Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 4/10 grafika: 8/10
fabuła: 3/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,67

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 22
Średnia: 4,64
σ=2,23

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Gamer2002)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Planzet

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2010
Czas trwania: 53 min
Tytuły alternatywne:
  • プランゼット
Postaci: Obcy; Miejsce: Japonia; Czas: Przyszłość; Inne: Mechy
zrzutka

Czym dla starych filmów o atakach potworów był Negadon, tym dla filmów o inwazji kosmitów miał być zapewne Planzet. Tylko że nie jest.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Enevi

Recenzja / Opis

Rok 2047, ludzkość skolonizowała Marsa, a 500 tysięcy wybranych opuściło już Ziemię, która w przeciągu 10 lat ma przestać być zdatna do życia. Aby dołączyć do szczęśliwców, należy przez ten czas albo pozyskać znajomości, albo zdać wymagający test. Niestety, jakby było tego mało, Ziemia została zaatakowana przez obcą rasę inteligentną, która unicestwiła wszystkie większe miasta, przyczyniając się do śmierci większości ludzi. Minęło 6 lat, jest rok 2056, a niedobitki obrońców Ziemi szykują się do ostatecznej bitwy z wrogiem nazwanym FOS…

W zasadzie z powyższego wstępu dwa pierwsze zdania nie są istotne dla dalszej fabuły.

Planzet jest filmem wykonanym w całości w technice 3D, w reżyserii Juna Awazu. W 2005 roku z okazji pięćdziesięciolecia filmów o wielkich potworach stworzył on taką samą techniką krótkometrażowy film Negadon: The Monster from Mars, osadzony w tym samym świecie, co Planzet, ale rozgrywający się 28 lat wcześniej. Jeśli spojrzeć na Planzet z tej perspektywy, okazuje się ono dość rozczarowujące. Fabułę można w sumie streścić jako „Japoński Dzień Niepodległości”: Mamy atak Obcych, powiewającą flagę Japonii, gdy narrator mówi o formowaniu globalnej armii przeciwko FOS, w podobny sposób zostaje także przeprowadzone pierwsze zniszczenie dużego UFO. Trójka bohaterów, których imion nawet nie zdołałem zapamiętać i rozwinę temat ich denności potem, to piloci eksperymentalnych mechów. Byli szkoleni przez dwa lata, przygotowując się na swą pierwszą prawdziwą misję związaną z operacją Plan Zet – desperacką próbą, w wyniku której ludzkość może wygrać wojnę albo zostać unicestwiona. Niestety rozwinięcie tego konceptu nie jest nawet w połowie tak epickie, jak brzmi on na papierze.

Główną, a właściwie jedyną, wartością filmu jest piękna komputerowa oprawa graficzna. Choć nie jest to dzieło na miarę Avatara Camerona, czemu trudno się dziwić, biorąc pod uwagę skalę produkcji, film może zachwycić nie tylko fanów grafiki trójwymiarowej. Szczegółowe projekty mechów, biologiczne szczegóły statków FOS, góra Fudżi, postacie na czele z bardzo udaną dowodzącą bohaterami panią major, ich mimika oraz pot, to wszystko zostało pokazane naprawdę świetnie. Na film można z przyjemnością patrzeć i widać, że w jego wygląd włożono mnóstwo pracy.

Inną sprawą jest jednak kwestia animacji i związane z nią prowadzenie akcji. Sama animacja nie jest zła, nie mam się do czego przyczepić przy postaciach, ale w walce nie jest jednak tak efektowna, jak powinna być. Choć film ma parę naprawdę dobrze animowanych i zapierających dech scen, jak przelot bohatera pod mostem z ścigającymi go FOS, pierwszy wystrzał ze snajperki, eksplozja UFO, uruchomienie (tej prawdziwej) ostatecznej broni ludzkości, sceny uszkodzeń mechów oraz jedno zestrzelenie głównego bohatera i zniszczenie finałowego przeciwnika, są to jednak pojedyncze momenty w nie najlepiej ułożonej całości. Brak tutaj działań bohaterów opartych na współpracy, daje się wyłapać powtórzenie animacji strzału z karabinków, widzimy też animację cięcia nożem bojowym bez pokazania przecinanych obiektów. Problem polega na tym, że „desperacka ostatnia szansa ludzkości” nie wywoływała wrażenia, tak samo jak późniejsza „ostateczna ostateczność” właśnie z powodu średnio wyreżyserowanych scen akcji.

Pierwsza walka jest po prostu słaba i schematyczna. Trwające mniej niż obiecane 14 minut starcie nie wyglądało jak bój żołnierzy przez dwa lata szykowanych w nadzwyczajnie kosztownym programie treningowym, ani jak realizacja misternie ułożonego planu. Była to bitwa trójki partaczy na czele z głównym bohaterem, który miał więcej szczęścia niż rozumu, oraz kompletna porażka pod względem logistyki wojennej. Jak inaczej można to nazwać, gdy snajper dysponuje jedynie trzema sztukami amunicji, nikt nie ma dodatkowych magazynków, kapitan drużyny to taktyczny geniusz opierający się na strategii „DO ATAKU” i sam zorganizowałbym lepszą obronę ludzkości, grając w Space Invaders? Bohaterowie mogliby też dostać jakiekolwiek wsparcie, nawet wymówka „FOS rozpracowują użyte przeciw nim strategie” nie zwalnia z niedawania wszystkiego, co się ma, ludziom, od których zależeć ma los świata. Podobnie było z „ostateczną bronią”, która ponoć miała potencjał, by zniszczyć Obcych lub też ludzkość. Choć rzeczywiście na początku robiła wrażenie, ledwo postrzelała sobie trochę z laserów i już wyczerpała się energia. Wydarzyło się jeszcze parę rzeczy, ale ogólnie było to wszystko dość nudne. Poza tym dała się zauważyć typowa dla gatunku przesada w zakresie efektów specjalnych: finałowa eksplozja mogła zniszczyć atmosferę ziemską, a wystrzelony wcześniej laser wypalić ładną dziurę w warstwie ozonowej.

Efekt jest taki, że Planzet jest wprawdzie świetną projekcją wizualną, ale dennym kinem akcji. Nie pomaga to, że dostajemy beznadziejnych bohaterów, którzy nas nie obchodzą i jeszcze mają czelność zajmować czas ekranowy. Na kogo ludzkość postawiła, by wykonali zadanie, w którym porażka oznacza zagładę? Główny bohater to do bólu typowy biedak, którego ojciec zginął w ataku FOS i który chce się zemścić, a następnie przeistoczyć się w mesjasza. Do kompletu dostaje pełną rozterek i bezużyteczną panią snajper po stracie brata oraz kapitana pijaka, który dla odmiany stracił rodzinę. Dowodząca nimi pani major ma na początku jakiś charakter, ale później zostaje go pozbawiona, więc jej zalety, podobnie jak zalety filmu, ograniczają się wyłącznie do wyglądu. Jest jeszcze siostrzyczka głównego bohatera, także typowa, z obowiązkowym przypominaniem, jak to są rodziną, i tylko z jedną dobrą sceną na samym końcu filmu. Najbardziej mnie rozczarowuje, że w trwającym 25 minut Negadonie reżyser był w stanie wykreować bardziej rozbudowaną i ciekawą postać niż te wszystkie stare stereotypy razem wzięte. Jedyna ich zaleta jest taka, że poza siostrzyczką nie wykazują typowej głupoty kiepskich bohaterów anime.

Także świat przedstawiony w filmie okazuje się niedopracowany. Mimo że, podobnie jak w Negadonie, technologia wciąż jest przestarzała jak na przyszłość i że mamy parę nawiązań do starszego filmu, to jednak są elementy, które nie trzymają się kupy. Po pierwsze, Mars. Teoretycznie mieszkają na nim uprzywilejowani ludzie, ale nie mamy żadnych informacji na temat tego, czy w ogóle dotyka ich inwazja. Nie wiemy też, jak zdaniem głównego bohatera jego siostra ma ominąć siły Obcych, by tam dolecieć. Po drugie, Ziemia, przed inwazją miała już tylko przez 10 lat się do czegokolwiek się nadawać, ale jakoś atak Obcych nie skraca tego czasu. Po trzecie: użytej na końcu broni nie wykorzystano wcześniej, bo była tak niebezpieczna, że groziła zniszczeniem ludzkości – ale to, że FOS zniszczyli większość życia na planecie w pierwszych dniach inwazji nie było najwyraźniej dostatecznie dobrym argumentem. No i nie wiadomo, jak rzeczony obiekt znalazł się tam, gdzie był ukryty. Można niby w tej sprawie skojarzyć parę faktów z Negadona, ale zbytnio sensu to nie ma. Ostatnia sprawa dotyczy Obcych i sugestii, że nie są tym, za co ich uważamy, a ludzie na Marsie mają w tej sprawie coś na sumieniu – nie zostało to w żaden sposób rozwinięte.

Ścieżka muzyczna stanowi przyzwoity podkład typowy dla hollywoodzkich superprodukcji, więc pod tym względem jest przyzwoicie. Nie mam też nic do zarzucenia obsadzie, głównemu bohaterowi głosu udziela Mamoru Miyano znany chociażby z roli Takuto w Star Driver, choć niestety tutaj mu bliżej do Setsuny F. Seiei z Gundam 00 w wersji smutniejszej i bardziej jęczącej. Poza tym usłyszymy też takie sławne głosy, jak Junko Takeuchi (tytułowy bohater Naruto) czy Kenjiro Tsuda (Sadaharu Inui z Prince of Tennis).

Ostatecznie otrzymujemy film, który zachwyca starannie wykonaną grafiką i budżetem, ale jest niedopracowany pod względem postaci, fabuły i akcji. Choć polecę tę produkcję każdemu fanowi grafiki trójwymiarowej oraz tym, którzy lubią patrzeć na ładną oprawę wizualną, uważam Planzet za mało udane dzieło. Negadon, który znacznie bardziej sobie cenię, był dobrze zrealizowanym prostym filmem, oddającym hołd gatunkowi, który reprezentował. Widać było włożoną w jego stworzenie pasję, podczas gdy Planzet jest jedynie produktem obliczonym na sprzedaż i zysk, nie posiada zalet swego poprzednika, a jeżeli twórca zamierzał upamiętnić filmy o inwazjach Obcych, marnie mu to wyszło. Być może Jun Awazu chciał w ten sposób sfinansować swoje kolejne projekty, które będą znacznie lepiej zrealizowane i rozbudują stworzony przez niego świat. Jednakże nawet jeżeli to nastąpi, Planzet będzie jedynie marnym rozdziałem historii świata z roku 2053.

Gamer2002, 7 października 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: CoMix Wave, Media Factory
Reżyser: Jun Awazu
Scenariusz: Jun Awazu
Muzyka: Shingo Terasawa