Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 4/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

brak

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Sezonowy)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Uchuu Kuubo Blue Noah

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 1979
Czas trwania: 24×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Space Carrier Blue Noah
  • 宇宙空母ブルーノア
Widownia: Shounen; Postaci: Obcy; Czas: Przyszłość
zrzutka

Coś dla miłośników filmów wojennych w rodzaju Bitwy o Midway czy sensacyjnych, jak Polowanie na Czerwony Październik. Przed laty niedoceniona, a dziś już zupełnie zapomniana opowieść o losach bohaterskiej załogi ostatniego na Ziemi okrętu wojennego.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

W przypadku serialu takiego jak Uchuu Kuubo Blue Noah, który w momencie pisania niniejszej recenzji liczy sobie dobrze ponad trzydzieści lat i poza Japonią przeszedł zupełnie bez echa, aż prosi się o zastosowanie etykiety „perła z lamusa”. Jednak jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to perły jako takie zazwyczaj nie są porzucane i zamykane w graciarni. Zamiast tego trafiają na szyje wytwornych pań z towarzystwa albo do domowych kasetek ze staroświecką, ale wciąż przepiękną i cenną biżuterią po zmarłej babci. Dlaczego tym razem tak się nie stało i zamiast do galerii sław, serial poszedł w odstawkę? Ano dlatego, że nie mamy tu do czynienia z perłą, niestety.

Uchuu Kuubo Blue Noah opowiada historię samotnego okrętu wojennego i jego załogi, toczących bohaterską, ale nierówną walkę z najeźdźcą z kosmosu. Obcy podróżują w gigantycznej sztucznej planetoidzie po tym, jak ich ojczysty świat – Gotham – uległ zagładzie, i szukając miejsca do osiedlenia się, trafiają na Ziemię. Niestety, planeta ma już mieszkańców, którzy niekoniecznie chcą oddać ją w ręce przybyszów, dlatego zamiast bawić się w nawiązywanie kontaktów i dyplomację, Gothamici urządzają genocyd ludzkości, czy jak kto woli – holocaust. A że dysponują miażdżącą przewagą technologiczną, są świetnie zorganizowani i sprawnie dowodzeni, nie mają z tym żadnych problemów. Metodycznie i sprawnie zabijają miliardy ludzi, obracają w perzynę miasta, unicestwiają całe armie. Kiedy wydaje się, że nadszedł nieodwołalny kres ludzkości, nieoczekiwanie pojawia się nadzieja. Oto grupa kadetów trafia do opuszczonej naukowej bazy wojskowej w Japonii i odnajduje tam ukończony tuż przed inwazją, gotowy do boju supernowoczesny okręt wojenny – cud ziemskiej techniki. Ich pierwszy rejs bojowy z pewnością byłby zarazem rejsem ostatnim, na szczęście szybciej od patrolu Obcych odnajduje młodych ludzi kapitan Ei Domon ze swoją załogą. Stary wilk morski przejmuje dowodzenie „Blue Noah” z rąk żółtodziobów i mając teraz do dyspozycji potężną broń, rzuca wyzwanie imperium Gothamitów. Przed bohaterami staje największe wyzwanie militarne w dziejach świata, a zarazem największa przygoda. Jeśli uda się przebić przez linie wroga i uderzyć na główną bazę przeciwnika, kosmiczna wojna może zostać wygrana, a Ziemia ocalona.

Czy powyższe streszczenie brzmi znajomo? Na dobrą sprawę powinno, ponieważ powiela ono najważniejsze pomysły innego serialu science­‑fiction z tamtych lat, przełomowego pod wieloma względami i uznanego za kultowy Uchuu Senkan Yamato. Tam tytułowy okręt jest podniesionym z dna oceanu i przywróconym do życia pancernikiem „Yamato”, niegdyś dumą floty Cesarstwa Japonii – tu mamy do czynienia z nowiutkim jak spod igły gigantycznym okrętem podwodnym. Tam na Ziemię napadli Obcy z Gamilonu, a tu z Gotham, choć jakimś cudem obie rasy wyglądem i zachowaniem do złudzenia przypominają Ziemian. Oba okręty czeka jednakowe zadanie: opuszczenie planety i samotna walka w przestrzeni kosmicznej. Oba dysponują arcypotężną bronią w postaci działa głównego, z którego pojedynczy strzał zamienia w pył całe planetoidy, a przygotowanie go do strzału to prawdziwe misterium i zarazem jedne z najbardziej widowiskowych scen filmu. Oboma dowodzą kapitanowie będący ucieleśnieniem starego wilka morskiego, czy może raczej, w tym przypadku, kosmicznego, z rodzaju tych, których wizerunki spotyka się na absurdalnie drogich opakowaniach arktycznego śledzia albo tytoniu fajkowego dla prawdziwych twardzieli – prawdziwe ikony marynarki. Podobieństw między serialami jest mnóstwo i nie są to podobieństwa przypadkowe.

Niezależnie od tego, jak absurdalnym wydaje się pomysł przebudowy jednostki pływającej na statek kosmiczny, Yoshinobu Nishizaki – twórca Uchuu Kuubo Blue Noah – zdecydował się ponownie zeń skorzystać. Celowo używam tu słowa „ponownie”, zamiast pisać o plagiacie, ponieważ studio Office Academy, gdzie powstała opowieść, jest tym samym, które realizowało pełnometrażowe filmy o kosmicznym pancerniku „Yamato”. Nishizaki, wcześniej współtworzący Uchuu Senkan Yamato, z sobie tylko wiadomego powodu bezwstydnie powielił schematy, które pięć lat wcześniej przyniosły mu sławę i pieniądze. Przeliczył się, bo sukcesu nie udało się powtórzyć, a wtórność kluczowych założeń scenariusza okazała się jednym z powodów, dla których serial spotkał się z chłodnym przyjęciem publiczności.

Pomijając przykre pierwsze wrażenie, że oto producent postanowił pójść na łatwiznę i próbuje sprzedać nam stary produkt w nowym opakowaniu, mimo wszystko z fabułą nie jest aż tak źle, jak mogłoby się wydawać. Jeśli tylko przełknąć pierwsze nieświeże kęsy animowanej strawy, z każdym kolejnym odcinkiem staje się coraz bardziej oczywiste, że Uchuu Kuubo Blue Noah nie stara się za wszelką cenę i we wszystkim naśladować wielkiej poprzedniczki. To zresztą jest źródłem paradoksów, które skłaniają do zastanowienia się, co też mogło chodzić po głowie twórcom wybierającym takie, a nie inne rozwiązania fabularne. Przede wszystkim, wbrew tytułowi mówiącemu o kosmicznym lotniskowcu, akcja serialu niemal do końca toczy się na Ziemi, na morzach i oceanach, bo też „Blue Noah” jest okrętem podwodnym i woda stanowi dlań środowisko naturalne. Przez dwadzieścia odcinków podwodny lotniskowiec płynie w kierunku bazy na Bermudach, gdzie ma otrzymać silnik umożliwiający loty kosmiczne i podróż w przestrzeń, tak że statkiem kosmicznym staje się naprawdę dopiero na cztery odcinki przed końcem serii. Stanowi to punkt zwrotny całej historii i dlatego dziwi, że następuje dopiero w momencie, gdy opowieść zmierza ku finałowi. W końcówce wydarzenia toczą się w tak szalonym tempie, jakby animatorzy zostali zmuszeni do upchnięcia w czterech odcinkach tego wszystkiego, co pierwotnie zostało rozpisane na drugą serię. Najlepszy przykład: gdy ginie jeden z ważniejszych bohaterów, który wcześniej wyruszył na arcyważną, kluczową dla przebiegu całej kampanii misję, to ani sama misja, ani nawet scena śmierci w ogóle nie pojawiają się w kadrze nawet na sekundę. Ot, ktoś składa lakoniczny meldunek, że bohater zginął – i tyle. Szkoda było miejsca na taśmie czy pieniędzy z okrojonego budżetu? Na widzu przywiązującym dużą wagę do fabuły i rytmu opowieści wywiera to prawdziwie przygnębiające wrażenie, dlatego nie rozumiem, jakim cudem zdecydowano się na podobne rozwiązanie.

Graficznie seria przedstawia się bez zarzutu, oczywiście jak na produkcję retro, bo taką skalę porównawczą należy w tym przypadku zastosować. Na szczególne wyróżnienie zasługują projekty pojazdów i budynków Obcych, starannie przemyślane i nawzajem do siebie nawiązujące stylistyką przywodzącą na myśl drapieżnego owada w rodzaju modliszki czy innego szerszenia. Twarze bohaterów, z Gothamitami włącznie, są odpowiednio męskie, zdecydowane i wojownicze. W tym punkcie Blue Noah bije Yamato na głowę. Wnętrza okrętów i mundury załogi zaprojektowano tak, że inne seriale wojenne mogłyby pozazdrościć. Swoją drogą, z mundurami to jakaś podejrzana historia. W dziesiątym odcinku, bez słowa wyjaśnienia, wszystkie raptem zmieniają krój i kolor! Daje to tak zaskakujący efekt, że zaczynasz zastanawiać się, czy przypadkiem nie przegapiłeś odcinka, w którym znajduje się rozwiązanie mundurowej zagadki. Trudno dociec, co legło u podstaw drastycznej zmiany projektu graficznego postaci, ale z pewnością nie był to przypadkowy błąd. Rzecz wygląda na starannie przemyślaną i zaplanowaną, może więc rzeczywiście było tak, że z produkcji wypadł jeden z odcinków? To nie jedyny moment, gdy można nabrać podejrzeń, że bezlitosne nożyce producenta wykastrowały budżet i związane z nim elementy scenariusza.

Główny bohater serialu to bohater zbiorowy, a jest nim oczywiście załoga „Blue Noah”. Owszem, są tu postaci wybijające się na pierwszy plan, jak dowódca okrętu – Ei Domon, jego córka Kei czy kadet Shin Kusaka, ale akcja serialu nie koncentruje się jakoś szczególnie na żadnym z nich. Cieszy za to, że stosunkowo dużo uwagi poświęcono przeciwnikom „Blue Noah”, których przedstawia się tu jako dzielnych, rozsądnych ludzi i profesjonalistów oddanych sprawie własnej rasy. Żadni z nich esesmani, którym przyjemność sprawia eksterminacja ludzkości. Co więcej: pułkownik Yurgens – najgroźniejszy przeciwnik Domona i jego załogi – nieugiętą i honorową postawą zasługuje na autentyczny szacunek. Z rzadka jedynie mamy okazję zerknąć w życie osobiste bohaterów, co akurat w przypadku filmu wojennego stanowi bardziej zaletę niż wadę. Widać to choćby na przykładzie wątku z synami Domona, o których scenarzysta przypomniał sobie pod koniec serii wyłącznie po to, by dodać wydarzeniom niepotrzebnego sztucznego dramatyzmu. Z tego samego powodu zdecydowano się na wtrącenie bohaterskiego epizodu z kucharzem okrętu, który to epizod nie tylko rozbija rytm opowieści, ale zwyczajnie razi tanim efekciarstwem i ordynarną próbą grania na emocjach. Niestety, pod względem fabularnym ostatnie odcinki wypadają najgorzej, wręcz fatalnie.

Niezależnie od minusów, które wymieniłem, muszę przyznać, że serial obfituje też w sceny zasługujące na prawdziwe uznanie i brawa. Jak walki z Gothamitami w pierwszych odcinkach dynamiką i rozmachem nie ustępujące tym znanym z fabularnych filmów wojennych w rodzaju Tora, tora, tora czy Bitwy o Midway. Jak motyw z ukryciem okrętu we wnętrzu góry lodowej i oryginalnym sposobem na to, jak szybko, prosto i skutecznie zamienić ją w pływający suchy dok. Jak moment, w którym „Blue Noah” wynurza się pośrodku jeziora, w sercu amazońskiej dżungli: obserwowany z poziomu gruntu widok wielopiętrowej, potężnej nadbudówki powoli pnącej się w górę, nad korony drzew, robi wrażenie. Z kolei uważny widz mający jakie takie pojęcie o historii zmagań na Pacyfiku w trakcie II wojny światowej doceni nawiązania scenariusza do owych czasów. Na przykład w scenie, gdy ranny bohater na pokładzie jednoosobowej jednostki wyrusza z samobójczą misją, by ocalić okręt i załogę, jego czoło przewiązano opatrunkiem, na którym widnieje duża, okrągła, czerwona plama krwi, do złudzenia przypominającym hachimaki z godłem Japonii. Bohater wygląda wtedy jak pilot kamikaze wyruszający do uderzenia na amerykańskie lotniskowce, by oddać życie za Cesarza. Nawet jego pożegnalne słowa mają odpowiedni patriotyczny wydźwięk. Wszystko to pomysłowe, oryginalne, prawdziwie kinowe ujęcia.

Na wyrazy uznania zasługuje również oprawa muzyczna. Co prawda nie jest przesadnie urozmaicona i ogranicza się głównie do rozmaitych aranżacji motywu przewodniego, ale za to jest on bardzo melodyjny i dynamiczny, od razu wpadający w ucho. Zanim się zorientujesz, zaczynasz do rytmu przytupywać, nucić, gwizdać, a to najlepszy wskaźnik tego, że utwór jest rzeczywiście dobry. Co ważne, znakomicie wpisuje się w sceny batalistyczne, z myślą o których został skomponowany. W zakończeniu rozbrzmiewa równie przyjemna i melodyjna, choć pozbawiona bojowego ducha piosenka. Z kolei angielska wersja serialu prezentuje jej wersję instrumentalną, bardzo udaną, a słychać w niej dalekie echa utworów grupy The Shadows. Kiedy to ostatni raz miałem okazję słuchać endingu, w którym tak pięknie grały trąbki i gitary elektryczne? – wieki temu.

Czas postawić pytanie, czy – i komu – warto polecić obejrzenie serialu. Jeśli w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku byłeś dzieckiem, Uchuu Kuubo Blue Noah jest dla ciebie. Dzięki niemu znowu poczujesz się jak beztroski chłopiec w krótkich spodenkach, biegający za piłką po podwórku i będzie to z pewnością bardzo miłe uczucie. Gdyby wtedy serial pokazano w polskiej telewizji, zaraz obok Załogi G, z pewnością zrobiłby furorę już choćby tylko dlatego, że nie miałby praktycznie żadnej konkurencji. Dzisiaj jednak jest to produkcja ewidentnie przestarzała, zarówno pod względem fabularnym, jak i technicznym, a jako taka może okazać się trudna do przełknięcia dla kogoś, kto od dziecka był przyzwyczajany do bardziej współczesnych, dużo bogatszych standardów animacji. Z drugiej strony, miłośnicy kina wojennego i scen batalistycznych, niezależnie od wieku i pod warunkiem, że nie będą mieli zbyt wygórowanych wymagań, na pewno znajdą tu coś dla siebie.

Sezonowy, 5 października 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Office Academy
Autor: Yoshinobu Nishizaki
Projekt: Yoshiyuki Hane
Reżyser: Tomoharu Katsumata
Scenariusz: Hideaki Yamamoto, Seiji Matsuoka, Takashi Yamada
Muzyka: Hiroshi Miyagawa, Masaaki Hirao, Motoki Funayama