Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 9 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,56

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 330
Średnia: 7,53
σ=1,71

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Zegarmistrz)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Densetsu no Yuusha no Densetsu

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2010
Czas trwania: 24×23 min
Tytuły alternatywne:
  • Legend of the Legendary Heroes
  • 伝説の勇者の伝説
Widownia: Shounen; Postaci: Magowie/czarownice; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Skompresowany produkt o niczym i o nikim, który mimo to ogląda się z wielkim bananem na twarzy. O co chodzi? O „LOL Heroes”!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Takasugi

Recenzja / Opis

Uwaga! Do napisania niniejszego tekst zbierałam swą manę przez dość długi okres czasu, dlatego miejscami mogę nie tyle odchodzić od tematu, co go za bardzo przeciągać w złą stronę. Jednakże dzieło, przez które zrodziło się tyle bezsensownych i bezcelowych uwag, nie zasługuje w gruncie rzeczy na nic bardziej rzetelnego.

Pierwowzory anime są podczas jego emisji wyjątkowo ważne, bo gdy ktoś wciągnie się w oglądanie serialu, zaczyna mimowolnie grzebać w poszukiwaniu informacji na jego temat, aby tylko dowiedzieć się, co się stanie za trzy, pięć, dziesięć odcinków, oraz czy ta cycata panienka w końcu będzie z głównym bohaterem. Poza tym sięganie do źródła daje nam automatycznie więcej wiedzy potrzebnej do Uroczych Kłótni Fanów, co jest równoznaczne z dominacją w danym wątku i przekonaniem, że moja racja jest najmojsza. Lecz gdy anime się kończy, nikogo już nie obchodzą oryginalne powieści, opowiadania, gry czy mangi – anime zostaje osobnym produktem, który nie zawsze jest w stanie bronić się samodzielnie. Całe zamieszanie związane z tytułem powoli stygnie, aby niegdyś tętniące życiem jabłuszko skończyło jako zgniły ogryzek, omijany i pomiatany przez większość. Śmierć to za duże określenie, ale z pewnością pamięć o ukochanych bohaterach zanika w sercach i fanów, i „hejterów”, którzy jeszcze rok, dwa lata temu byli gotowi z bejsbolami rzucić się na tych po drugiej stronie barykady.

Powyższe 164 słowa to czysty truizm dla osoby, która jest po spotkaniu z jakimkolwiek „popularnym” anime, a już w szczególności z zapomnianym Densetsu no Yuusha no Densetsu. Dla osoby przed takim spotkaniem akapit ten może być również zbędny, o ile go w ogóle przeczytała. Chodzi mi jednak o zwrócenie uwagi na to, jak szybko zapomina się o czymś, co już nie ulegnie zmianie, i nie będzie miało nawet drugiej szansy, bo nikt z producentów nie zamierza ponownie tknąć tego sękatą żerdzią, pamiętając, że poprzednia ekranizacja danej powieści zakończyła się klapą. Tym bardziej nie zrobi tego widz niezachęcony odpowiednio. Gdy skończyłam oglądać ostatni odcinek jakiś milion lat temu, pierwsze, co zrobiłam, to opadłam na ziemię – to już? Koniec? Koniec tej głupoty i patosu? Co ja ze sobą zrobię? Tyle pięknych chwil spędziłam z tym serialem i tak mi się to fajnie zaczęło wspominać, że zrobiło mi się wręcz smutno na samą myśl, że już nikt nie dostanie takiej głupawki podczas oglądania przygód Rynera, jak ja kiedyś. Niedawno jednak wpadłam na pomysł ekshumacji tego tytułu. Nie będę tutaj broniła trupa serialu, o którym już nikt nie pamięta. Za to chętnie uwypuklę wszystkie przewinienia owego dzieła i jednocześnie postaram się zachęcić innych do obejrzenia tego… potworka? Prędzej stworka, bo ani to brzydkie, ani straszne, raczej pocieszne i prawie niewinne.

Zanim zacznę – sam tytuł ciekawił mnie od pierwszego spotkania. „Legendarna Legenda Legend” byłoby ciekawsze, „Bohaterscy Bohaterowie Bohaterów” bardziej epickie, a tutaj ot, takie proste przemieszanie obu słów. Nie godzi się! Na szczęście po jakimś czasie chyba zrozumiałam cel tego zabiegu – po przetłumaczeniu na język angielski w skrótowym zapisie otrzymujemy bowiem najbardziej trafny tytuł tej produkcji – „LOL Heroes”!

Ryner Lute, małoletni jak na czarodzieja chłopczyna, zostaje wykopany z przytulnej celi i wpada w oziębłe ramiona rzeczywistości – ma szukać potężnych artefaktów pozostawionych na kontynencie setki lat temu przez, uwaga, uwaga, Legendarnych Bohaterów. Owe przedmioty mają być tak potężne, że dzięki nim król Sion Astal byłby w stanie utrzymać kraj w pokoju i miłości. Tak się złożyło przypadkiem, że król Sion i leń Ryner to przyjaciele ze szkoły magii, a wiadomo, jak to z przyjaciółmi bywa – znają nas lepiej od nas samych. Sion wie, że nawet grożenie śmiercią nie przekona ślamazarnego Rynera do działania, przyznaje mu więc do ochrony i motywacji Tę Jedyną. Ferris Eris, piękna i zabójcza, macha mieczem lepiej od większości mężczyzn, a w dodatku nie ma skrupułów, aby przypomnieć pięścią i kopniakiem, jakie jest zadanie młodego maga. Tymczasem swawolni lordowie z przyjemnością usunęliby zadek Siona z tronu, ale i tu skończy się tylko na obiecankach, bo król głupi nie jest i ma mnóstwo osób chętnych do pomocy. Jednym z nich jest eteryczny piękniś Miriam, a właściwie Miran Froaude, który doda nieco mroku do ferajny tęczowych bohaterów. Królewska obstawa zawiera także królewiczów, księżniczki i innych szlachetnych mężów i damy z różnych państw. Zwiedzających zaś obce krainy Rynera i Ferris będzie nieudolnie szpiegować grupa obdartusów z małą dziewuszką na czele. Owa paczka zwie się Łamaczami Tabu i właściwie do tej pory nie wiem, co robili na ekranie. Najważniejsze jednak, że niewinne serce młodej dowódczyni widzi tylko Rynera i będzie za nim podążać choćby do piekła. Do tego dochodzi armia nic nieznaczących postaci i parę nieco znaczących postaci, ale zarówno historii, jak i bohaterów nie ogarnęli umysłem chyba nawet sami twórcy.

Na przedstawienie miejsca akcji można by było poświęcić i ze trzy akapity. Nie zrobię tego jednak, bo nikt przy tym nie ucierpi, a samo napisanie, że „śmierdzi podrzędnym fantasy” mówi przyszłemu widzowi już całkiem sporo. Postaci jest więcej niż odcinków, a to też nie wróży nic dobrego. Sama historia wygląda, jakby jakiś przykładowy człowieczek X, niemający absolutnie żadnego rozeznania w realiach, wyciął losowe 24 odcinki z Mody na sukces i ustawił je nawet nie chronologicznie, a inny człowieczek, dla odmiany o nazwisku Y, postanowił to zinterpretować na swój sposób: coś streścić, gdzie indziej rozwinąć, w innym miejscu przyciąć, złotowłosą Brook Logan wykopać z serialu, zaś w jej miejsce, czyli matki, żony i kochanki połowy bohaterów, wkleić zapoconego gladiatora. Przekładając niniejsze porównanie do świata anime, dodając trochę magii, polityki i zagłodzone sierotki, otrzymamy właśnie coś całkiem podobnego do przygód Rynera.

Wszystko, co wymienię dalej w tekście, składa się na porażkę serialu. Czemu więc ocena jest zielona jak wiosenny trawniczek? Dobre pytanie, sama tego nie wiem. Ryner nie raz i nie dwa biega, jak go matka natura stworzyła, ale to nie jest powód, aby damskie grono mogło po to sięgnąć, zwłaszcza że bishounenem to on nie jest. Facetów może zachęcić obiecujący początek wyglądający jak ekranizacja RPG, włącznie z wyjaśnieniem zasięgu ataku i punktami HP. Ja jednak mężczyzną nie jestem, powiem więcej, zaliczam się do RPG­‑owych lamusów, których takie rzeczy ni ziębią, ni parzą. „LOL Heroes” udają głęboką historię z przesłaniem, szkoda tylko, że im to nie wychodzi. I właśnie takie serie lubię najbardziej, bo można je najbardziej obsmarować i znienawidzić. Jakże wielki był mój smutek, gdy okazało się, że fakt, to anime jest żałosne i banalne, ale przy okazji zabawne!

Jak to się mówi, najważniejsze jest pierwsze wrażenie, ale w tym wypadku przeładowane super­‑hiper­‑epickimi scenami zwiastuny serii podziałały na niekorzyść – spodziewałam się gniota do kwadratu. Oziębienie w animowanym światku, spowodowane małą liczbą ciekawych tytułów, i brak zamienników zmusiły mnie (i nie tylko mnie, sporo osób się na to nabrało) do postrzegania tej serii przez jakieś pięć pierwszych odcinków jako następcy Code Geass. Na pytanie czemu, odpowiadam, że tak ktoś sobie wymyślił i tak było. Lute jakimś dziwnym trafem przemawia z ekranu głosem niegrzecznego synka Imperatora, w dodatku z oczu mu patrzy podobnie, czyli na czerwono i z refleksem. Przy okazji mamy wspólną obecność księżniczek, traum, polityki i parę morałów, jaka to wojna jest zła. Różnice dają się jednak dość szybko we znaki – polityczne intrygi równie ciekawe, jak pierwsze jedenaście odcinków School Days, elementy magii niestety nie są fajerwerkami Gandalfa, romansu nie ma wcale, dramat wychodzi jak nie krzywo, to żałośnie. Wielka przyjaźń wielką nie jest, mimo dużej ilości czasu chyba nikomu nie chciało się wgłębiać w psychikę bohaterów. Nie wymagam od byle powiastki rozwinięcia charakterów i marzeń postaci jak w Evangelionie, ale na Srebrzystogrzywego Siona! Niech te postaci chociaż trochę dadzą się polubić! Pseudogłęboka otoczka może albo nudzić, albo bawić, przy czym to pierwsze zawsze, a to drugie czasem. Wspomnienia bohaterów w założeniu miały szokować, ja osobiście nieźle się przy nich wyziewałam. Jeśli chodzi o komedię – można by zebrać na jednym ringu wszystkie śmieszne w zamierzeniu twórców i faktycznie bawiące widza fragmenty z całej serii, a i tak same okulary Stępnia wygrałyby ten pojedynek. Reszta niezabawnych momentów w większości przypadków dotyczyła albo kopania Rynera albo obżerania się dango. Bardziej jednak interesowały mnie fragmenty z tego drugiego bieguna nastrojów – smutne, patetyczne, dramatyczne – jakże były pocieszne! Nie będę ich bardziej przybliżać, powiem tylko, że jeżeli ktoś nie ma nic do stracenia i już przetrwa pierwsze dziesięć suchych jak pięty Cejrowskiego odcinków, dostanie tak potężną porcję głupoty, epickości i witraży, że będzie cieszył się z byle czego. To takie katharsis – oglądając żałosne anime, pozbywamy się mózgu i doczesnych problemów, a w zamian możemy śmiać się bez skrupułów z czegoś, co na dobrą sprawę zasługuje na jedną gwiazdkę. I chyba właśnie za niepoliczalną ilość niepomiernego szczęścia, takiego czystego wyśmiania wszystkiego i każdego, Densetsu no Yuusha no Densetsu dostaje ode mnie aż trzy i pół gwiazdeczki. Bardziej subiektywnie już tego tytułu ocenić chyba nie można, bo to jedno z tych dzieł, które jest „tak głupie, że aż śmieszne”, a nie każdemu coś takiego się podoba. Albo inaczej – mało komu się coś takiego podoba, a że u mnie padło na żyzny grunt – kaprys losu. Może też kwestia oczekiwań – spodziewałam się koszmarku i go w sumie dostałam, ale przynajmniej nie zawiodłam się na żadnym z elementów.

Przybliżenie wszystkich postaci graniczy z cudem, nawet najgłówniejszych bohaterów trudno w bardziej konkretny sposób opisać. Postanowiłam w dodatku nie rzucać spojlerami na lewo i prawo, dlatego przedstawienie ich może wyglądać dość biednie. Ryner Lute to Leń przez duże L. Ale w związku z bonusem w oku może zamienić się w potwora zdolnego do przeorania sporej ilości hektarów w dość krótkim czasie. Uchodzi za zdolnego (ponoć) maga i niegłupiego młodego mężczyznę, który w wyniku wstrętnego spisku jest uważany za wielkiego zboczeńca. Twórczynią owej teorii jest Ferris, młoda i niebrzydka wojowniczka z wielkim mieczem i jeszcze większym apetytem na dango. Udaje wiecznie obrażoną, ale do typowej tsundere wciąż jej daleko(uff!). Poza ciekawą rodzinką nie ma za wiele do zaoferowania, poza tym, że nie denerwuje widza tak bardzo, jak reszta bohaterek, i nie ma piszczącego głosu. Ryner jednak nie był samotną wyspą w szkole, a król nie jest jego jedynym znajomym – w pewnym momencie Przyjaciele z Dzieciństwa będą wyskakiwać zza dosłownie każdego krzaka i kamienia. Czy to dobrze, czy też źle, widz sam zadecyduje, ja jednak nie mam dobrej pamięci do imion, a podobne projekty postaci nie ułatwiały mi zadania. W Sionie Astalu podkochują się nie tylko starsze panie, ale też i jego podwładni, czyli jakieś kolejne pięć zbędnych postaci. Sion może też pochwalić się warkoczem do poziomu gruntu i elektrycznością w pałacu (wyłącza żarówki samym głosem, świeczek się tak szybko przecież nie gasi!). Poza tym tylko udaje miłego i kochanego króla, jego zausznicy i lojalni chłopcy na posyłki, spełniając rozkazy władcy, nie tylko podlewają kwiatki w królewskim ogrodzie. Póki krew się leje, ale nie publicznie i dla większego dobra, to kogo obchodzi, z którego trupa wyciekła. Obłoczkiem czarnej jak śmierć tajemnicy pozostanie mroczny młodzian z włosami Morticii Addams i sporym wpływem na króla. Miran udaje węża i całkiem nieźle mu to wychodzi, ale równie szybko, jak w myślach widza zaświta jakiś pomysł na rozwiązanie akcji, okaże się, że to nie Froaude jest Głównym Złym.

Walki, wybuchy, więcej walk, więcej wybuchów, lasery, świetlne miecze, opadające krucze pióra, prześwietlone sceny, latające puszki i pyłki rodem z Avatara – grafika wygląda, jakby po plastycznej pracowni przeszła wycieczka przedszkolaków puszczonych luzem. Tak, tu jest wszystko i w każdej formie, i nikt nie powiedział, że to musi do siebie pasować. Jest jednak jeden element, który jednoznacznie kojarzy mi się tylko i wyłącznie z tą produkcją. Witraże. Witraże są uniwersalne – można je wcisnąć jako tło rozmowy, nadając jej głębi (albo wciskając kit widzowi, że taka istnieje), można umieścić walkę w świątyni z witrażami – przecież będzie jeszcze bardziej epicka, można nawet dać ujęcie z pękającym witrażem podczas kulminacyjnej sceny, gdzie tysiąc odcieni latających szkiełek oślepi zamroczonego widza. Już same openingi wyglądają jak zwiedzanie Notre Dame. W wielu anime gotyckie okienka były wykorzystywane do różnych scen – od podniesienia do rangi sacrum ujęcia bielizny głównej bohaterki po dziwaczne wizje protagonisty czy czyjąś dramatyczną śmierć. Nigdzie chyba jednak nie spotkałam się z tak nachalnym używaniem tego elementu w każdej sytuacji, i choć przyznaję to niechętnie, pranie mózgu, jakie zaserwowali rysownicy, opłaciło się. Gdzie witraż, tam „Legenda”. Ciężkie jest życie po obejrzeniu paru tak wyniszczających psychicznie produkcji, nawet do kościoła strach wejść, ale ponoć radosne skojarzenia dobrze działają na samopoczucie. Podobnie było także ze strojem Mirana – że chłop ma fryzurę jak Cher bez trwałej, to jeszcze zdzierżę, ale czarne boa z piórek jest w niełasce nawet u naszych snobistycznych ciotek. Ogólnie – chyba każdy bohater ma przynajmniej niezwyczajne ubranie. W grze by to przeszło, fikuśne wdzianka to ich stały element, ale ta seria dość zawzięcie walczy o miano normalnego fantasy z brutalnością i wstrętną wojną w tle. Fajnie, pięknie, ale czemu politycy odpowiedzialni za masowe mordy ubrani są jak uciekinierzy z cyrku? Różowe zbroje i tęczowe pelerynki, warkocze do ziemi, stroje hydraulików jako mundurki szkolne i inne wymyślne cuda niewidy. Kreatywność jest dobra, dopóki ma gdzieś swoje granice. Przy okazji – pierścienie mocy nadal są w modzie. O ile jednak wiedzą powszechną jest, że do Smeagola ktoś po prostu puścił oczko, o tyle tutaj magiczna biżuteria pojawia się z powietrza. Może dlatego jest właśnie magiczna, a ja tylko narzekam, ale podejrzane jest, gdy nagle każdy ma jakąś ukrytą moc, jeśli nie w sobie, to w pierścionku.

Animacja jest bardzo nierówna. Niektóre walki wyglądają całkiem nieźle, ale czasami idąca postać może wyglądać jak obijający się o wszystko mech, a to bardzo psuje seans. Kolory są jasne i żywe, powiedziałabym nawet, że za żywe – nie jestem fanką wizji powściągliwego, smutnego i ciemnego średniowiecza, ale to jeszcze nie oznacza, że trawa powinna świecić w ciemności. Kreska pospolita, ale ładna, bez żadnych udziwnień, można nawet powiedzieć, że postaci czasem wyglądają jak laleczki. Męskie laleczki. Ferris jest od czasu do czasu rysowana jak oziębły terminator, a reszta kobiecych postaci albo wygląda jak chłopcy, albo jak absolwentki szkoły podstawowej. Ale panowie – no cóż, w Miranie niejeden nieświadomy mógłby się zadurzyć, a Sion wygląda jak wariacja na temat kokeshi i Kena. Żeby nie było – nie na każdym ujęciu i nie każdy bohater wygląda jak niewiasta, czasami jednak kreska zmienia się radykalnie i nagle urocza dziewoja przeistacza się w mrocznego bishounena. W dodatku wieje straszną pustką z tła, a świetlne refleksy tylko podkreślają ten efekt. Nawet patrząc na rówieśników serii, „Legenda” wypada dość blado. Sytuację ratują natchnione openingi i endingi z tysiącem symbolów i nawiązań, ale nawet one nie wyczarują oceny wyższej niż 7.

Klapa dziwi jeszcze bardziej, gdy spojrzy się na aktorów, których możemy tutaj usłyszeć. Fukuyamy chyba przedstawiać nie muszę, mniemam, że każdy choć raz słyszał jego uroczy rechot. W tym wypadku albo dostał mniej pieniążków, albo miał gorsze dni. Tragedii nie ma, ale nie ma też tego pazura, który potrafił pokazać nawet w niepozornej produkcji. Różowowłosy król ościennego państwa Gastark może pochwalić się głosem Hijikaty z Gintama, Zoro z One Piece czy też Datego z Sengoku Basara – fakt, że nawet mniej znacząca rola ma głos pana Nakaiego świadczy tylko o poziomie przedsięwzięcia. Głos Siona może zachęcić parę niewieścich serc do zapoznania z tym anime, bowiem usłyszą tutaj nie tylko Sindbada z Magi, Battlera z Umineko no Naku Koro ni czy Shizuo z Durarara!!, ale przede wszystkim piekielnie dobrego lokaja z Kuroshitsuji. Brat Ferris, występujący epizodycznie, zaszczyci nas głosem Gintokiego z Gintama i Kyona ze świata Haruhi Suzumiyi, zaś sama Ferris, której głos podkłada Ayahi Takagaki, będzie wzdychać do dango niczym Feldt Grace z Gundam 00 do Haro. Poza tymi, których wymieniłam, przewija się naprawdę masa znanych nazwisk, które łączy jedno – ich właściciele nie popisali się. Zrobili tyle, aby się nie narobić, i tyle, aby ten tytuł nie ciążył im na sumieniu. Szukanie dziury w całym – niby tak, ale jak ktoś obejrzał trochę anime z danym seiyuu to mniej więcej wie, na co aktora stać, a taka wręcz gwiazdorska obsada nie powinna grać jedynie „poprawnie”.

Muzyka z kolei uszu nie kaleczy, co może zaskakiwać, gdy przyrówna się ją do treści, jakie ma za zadanie uwypuklać. O ile pierwszy opening jest najwyżej dobry, o tyle drugi wypada naprawdę nieźle. Last Inferno da się nie dość, że słuchać, to jeszcze oglądać, co uważam za spory wyczyn tej serii. Oba endingi wyglądają jak siostry, są smętne i błyszczące, ale jak ktoś lubi lekki pop, to raczej mu się te piosenki spodobają. Muzyka w tle to głównie skrzypeczki wszelkich rozmiarów i instrumenty dęte, część melodii brzmi jak mroczne walczyki z wyższych sfer, inne przypominają fugi, jeszcze inne to epickie chóry i nieco bębnów. Mało utworów porywa, ale zdecydowanej większości da się słuchać w oderwaniu od obrazu bez większej szkody. Poza tym utwory są zróżnicowane i umiejętnie stosowane w serialu, a nieco nostalgiczne brzmienie mimo wszystko wyróżnia się z większości nieambitnych soundtracków. Osiem musi być, przy okazji zachęcam do zapoznania się z losowymi utworami. Choć żaden z nich nie jest szczególny, są to dobre kawałki warte chociaż przesłuchania.

Tak dużo tekstu, a tak mało treści. Ci, którzy nie przewinęli obszernych akapitów, zapewne już wiedzą, czy rzucać się do oglądania, czy też omijać z daleka. Tym jednak, których punkty lenistwa zbliżają się do poziomu Rynera powiem, żeby sobie odpuścili. Z kolei zachęcam do seansu osoby, które nie dbają o swój czas oraz takie, które uważają się za widzów z wysoką odpornością na głupie serie. Nie powiem, to się da oglądać na serio. Ja jednak tego sposobu nie polecam i uważam, że najbardziej docenią „LOL Heroes” te osoby, które podejdą do seansu z zerowymi wymaganiami i być może paroma promilami. Nie jest to jednak anime warte popadnięcia w alkoholizm, to gniot, zakalec jakich wiele. Ale jest to też być może jedna z najlepszych animowanych komedii, jakie przyszło mi oglądać, a z pewnością jedna z najlepszych komedii, która komedią być nie powinna. Śmiać się na Gintamie czy Excel Sadze to nie sztuka, sztuką jest docenić idiotyzmy wylewające się z ekranu podczas seansu Legend of the Legendary Heroes. Koneserzy głupoty i amatorzy oglądania anime w towarzystwie z pewnością nie zawiodą się na tej serii. Ponoć gdy coś jest do wszystkiego, to jest do niczego, ale uważam, że w tej serii to bez znaczenia.

Qualu, 29 grudnia 2012

Recenzje alternatywne

  • Zegarmistrz - 18 czerwca 2011
    Ocena: 4/10

    Krzyżówka komedii, awanturniczej serii fantasy i dramatu mogła wydawać się karkołomnym połączeniem, a okazała się tylko miernym. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: ZEXCS
Autor: Takaya Kagami
Projekt: Noriko Shimazawa, Saori Toyota
Reżyser: Itsurou Kawasaki
Scenariusz: Kiyoko Yoshimura
Muzyka: Miyu Nakamura