Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
grafika: 5/10
muzyka: 8/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 5
Średnia: 5,4
σ=2,06

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Tablis)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Fuyu no Hi

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2003
Czas trwania: 39 min
Tytuły alternatywne:
  • Winter Days
  • 冬の日
zrzutka

Założenia: seria filmowych klejnotów światowej klasy animatorów, inspirowanych poematem Bashou. Realizacja: przysłowiowe brylanty w popiele.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Sophronimos

Recenzja / Opis

W 1684 r. należący do najważniejszych japońskich poetów wszechczasów Bashou stworzył jeden ze swoich najbardziej znanych poematów – tytułowe Fuyu no hi (dosł. zimowy dzień/zimowe dni). Utwór ten miał niezwykłą formę – był zbudowany z następujących po sobie fragmentów, z których każdy wyrażał własną poetycką myśl (tzw. stanc, używanych też np. przez Szekspira), i które były dziełem różnych autorów! Całość była więc wypadkową indywidualistycznych dążeń kolejnych poetów oraz zamysłu organizatora całości i jednocześnie znaczącego współwykonawcy, czyli Bashou. Efekt był fenomenalny, dość powiedzieć, że trzy i pół wieku później zainspirował osobistość japońskiej animacji – Kihachirou Kawamoto, do twórczego przetworzenia tego wyczynu. Zaprosił więc trzydziestu pięciu znanych animatorów z całego świata do przygotowania filmowych interpretacji poematu. Poza specjalną dłuższą animacją rozpoczynającą, każdy autor dostał kilkadziesiąt sekund na przedstawienie dwóch strof, z których pierwsza była jednocześnie ostatnią interpretowaną przez poprzedniego wykonawcę, tak aby dzieła przeplatały się. Przy tak ambitnych założeniach, porażka mogła być wyłącznie artystyczna. Faktycznie, to sztandarowy przykład.

Przyczyny tego przykrego stanu są dwojakiego rodzaju: koncepcyjne i wykonawcze. Rozpocznijmy od tych pierwszych. Sprowadzają się z grubsza do niezbyt nowatorskiego spostrzeżenia, że dzieło filmowe nie jest poematem, w związku z czym forma dla poematu właściwa zwyczajnie do filmu nie pasuje. Oryginalny Fuyu no Hi to czysta poetycka impresja, nieposiadająca fabuły ani stałych bohaterów. Film w związku z tym również ich nie ma, różnica polega na tym, że przeczytanie wiersza zajmuje kilka minut, obejrzenie filmu natomiast tychże minut czterdzieści. Rzeczy, które nie nudzą przez chwilę, są niekoniecznie równie interesujące przez dłuższy okres. Papier ma też tę zaletę, że możemy dłużej zadumać się nad ciekawym wyrażeniem, szybko przemknąć po mniej interesujących, w końcu wracać do miejsc wcześniejszych. W ten zawiły sposób chcę powiedzieć, że się zwyczajnie nudziłem. Bez głównego wątku ani postaci, na których można by skoncentrować uwagę, mogłem tylko chłonąć wizualne metafory i skojarzenia, dużo metafor i skojarzeń, za dużo metafor i skojarzeń. Ten film powinien być rozdzielony na kilka fragmentów, które dałoby się oglądać z przerwami. Nikt mi nie zabronił samemu sobie robić przerw, ale mądry człowiek po szkodzie.

Tam gdzie reżyser mógł czerpać ze wzoru Bashou, czyli przy doborze współpracowników, niestety tego nie uczynił. Oryginał został stworzony przez kilka osób piszących naprzemiennie. Zapewne mieli oni okazję razem dyskutować czy przynajmniej wymieniać korespondencję o poemacie. W wersji „uwspółcześnionej” współwykonawców jest już trzydziestu pięciu. Zapanowanie nad nimi wymagało więc talentu organizatorskiego o rząd większego. Kihachirou Kawamoto postanowił wybrnąć z problemu, w ideałach ustanawiając artystyczną demokrację, w praktyce anarchię. Każdy animator miał stworzyć obraz na co najmniej 30 sekund, co z nimi uczynił, było jego sprawą prywatną. Jak się okazało, w przeprowadzonym w ten sposób głosowaniu uchwalono wotum nieufności dla koncepcji filmu.

Z założeń wynika, że kolejne interpretacje miały się łączyć i uzupełniać. Na założeniach się skończyło. Twórcy pozostawieni samym sobie zrobili swoje części każdy we własnym stylu, bez najmniejszych usiłowań dopasowania ich do całości, w szczególności kawałków sąsiadujących. Mamy więc kalejdoskop, kolejno: smutna baśń, metafizyczna wizja, komediowa sytuacja, przypowieść ludowa, Bóg wie co, groteskowa scena, nastrojowy obraz natury itd. Sensu w tym żadnego, trudno też wczuć się w wizję przypominającą bardziej atak padaczkowy niż klasyczną poezję japońską.

Widać więc, że ten film z założenia nie mógł się udać. Nie udał się jeszcze mocniej – to już zasługa wykonania. Z wysoką sztuką jest ten problem, że często pokonując grawitację ziemską, osiąga orbitę, gdzie zatacza kręgi samotnie wraz z twórcą, pfu – Twórcą. Owo krążenie w niebiosach ma być usprawiedliwieniem braków warsztatowych, w domyśle pozornych, wynikających z ignorancji widza. Niektóre fragmenty wyglądają gorzej niż polskie dobranocki z lat 80., czyli naprawdę źle. Widać skromność budżetu i jeszcze bardziej – chęci. Kilku animatorów zdołało ograniczonymi środkami przekazać coś ciekawego, reszta zdecydowanie nie. Najgorszy moment nastąpił w filmie autorstwa Fumio Oui (swoją drogą trochę trudno znaleźć informacje na temat tego „światowej klasy animatora”), który zaprezentował animację komputerową na poziomie wczesnych lat 90. Inne biedniejsze momenty wywołują przynajmniej odruchy sentymentalne, ta to czysty koszmar.

Tyle o wadach, jednak skoro ocena ogólna nie taka straszna, to zalety również być muszą. Przede wszystkim muzyka o kilka klas przebija poziom większości grafiki. Trudno ją zgrabnie opisać, bo jest dobrana do poszczególnych sekcji, a przez to bardzo różnorodna, ale zawsze udana. Dużo partii nastrojowych, delikatnych skrzypiec, o klasie wykonania niespotykanej w innych produkcjach. Znamienne, że cichnie w udanych fragmentach (słusznie, pewne rzeczy bronią się same), a jest dominująca w nieudanych, w pewnym stopniu ratując sytuację. Co do reszty zalet, przygotowałem ich chronologiczna listę z wypisanymi personaliami autorów (to sugestie dla czytelnika, czyją twórczością warto się zainteresować) i odpowiadającymi im wersami – tłumaczenia własne.

Jurij Norsztein: „Przy słabnącym wietrze wędrowiec – jak bardzo podobnym do Chikusai się stałem”. Norsztein słynie z nieprawdopodobnego pedantyzmu (jeden ze swoich filmów robi już od 30 lat!) i w niemal 2 minutowej sekwencji otwierającej całkowicie uzasadnia tę opinię, prezentując szokująco złożoną i dopracowaną animację wykonaną z wycinanek. Przedstawia ona spotkanie poety Bashou ze zdziwaczałym prostaczkiem Chikusai. Przepiękne obrazy natury i głęboki nastrój czynią z tej części największą atrakcję całego filmu.

Aleksander Pietrow: „Sylwetka w chłodzie świtu zapalająca ogień. Pusty dom, właściciele odeszli z biedy”. Twórca użył swojej popisowej techniki malowania na szybie, za którą regularnie odbiera wszystkie możliwe nagrody. Nie bez przyczyny – to niezwykle malarska i poetycka forma. Kadry można drukować i wieszać w galerii sztuki, a treść, choć oczywiście mocno ograniczona, też pozytywnie zaskakuje, nadając interpretowanym wersom bajkową (nie dziecinną!) interpretację. Wspaniała impresja, wspaniały fragment.

Maya Yonesho: „Pusty dom, właściciele odeszli z biedy. W polu ryżowym wierzba Koman zrzuca liście”. Tym razem dużo abstrakcji, zrealizowanej przez przewracanie zamalowanych stron książki. W namalowanych plamach, zmiennych i ulotnych jak sama poezja, którą ilustrują, poznać można treść odpowiednich wersów, ale obroniłyby się i same. Widziałem wielokrotnie tę technikę animacji, ale po raz pierwszy z tak głębokim, przejmującym sensem.

Reiko Yokosuka: „Rozmyślnie zdejmować kapelusz, by zmoknąć w północnej ulewie. Wśród zwiędłej zielonej trawy wyróżnia się pojedyncza zielona endywia”. Zdolnemu starcza pędzel i czarna farba. Swoje wersy Yokosuka interpretuje literalnie, minimalistycznie i udanie. Nieliczne pociągnięcia obrazują kobietę, kapelusz, deszcz, bambus i finałową endywię. Przejście między jednym wersem a drugim nie ma zbyt wiele sensu, mimo to subtelność i buddyjska prostota animacji obroniły ten fragment.

To nie wszystko, co dobre w Fuyu no Hi. Pojawia się Kouji Yamamura, który nie zawodzi, ani też nie zaskakuje (inne jego filmy opisane na Tanuki zasługują na większą uwagę), ładnie wykonany jest, żartobliwy w treści, animowany drzeworyt Isao Takahaty. O części pozostałych też mógłbym powiedzieć kilka ciepłych słów. Szkoda, że każdy z tych przykładów mógłbym skontrować innym, wywołującym zdegustowanie. Wartościowe fragmenty dużo tracą otoczone pseudoartystycznymi gniotami. Huśtawka nastrojów również ma druzgoczący wpływ na odbiór. Dobrze więc, że część z tych animacji powstała, źle, że trafiła do tej produkcji, co zgrabnie ujmuje kompromitację konceptu całości. Pozostaje się pocieszać rosyjskim przysłowiem „Brylant świeci i w popiele”.

Tablis, 31 października 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Reżyser: Kihachirou Kawamoto
Muzyka: Shin'ichirou Ikebe