się do kupy i stara się żyć.
    Last but not least- Oscar i Andre. Za to ich kocham, że nie są posągowi, zmieniają się. To samo mogę powiedzieć o każdej postaci tutaj- wszystko się zmienia.
    Do tego świetna muzyka i doskonale ukazana epoka.
    Co tu jeszcze robisz, marsz do oglądania!
  • KASIA 17.02.2010 18:41:13 - komentarz usunięto
  • Avatar
    A
    XY 12.05.2009 17:45
    Jestem w okolicach 13 odc...
    I jest bardzo ciężko mi przebrnąć dalej z powodu postaci Marii Antoniny, niesamowicie mnie ona irytuje swoją infantylnością i lekkomyślnością. Ale postać z anime to pół biedy, kiedy pomyślę sobie, że podobna osoba rzeczywiście zasiadła na TRONIE… Zdaję sobie sprawę, że odwzorowanie jej osobowości nie jest doskonałe, jednak niestety sama historia nie daje lepszego jej obrazu. Chyba wytrwam te kilkadziesiąt odcinków po to, by ujrzeć, jak Antonina traci głowę, a cały ten chory twór nazywany monarchią absolutną obraca się w perz. No i dla Lady Oscar oczywiście.
  • Avatar
    A
    Alexjia 27.08.2006 01:55
    Naprawdę Super / manga a anime
    Anime i Manga są naprawdę super przy czym muszę zauwarzyć, że znacznie się od siebie różnią. W Anime gorsza jest kreska i główną postacią jest Lady Oscar. Natomiast w Mandze kreska jest o wiele piękniejsza a główna postacią czyli różą Wersalu jest Maria Antonina.
    Mnie osobiści bardziej podoba się manga i postać Marii Antoniny (bo ona naprawdęistniała) A z reszta atorkatej mangii stworzyła ją po przeczytaniu książki Stefena Zweiga aby przedstawić losy trgicznie zamordowanej królowej a nie fikiyjnej postaci Lady Oscar;)
    Goroąco polecam szczególnie mangę!!!! ;)
  • Avatar
    A
    Grisznak 9.03.2006 14:39
    Jeden z najlepszych tytułów, jakie miałem okazję oglądać.
    Jeden z najlepszych tytułów, jakie miałem okazję oglądać. Przestrzegałbym przed traktowaniem dosłowanie przedstawionych tam wydarzeń, ale jako tło historyczne ostatnich lat monarchii Ludwika XVI sprawdza się fenomenalnie.
    Wspomnieć należy o postaciach głównych bohaterów, które jak dla mnie, są perfekcyjne, a relacje Oscar – Andre pokazano wyśmiecie.
  • Avatar
    A
    duch_84 27.08.2005 18:36
    anime genialne ale to nie historia
    anime jest świetne poprostu boskie ale polecanie tego anime przede wszystkim uczniom gimnazjum i początków liceum jako doskonałej lekcji historii to spore przegięcie. osobiście zalalazłe4m listę które mijają się z faktami np atak na bastylię wyglądał zupełnie inaczej. brał(a) byś odpowiedzialność za jakiegoś szczeniaka który wierząc w tę historię zacznie nawijać podczas odpowiedzi przed nauczycielką, albo opisze ją podczas sprawdzianu. wyśmieją go.
    • Avatar
      Taur 28.08.2005 20:21
      Re: anime genialne ale to nie historia
      Prawda jest taka że młodzież uważa filmy za lekcje historii i takie kwiatki na sprawdzianach podobno często „wychodzą”. Co do realizmu historycznego – to naprawde nie jest aż tak źle – bitwa o Bastylię, nie była może tak dramatyczna jak sugeruje anime, ale jest to „dopuszczalne nadużycie”.
      Osobiście poleciła bym tą pozycje każdemu, a dla widzów nastoletnich, może być to bodziec do poszukania informacji na własną rękę.
      Zaciekawiła mnie jedna sprawa autorzy, czy to przypadkowo czy specjalnie wykorzystali autentyczne plotki dotyczące Hrabiny du Barry.
    • Avatar
      Bianca 29.08.2005 08:43
      Re: anime genialne ale to nie historia
      prawda jest taka, ze najczesciej historia nauczana jest kiepsko i nudno. anime moze i nie zapewnia kompletu danych na zdanie sprawdzianu na 6, ale na 3 zupelnie wystarcza, poniewaz glod wypychajacy ludzi na ulice, czy tez slynna diamentowa afera sa faktami. wiekszosc postaci drugoplanowych jest rowniez ukazana w miare poprawnie. uczciwie mowiac, dla mnie wazniejsze jest zrozumienie co wlasciwie doprowadzilo do rewolucji (glod, traktowanie przez szlachte zwyklych ludzi, zachowanie dworu) niz dokladnosc szturmu bastylii
      • Avatar
        Zegarmistrz 29.08.2005 09:51
        Re: anime genialne ale to nie historia
        Prawda jest taka, że dydaktyka historii nie zakłada przekazywania pełnej, akademickiej wiedzy ucznią żadnej ze szkół, bo zwyczajnie im się to w życiu nie przyda. Takie informacje są wymagane jedynie w programie studiów.

        Z tej przyczyny informacje drugorzędne – jak dokładny przebieg zdobycia Bastylii, postawy pojedynczych osób itd. są szczegółem drugorzędnym, którego uczeń znać nie musi.

        Powinien natomiast wiedzieć, że takie zdarzenie miało miejsce, jakie były jego przyczyny oraz jaki wywarło efekt, a to skąd wziął tą wiedzę – czy z anime, czy też z podręcznika – powinno być dla nauczyciela obojętne.
  • Avatar
    A
    Taur 26.08.2005 23:33
    Coś jak Dumas i Sienkiewicz
    Tytuł chyba mówi wszystko seria wręcz nieodparcie kojarzy mi się z tymi dwoma autorami. Opowieść osadzona w realiach historycznych, traktująca rzeczywiste wydarzenia z pewną swobodą ale trzymająca się na ile to możliwe historii. Oczywiście nie można traktować tej serii jak „podręcznika historii” – postacie historyczne są lekko przejaskrawione, ale nie odnosi się wrażenia, że mamy tylko białe i czarne, w wielu wypadkach dominuje „szara rzeczywistosc” ludzkich zachowań. Zdecydowanie zgadzam się z przedmówczynia ta seria to „romans wszechczasów”, ale tak jak unikam tego typu historii zarówno w literaturze jak i anime tak Róza Wersalu poprostu mnie urzekła. I niech nikogo nie wystraszy wiek tego anime kreska choć stara jest naprawde piękna trzeba to jedynie dostrzec.
  • Avatar
    A
    joplin scott 27.07.2005 21:30
    anime nie dla wszystkich, ale dla każdego
    Znakomite anime, mimo swoich wad. Druga część zdecydowanie lepsza od poprzedniej dzięki Dezakiemu. Niezwykła mieszanka historii i fantazji niemal trudnych do odróżnienia.
    Najmocniejszą strona są postaci. Główny romans to dla mnie opowieść miłosna wszechczasów(dodam, że za love stories nie przepadam). Opowieść smutna i zarazem pełna ciepła.
    Recenzja Bianki jest w porządku, nie zgadzam się tylko z tym, że Oscar była postacią historyczną.
    • Avatar
      Bianca 28.07.2005 07:18
      Re: anime nie dla wszystkich, ale dla każdego
      alez byla. bo prawda nie dostala sie az tak wysoko, ale istniala. o ile dobrze pamietam, byla corka rojalisty i zostala zabita gdy przenosila jakas wiadomosc w trakcie proby wyzwolenia krolowej.
      • Avatar
        joplin scott 28.07.2005 15:14
        Re: anime nie dla wszystkich, ale dla każdego
        Zaciekawilas mnie. :-) Czy mam rozumieć, że owa córka gen. Jarjayes była żołnierzem i miała na imie Oscar? Czy moglabyś dać namiar na jakieś źródło informacji? Może uda mi się znaleźć coś w googlach.
        W Rov aż roi się od postaci semi­‑historycznych, np. Rosalie. Postać o takim nazwisku przecież istaniała i opikekowała się królową w Conciergie, ale jej powiązania z Polignac i Jeanne są przecież fikcją.
        • Avatar
          Bianca 28.07.2005 15:41
          Re: anime nie dla wszystkich, ale dla każdego
          Nie, moj blad. wlasciwe sformuloanie powinno brzmiec: jest wzorowana na postaci historycznej. Byla corka jakiegos pomniejszego szlachcica, ktorej cecha charakterystyczna bylo wlasnie wychowanie – czyli zrobienie z dziewczynki chlopca. Oczywiscie, nigdy nie miala wejscia na dwor krolewski.
          • Avatar
            joplin scott 28.07.2005 19:23
            Re: anime nie dla wszystkich, ale dla każdego
            Błąd czy nie błąd,zyskałam dzięki Tobie cenną informacje na moja stronę. Sama też doszłam do błednego wniosku, że wspomiana córka rojalisty musiała być dzieckiem generała Jarjayesa, chociaż nie był to jedyny rojalista.
  • Avatar
    A
    siunka 19.07.2005 16:10
    Lady Oscar
    nie wiedzialam,ze to aż tak stare anime..moja ukochana bajka…taki rodzaj animacji bardzo lubie:)ogladalam to po niemiecku..jeszcze gdzies mam na video..