Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 5/10
fabuła: 5/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 1
Średnia: 6
σ=0

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Kysz)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Love Get Chu ~Miracle Seiyuu Hakusho~

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2006
Czas trwania: 26×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ラブゲッCHU ~ミラクル声優白書~
Gatunki: Komedia, Romans
Postaci: Artyści; Pierwowzór: Gra (bishoujo); Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Trójkąt romantyczny
zrzutka

Wesołe jest życie aktora głosowego. Szczególnie jeśli wygląda tak, jak w tym anime.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Godofblackmetal

Recenzja / Opis

Od czasu emisji Shirobako „anime o tworzeniu anime” wydają się coraz bardziej popularne. Najpierw dostaliśmy słodziutkie Sore ga Seiyuu!, rok później wyszło cyniczne Girlish Number. Oba te tytuły skupiły się na przybliżeniu nam pracy aktorów głosowych, aczkolwiek w każdym zwrócono uwagę na zupełnie inne aspekty tego zawodu, przedstawiając go w skrajnie różnym świetle. Tak się natomiast składa, że znacznie starsze, recenzowane przeze mnie Love Get Chu również poświęcono tej tematyce i to w jeszcze innym ujęciu.

Na początek poznajemy Momoko Ichiharę, która przyjechała do Tokio, by zostać seiyuu. Nie jakąś tam pierwszą lepszą seiyuu, ale wielką sławą, której piękno i talent zachwycą popularnego aktora głosowego, Minato Ichinose, na tyle, że z miejsca się on zakocha i postanowi ją poślubić. Ale jak to zwykle bywa – marzenia swoją drogą, a rzeczywistość swoją. Przesłuchanie, które ma stanowić pierwszy krok na drodze do wymarzonej przyszłości, nie przebiega po jej myśli. Ba, nie przebiega w ogóle, bo dziewczyna gubi się i zamiast do właściwiej sali trafia na… dach.

Los bywa jednak przewrotny, a główne bohaterki nie mogą sobie pozwolić na tego typu niepowodzenia w pierwszym odcinku, więc ostatecznie Momoko udaje się znaleźć w grupie szczęściarek (tak, są tu same dziewczyny), którym udało się przejść casting. Poza nią wybrana zostaje jeszcze czwórka dziewcząt i od teraz wszystkie razem będą kroczyć trudną ścieżką kariery, zmagając się z zazdrosnymi koleżankami, trudnymi ćwiczeniami i wymagającymi egzaminatorami…

Nie no, żartuję, nic takiego nie będzie miało miejsca. Oczywiście bohaterki szybko się ze sobą zaprzyjaźniają, jednakże ich praca bardziej przypomina zabawę niż faktyczne obowiązki. Nauka w szkole seiyuu? Noo… jest trochę wyginania się, nauczycielka od czasu do czasu którąś skarci, ale takie przeszkody to pikuś dla naszej uroczej piątki. Postawmy sprawę jasno – pod względem realizmu ta seria nie ma widzom do zaoferowania kompletnie niczego. Już we wspominanym wyżej Sore ga Seiyuu! udało się to przedstawić w bardziej naturalny sposób, tu natomiast od początku do końca dominowała czystej wody komedia. Zresztą czego się spodziewać po serii, w której w gronie potencjalnych seiyuu znajdują się takie osoby, jak: Tsubasa Onodera, pragnąca grać tylko i wyłącznie role męskie, Amane Oohara – bogata piękność mająca problemy z czytaniem kanji, Rinka Suzuki – podkładająca głos w amatorskich grach nieśmiała okularnica, która łatwo się stresuje, oraz Yurika Sasaki, marząca o karierze idolki i sesjach fotograficznych w modnych magazynach.

W pewnym sensie można by przyjąć punkt widzenia, wedle którego mamy do czynienia z humorystycznym podejściem do komercjalizacji aktorstwa głosowego – seiyuu musi się sprzedać, a to, w jakiej formie, jest już mniej ważne. W związku z tym bohaterki biorą udział w różnego rodzaju imprezach, częstokroć bardzo słabo powiązanych z ich faktyczną pracą. Obowiązkowym punktem programu staje się utworzenie przez nie zespołu o wdzięcznej nazwie Sister x Sisters, w którym występują one jako… zakonnice­‑młodsze siostrzyczki. Nie pytajcie lepiej, o co chodzi – jak to stwierdził jeden z bohaterów: „trudno przewidzieć, co spodoba się światu”. Dość rzec, iż osoby w jakiś sposób zainteresowane tym przemysłem dopatrzyć się tu mogą kilku zabawnych ciekawostek z nim związanych, zaprezentowanych w mocno absurdalnej formie. Czy faktycznie taki był zamysł twórców, trudno mi zgadywać, lecz w ostatecznym rozrachunku dostaliśmy serię bardzo pasującą do tej teorii.

Nie samymi seiyuu serial stoi, a wręcz rzekłabym, że w drugiej połowie ten motyw schodzi na drugi plan. Co go zastępuje? Ano najzwyklejsza w świecie komedia romantyczna w wariacji na trójkąt miłosny. Pierwszego dnia w Tokio Momoko poznaje Atariego Maedę i przez przypadek bierze go za zboczeńca. Nieporozumienie szybko zostaje wyjaśnione i ich drogi się rozchodzą, by następnie ponownie połączyć się jeszcze tego samego dnia i to znowu w dosyć niefortunny dla Atariego sposób. Okazuje się, że od tej pory mają mieszkać pod tym samym dachem, w pensjonacie prowadzonym przez pewną miłą panią z miotłą. Jak powszechnie wiadomo „kto się czubi, ten się lubi” i po niezbyt przyjemnym początku znajomości z czasem ta dwójka coraz bardziej się do siebie zbliża. Tak się jednak składa, że chłopak jest kolegą z dzieciństwa Yuriki, w którym ta od dawna się podkochuje i wcale nie zamierza odstąpić go koleżance.

Nie powiem, by był to materiał na szczególnie oryginalną historię, ale ostatecznie nie wyszło tak źle. Nie spodziewajcie się żadnej głębi, zwłaszcza że ani przez moment nie próbowano analizować psychiki bohaterów. Jednocześnie, dzięki kilku mniej szablonowym zagraniom, udało się poprowadzić ten wątek w miarę satysfakcjonująco. Problemem dla niektórych może być natomiast nieco zbyt duży ładunek dramatyzmu, jaki wprowadzono w kilku odcinkach. Taki stan rzeczy wydawać się może naturalny przy sytuacji, w jakiej znajdują się wszystkie uwikłane w ów trójkąt osoby, lecz bez poparcia w postaci ich rozbudowanych portretów psychologicznych trąci zwykłą przesadą. Jednak odkładając te drobne pretensje na bok, dostajemy tu tak naprawdę prosty romans z należytym finałem, co nieczęsto się zdarza. Zresztą domknięcie wszystkich ważnych wątków w końcówce to jedna z większych zalet tego tytułu.

Dobrze, wiemy już zatem, że po bohaterach nie powinniśmy spodziewać się cudów, czy wszakże można się nastawić przynajmniej na sympatyczną ekipę? Jak najbardziej. Schemat goni schemat, ale przy tym ani przez moment żadna z postaci mnie nie zirytowała (nie licząc ojca Amane, jego jednak widzimy na szczęście zaledwie w kilku scenach). Niestety najgorzej wypada sama Momoko. To radosne, pełne pasji (i energii) dziewczę, którego wszędzie pełno, ale które nie grzeszy inteligencją i przy tym jest wyjątkowo naiwne. Nijak nie potrafiłam znaleźć w niej charyzmy, jaką przypisywali jej pozostali bohaterowie. Znacznie lepiej prezentuje się jej rywalka do serca Atariego, czyli Yurika. Ona przynajmniej wie, czego chce, i potrafi czasami zagrać nieczysto, przy czym nie jest w żadnym wypadku złą osobą. Sam Atari to wyjątkowo udany protagonista, przynajmniej jak na standardy tego gatunku. Nie czarujmy się – w adaptacji visual novel o grupie słodkich panienek męski rodzynek nikogo nie interesuje. Nasz bohater zatem nigdy nie wysuwa się na pierwszy plan, jednak nie jest też pozbawiony charakteru. Dopiero zaczyna pracę jako animator przy produkcji anime, poświęca więc temu sporo czasu, nierzadko z uszczerbkiem dla zdrowia. W życiu prywatnym żaden z niego playboy, czasami gubi się we własnych uczuciach, ale kiedy trzeba, potrafi jasno wyrazić swoje zdanie.

Reszta postaci, wśród nich pozostałe główne bohaterki, nie doczekała się tak solidnego rozwinięcia, jak wyżej opisana trójka. Rinka, Tsubasa i Amane dostały co prawda po własnym odcinku, cóż to wszakże jest w przypadku dwudziestopięcioodcinkowej serii? Każda zmagała się początkowo z jakimś problemem, który musiała pokonać, by kontynuować marzenie o pracy jako seiyuu. Kiedy już przeszkody zostały za nimi, pozostało im tak naprawdę wspierać Momoko oraz (w mniejszym stopniu) Yurikę w ich występach na ekranie. Może nie zrobiono z nich kukiełek, bo coś do powiedzenia miały, lecz można było poświęcone im epizody rotować z większym wyczuciem.

Na temat oprawy graficznej nie mam zbyt wiele do napisania, zwłaszcza że jest ona już lekko przestarzała. Tak, dobrze przeczytaliście – grafika jest tutaj wyraźnie nie na czasie. Przede wszystkim widać to w projektach postaci, które są wyjątkowo kanciaste i jakieś takie… niezbyt przyjemne do oglądania. A przecież to w ich potencjalnej słodyczy tkwi część uroku tego typu serii i jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, by ktoś się w tym momencie skusił na seans, patrząc na same obrazki bohaterek. Na plus muszę natomiast zaliczyć bogatą mimikę, doskonale dobraną zwłaszcza do wszechobecnych akcentów komediowych. Dobra, może i wyglądało to momentami brzydko, ale za to jak plastycznie! Kończąc ten temat – animacja oraz tła to stany całkowicie średnie, czyli nic wartego uwagi.

Skoro anime skupiło się na przedstawieniu pracy seiyuu, nie mogłabym w tym miejscu nie poświęcić kilku słów… samym seiyuu. W przypadku głównej piątki zdecydowano się postawić na „świeżynki”, stawiające pierwsze kroki w tym przemyśle (a przynajmniej niemające jeszcze w swoim dorobku żadnego sukcesu). Co ciekawe, kariera kilku z nich już się zakończyła, zresztą żadna nie została nigdy wielką gwiazdą. Wracając do samego anime – bardzo spodobało mi się obsadzenie w tych rolach aktorek o tak różnych głosach. Dobrze wywiązały się one ze swoich zadań, zresztą doskonale dobrano je do konkretnych postaci. Na kolana mnie nie rzuciły, ale nie miałabym nic przeciwko posłuchaniu ich w innych odsłonach. Inaczej ma się kwestia Kotono Mitsuishi, podkładającej głos Eri Daimon, czyli charakternej pani prezes ze studia Lambda Eight, w którym zatrudnione były nasze bohaterki. Osoby obeznane w temacie kojarzą ją pewnie przede wszystkim z roli Usagi Tsukino z popularnej Czarodziejki z Księżyca. To właśnie jej należą się szczególne słowa uznania za wykonaną pracę, bowiem Eri zawsze brzmiała dokładnie tak, jak powinna – mocno i zdecydowanie, a przy tym kobieco, niekiedy zaś niepewnie, czy wręcz nieśmiało.

Love Get Chu ma szansę spodobać się fanom seiyuu, pod warunkiem wszakże, że nie mają oni większych wymagań poza tym, żeby fabuła w jakiś sposób obracała się wokół tej tematyki. Jeśli widzieliście już wszystkie inne serie z tym związane i wciąż jesteście głodni podobnych anime, zawsze zostaje wam jeszcze ten tytuł. Dokładnie to samo mogę napisać w przypadku romansów. Jest ich co prawda więcej, lecz fani gatunku prawdopodobnie większość tych bardziej znanych mają już za sobą i wciąż potrzebują kolejnych porcji miłosnych historii. Również dla nich Love Get Chu będzie jak znalazł. Jednocześnie nie jest to tytuł zaliczający się do czołówki zarówno w tym pierwszym, jak i w drugim gatunku, nie mam więc go zamiaru szczególnie polecać. Innymi słowy – jeśli macie sporo wolnego czasu, możecie spróbować, ale nie liczcie na porywający seans. To ni mniej, ni więcej, tylko klasyczny przykład przeciętniaka, którego łatwo się ogląda, ale o którym równie łatwo się później zapomina.

Kysz, 1 grudnia 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: RADIX
Autor: ARiKO System, Marie Koizumi
Projekt: Naruyo Takahashi
Reżyser: Mitsuhiro Tougou
Scenariusz: Naruhisa Arakawa
Muzyka: Yuuki Matsuura