Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 4/10 grafika: 6/10
fabuła: 4/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 12
Średnia: 7,17
σ=1,72

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Chudi X)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Digimon Xros Wars

zrzutka

Nowy przepis na Digimony – co będzie, jeśli zbierzemy i połączymy w jednej serii wszystkie wady poprzednich?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Chudi X

Recenzja / Opis

Wielu bohaterów anime miewa problemy z asertywnością, ale w przypadku Taikiego Kudou nie chodzi tylko o to, że nie umie odmawiać. Po prostu nie potrafi zostawić w potrzebie absolutnie nikogo – ani kolegów z rozlicznych klubów sportowych, którym dorywczo pomaga, ani nawet dziwnego stworka, którego „melodię” pewnego dnia słyszy w głowie. To ostatnie okazuje się bardziej ryzykowne, niż mogłoby się wydawać – niebawem Taiki ląduje w innym świecie, w towarzystwie swojej koleżanki Akari, poszukującego rewanżu za przegrany pojedynek kendo Zenjirou oraz – no tak – Shoutmona, czyli digimona, któremu wcześniej pomógł. Digital World, czyli świat, w którym się znaleźli, znajduje się w poważnych tarapatach. Krainy, na które jest podzielony, systematycznie podbijają okrutni wojownicy imperium Bagra, dążącego do zdobycia władzy absolutnej. Taiki jednak nie jest całkowicie bezbronny – dzięki otrzymanemu w tajemniczych okolicznościach urządzeniu zwanemu Xros Loaderem może „łączyć” digimony, tworząc silnego wojownika, zdolnego przeciwstawić się wrogom. Cóż, powrót do domu na razie nie jest możliwy, zaś Taiki nie może przecież zostawić całego świata w potrzebie! W takim razie pozostaje tylko znaleźć sojuszników wśród miejscowych digimonów i wyruszyć w podróż po kolejnych wymiarach. Sytuacja trochę się jednak skomplikuje, gdy się okaże, że oprócz imperium Bagra przeciwnikami bohaterów mogą stać się także inni pochodzący ze świata ludzi „generałowie” – Kiriha i Nene.

Wyemitowana trzy lata po zakończeniu Digimon Savers seria to kolejna próba odświeżenia cyklu i znalezienia czegoś nowego w ramach dotychczasowej formuły. Trudno się oczywiście dziwić takim zabiegom, bo nikt nie lubi powtórki z rozrywki, ale trudno też oprzeć się wrażeniu, że sprawdziła się nieformalna zasada długich cyklów: co druga pozycja w nich jest udana. A Digimon Savers było bardzo udane…

W przypadku Digimon Xros Wars można oczywiście mówić o pewnym pechu, polegającym na tym, że seria została podzielona na dwa sezony, stanowiące fabularną całość – zatem zakończenie całej historii poznajemy dopiero w Aku no Death General to Shichinin no Oukoku. Niestety, o ile nadal mamy do czynienia z w miarę przyzwoitą pozycją dla dzieci, o tyle zniknęło stąd niemal wszystko, co czyniło Digimony czymś odmiennym od podobnych produkcji, nastawionych głównie na promocję marki. Postaram się te elementy wymienić w luźno potraktowanej hierarchii ich ważności.

Gdyby ktoś zapytał, czym „kupił” mnie cykl Digimon, na pierwszym miejscu bez większego wahania postawiłabym postaci, zarówno ludzi, jak i digimony, a także łączące ich relacje. Najlepsze pozycje z tego cyklu mają przesympatyczną obsadę, często interesującą i dobraną tak, że drużyna jest naprawdę drużyną. Tymczasem Xros Wars strzela sobie w kolano i to w kilku miejscach (to musiało boleć). W zasadzie powinnam zacząć od skrytykowania głównego bohatera, który minął się z powołaniem, bo przy takiej chęci pomagania światu powinien był zostać główną bohaterką serii magical girls. Taiki jest wzorem cnót: życzliwy, dojrzały, odpowiedzialny i do tego jeszcze wysportowany i z zadatkami na wspaniałego stratega (to ostatnie jest implikowane przez scenarzystów, ale o tym później). Nie ma w zasadzie żadnych wad, które by go jakoś zrównoważyły jako bohatera. Powiedzmy jednak, że nie traktowałabym tego jako najpoważniejszego problemu: Taiki jest osobą, na której opiera się cała drużyna, więc jego zachowanie i charakter z konieczności mogą podlegać wymogom scenariusza. Problem polega na tym, że musiałby mieć jakieś barwne typy do towarzystwa – a z tym jest kiepsko.

W odróżnieniu od wcześniejszych serii, zerwano tu z formułą „jeden bohater – jeden digimon”. Akari i Zenjirou nie zostają „generałami”, nie dostają własnych armii, a ich rola jest w związku z tym mocno ograniczona. Owszem, Zenjirou czasem się przydaje ze względu na talent do kendo, acz trudno nie zauważyć, że w większości są to bardzo starannie przygotowane sytuacje, skrojone specjalnie tak, żeby mógł się wykazać. Akari nie przydaje się natomiast absolutnie do niczego, poza oczywiście nieocenionym wsparciem moralnym. Przede wszystkim jednak oboje są straszliwie nijacy i sztuczni – to konstrukty „postaci z serii dla dzieci”, nawet odlegle nieprzypominające żywych ludzi. Akari to typowa panienka do towarzystwa dla bohatera, w miarę energiczna i stanowcza, ale przecież miękka w środku, zaś Zenjirou pełni zazwyczaj rolę elementu komediowego, a nie – na przykład – faktycznego wsparcia i przyjaciela Taikiego. No właśnie: cała trójka zostaje wyprawiona w drogę dość przypadkiem i kompletnie nie widać, by wchodziła ze sobą w jakiekolwiek interakcje, o przyjaźni (poza obowiązkowymi deklaracjami) nie wspominając. Miałam bardzo nieprzyjemne wrażenie, że gdzieś to już widziałam – w jakimś zupełnie innym cyklu.

Można oczywiście podnieść, że rolą Akari i Zenjirou jest wspieranie głównego bohatera, natomiast postaciami bardziej intrygującymi, kryjącymi w sercach „mrok”, mają być Nene i Kiriha. Czasem sojusznicy, częściej rywale, dążący do własnych celów, nie są skłonni do bezrefleksyjnego przyjmowania wyciągniętej przyjaźnie ręki Taikiego. Tyle tylko, że oni także (a może: oni przede wszystkim) wydają się bardziej mechanizmem scenariuszowym niż pełnoprawnymi bohaterami. Szczególnie irytująca jest niekonsekwencja, polegająca na tym, że zależnie od odcinka dostają inną wersję charakteru. Jak rozumiem, ma to oddawać ich niejednoznaczność, ale w praktyce oddaje tylko nieudolność twórców.

Największym rozczarowaniem okazały się jednak digimony. Rezygnacja z systemu pojedynczych partnerów w teorii powinna otwierać ogromne możliwości zarówno scenariuszowe, jak i związane z rozwojem poszczególnych postaci. W praktyce – wbrew powierzchownym deklaracjom bohaterów – ta seria najbardziej chyba z dotychczasowych uprzedmiatawia digimony. Są one kolekcjonowane masowo i większość czasu spędzają „schowane” w Xros Loaderze, skąd wyciąga się je tylko do walki (jakoś mi się to kojarzy z inną serią, nie wiem, czemu). Wyjątek stanowi licząca kilka sztuk gromadka z Shoutmonem na czele, która zwykle plącze się razem z bohaterami – ale interesujących typów da się w niej naliczyć dwie sztuki (łącznie z Shoutmonem, który przynajmniej ma w sobie odrobinę życia). Za to część, jak robotopodobne coś, czego nazwy niemal nie pamiętam, w zasadzie w ogóle się nie ma okazji odezwać i służy tylko za elementy budulcowe digimonowego składaka. Na początku jeszcze można odnieść wrażenie, że próbowano tchnąć odrobinę życia w niektóre postaci – Dorulumona, czy też podstawowe digimony Nene i Kirihy – z czasem jednak wszystkie one tracą charakter i ograniczają się do wykonywania poleceń swoich „generałów”. Aha, i należy wspomnieć, że sporej części digimonów doczepiono specyficzną manierę mówienia i „końcówki” do wypowiedzi, co dodatkowo je infantylizuje. Tak, to seria dla dzieci, ale… Bez przesady?

O ile w miarę oglądania przeze mnie kolejnych części cyklu właśnie postaci stały się jego największą zaletą, o tyle pierwszym elementem, który mnie zafascynował, był egzotyczny i pomysłowy świat. Tutaj sprowadzony do scenerii z gry komputerowej. Po kolei jednak: jeśli idzie o świat „rzeczywisty”, to opuszczamy go w pierwszym odcinku i powracamy do niego na koniec serii. Otoczenie, tło i rodziny bohaterów nie istnieją. Wcześniej, w Digimon Tamers, wykorzystano już koncept świata podzielonego na szereg niepołączonych ze sobą bezpośrednio „krain”. Tam narzekałam na podobieństwo do gry komputerowej, ale tutaj to nie podobieństwo – to żywcem przeniesione plansze gry. Poszczególne krainy bywają ładne, ale zwykle są dość nieciekawe, a „tematyczność” im raczej nie służy, jeszcze bardziej upodabniając je do świata stworzonego na potrzeby graczy. Digimony tworzą tu rodziny i struktury społeczne, nie mają za to jasnego podziału na mniej i bardziej zaawansowane formy, co utrudnia porównywanie na pierwszy rzut oka ich poziomu.

Wszystko to składa się na ogólną słabość scenariusza. Nie chciałabym tu przesadzić: mamy do czynienia z produktem poprawnym, grupie docelowej, czyli dzieciom, zapewniającym rozrywkę, ale zdecydowanie gorzej nadającym się dla widzów starszych, którzy poszukują (niechby prostej i optymistycznej) udanej serii przygodowej. Bohaterowie kompletnie bezboleśnie (z wyjątkiem pojedynczego, wrzuconego od czapy odcinka) podchodzą do koncepcji: „nie możemy wrócić do domu, mogą nas tu pozabijać… hm, to zajmijmy się ratowaniem świata, hurra!”. To sprawia, że chociaż Digital World jest tu miejscem naprawdę niebezpiecznym, kompletnie się tego zagrożenia nie czuje. Bohaterowie wędrują przez kolejne „plansze”, a na każdej mają do wykonania jakieś zadanie (czasem pokonanie „bossa”, czasem coś innego), by otrzymać Code Crown, artefakt zaświadczający o tym, że „własność” danej strefy przeszła na nich. Poza tym losowo znajdują inne artefakty, dostarczające przydatnych dodatkowych mocy, ale dające się wykorzystać tylko raz na danej planszy. Nie odważono się też na uczynienie stronami konfliktu tylko „generałów” – dzieciaków i wprowadzono komiksowo jednowymiarowe zło w postaci imperium Bagra, składającego się z kilku sztuk przepakowanych dowódców, jednego superprzepakowanego szefa oraz nieprzeliczonych zastępów szturmowców… Znaczy, jakichś paskudnie wyglądających digimonów.

Zmieniony zupełnie sposób walki w teorii powinien zapewnić większą różnorodność i pozwolić uciec od schematu, w którym digimon A zawsze przemienia się w formę B, a dalszych odcinkach C i tak dalej. Poza tym pozwalał na zastosowanie tego, co podobno stanowiło szczególnie mocną stronę bohatera: czyli strategii i dopasowania aktualnie używanego „składaka” do sytuacji i rodzaju zagrożenia. Tyle teoria, która zapewne doskonale sprawdza się w grze komputerowej. Praktyka niestety nie okazała się tak różowa. Po pierwsze, z punktu widzenia laika cały ten system jest zwyczajnie dość mętny – wygląda to tak, że połączenie mocno przeciętnych digimonów daje efekt mniej więcej taki sam jak połączenie potężnych digimonów (mówię tu o samej „sile ognia”), a kwestia tego, jak siła „składaka” zależy od siły jego części składowych została zamieciona pod dywan. Raz, pod koniec serii, podniesiono to, co powinno stać się problemem na samym początku, czyli kwestię utrzymania takiego połączenia przez digimona pełniącego centralną rolę. Scenarzystom wyraźnie nie chciało się korzystać z dostępnej różnorodności, a w efekcie zazwyczaj oglądamy jedną z dosłownie kilku wersji „składanki”, czasem wzbogaconą o jakiegoś przypadkowego łebka z mijanego świata. Taiki radośnie zaprasza do towarzystwa losowo wybrane digimony, w żadnym momencie nie sprawiając wrażenia, jakby np. próbował wzbogacić swój zespół o stworzenia z potrzebnymi, a pożytecznymi cechami. Cała jego „strategia” w najlepszym razie sprowadza się do: „o, przeciwnik jest szybki – to może warto by przyspieszyć naszego wojownika?” (tu magicznie pojawia się odpowiedni digimon, którego można naprędce dokooptować do reszty). Interesujące pojedynki w tej serii można naprawdę policzyć na palcach jednej ręki.

Oprawa techniczna jest przeciętna ze wskazaniem na niestaranną, z wyraźnymi spadkami jakości na drugim planie i oszczędzaniem, na czym tylko się dało. Najlepiej prezentują się projekty digimonów wykorzystywanych w poprzednich seriach – z nowo wprowadzonych mało które można uznać za udane. Dominują wśród nich dwa typy: kanciastego „robota” (szczególnie szpetnie wygląda tu Sparrowmon) oraz „pluszowej maskotki” (tu przykładem najbardziej męcząca postać serii, Cutemon). Formy „łączone” należą natomiast zazwyczaj do nurtu, który nazwałabym „mechopodobnym” i który zawsze w Digimon podobał mi się najmniej ze wszystkiego. Równie średnie jest udźwiękowienie, łącznie z obowiązkowymi piosenkami podczas walk, które zmieniają się chyba w zależności od używanej przez Taikiego formy bojowej, ale to bez większego znaczenia, bo i tak wszystkie brzmią tak samo. Znowu: samo w sobie nie byłoby to poważną wadą, ale w sumie składa się na ogólną przeciętność.

Nic na to nie poradzę, ale zdarzało mi się trafiać na serie, które miały promować inne produkty spod danego szyldu, a mimo to były dobrą rozrywką. Tymczasem Digimon Xros Wars to typowa papka. Nieszkodliwa, można to dać dzieciakom, ale powiem szczerze: gdyby nie przynależność do lubianego przeze mnie cyklu, darowałabym sobie seans. Co i innym polecam, chyba że są naprawdę zapalonymi fanami Digimonów (a wtedy już to i tak dawno widzieli).

Avellana, 28 listopada 2015

Recenzje alternatywne

  • Chudi X - 7 września 2011
    Ocena: 7/10

    Opowieść o tym, że nasza dobroć może sprowadzić nam na głowę całą masę problemów. Szósta seria anime opowiadających o digimonach, niosąca ze sobą trochę nowości i sporo elementów charakterystycznych dla gatunku. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Toei Animation
Autor: Akiyoshi Hongou
Projekt: Akihiro Asanuma
Reżyser: Tetsuya Endou
Scenariusz: Riku Sanjou
Muzyka: Kousuke Yamashita

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Podyskutuj o Digimon na forum Kotatsu Nieoficjalny pl