Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 4/10 grafika: 5/10
fabuła: 3/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,67

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 125
Średnia: 5,9
σ=2,23

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Sacred Seven

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • セイクリッドセブン
Tytuły powiązane:
Gatunki: Przygodowe
Widownia: Shounen; Postaci: Meido, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Mechy, Supermoce
zrzutka

Sztorm klisz i wątków, które widzieliśmy setki razy. Poziom nudy – dziesięć w skali Beauforta.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Alma Tandouji to nasz typowy szkolny wyrzutek – samotnik z reputacją rozrabiaki i brutala, który nie ma żadnych przyjaciół z wyjątkiem Wakany, pełnej entuzjazmu miłośniczki zbierania kamieni. Któregoś dnia chłopak spotyka Ruri Aibę, jego rówieśniczkę i szefową fundacji, która w sekrecie zajmuje się zwalczaniem Darkstones – potworów żywiących się kryształami przyniesionymi na Ziemię przez meteoryt siedemnaście lat temu. Alma i Ruri posiadają moc pozwalająca im używać energii tych kamieni, jednak chłopak poprzysiągł nigdy jej nie wykorzystywać. Oczywiście musi złamać tę przysięgę, gdy jeden z Darkstones atakuje jego okolicę. Od tej pory chłopak, razem z pilotującym niewielkiego mecha genialnym lokajem Ruri, Makoto Kagamim, oraz oddziałem bojowych pokojówek, walczy z tymi stworami i zdającym się im przewodzić tajemniczym czarnym rycerzem – Naito Kijimą. Elementy komediowe zapewniają członkinie szkolnego klubu miłośników kamieni oraz służący za maskotkę gadający kamulec – Onigawara. Tymczasem w tle pewna tajemnicza organizacja prowadzi swoje szemrane interesy.

Sacred Seven to tytuł trudny do omawiania, albowiem ma jedną zasadniczą wadę – absolutny brak oryginalności, który sprawia, że nie da się krytykować go bez przechodzenia w krytykę całego gatunku bitewnych shounenów. Jedyną wadą która nie wynika ze stanu całego gatunku, jest to, że fabuła wydaje się ściśnięta na siłę, jednocześnie znajdując sporo miejsca na przynudzanie – to jest osiągniecie samo w sobie. Wszystkie wątki zostają wrzucone na raz, ale nie mają czasu osiąść i rozwinąć się naturalnie; zamiast tego skaczemy od jednego do drugiego. Oglądając to, miałem skojarzenia z mangami, które Go Nagai pisał w latach siedemdziesiątych na zamówienie, jak Jushin Liger – zawierały one tylko główne elementy fabularne i materiał na najważniejsze odcinki, pozwalając producentom anime wypełnić resztę serii (to były stare, dobre czasy, gdy anime liczyły od pięćdziesięciu odcinków wzwyż). Przez to manga wydawała się nie kompletną historią, a rysowaną rozpiską najważniejszych wątków. Tak jest w tym przypadku – zbyt mało czasu poświęcono, by wydarzenia mogły wpłynąć na bohaterów, by pokazać, że to, co przeszli do tej pory, ma jakieś znaczenie. Często ma się też wrażenie, że tytuł był zaplanowany na dwadzieścia cztery odcinki, ale został z jakichś powodów ściśnięty w dwanaście i w kilku miejscach można zobaczyć ślady po tym, co trzeba było przyciąć – na przykład fakt, że postać będąca prawą ręką głównego złego, którą widzimy w walce nie raz i która zapewnia nawet nieco fanserwisu tu i ówdzie, nie jest nawet wymieniona z imienia, szczególnie mnie razi.

Alma jest tak typową postacią jak to tylko możliwe, a jego rozwój przebiega wedle znanego schematu. Zaczyna jako odludek, który porzucił wszelkie próby zostania wartościowym członkiem społeczeństwa, które go nie akceptuje. Dopiero jako superbohater otwiera się na ludzi, zdobywa przyjaciół i zapracowuje sobie na szacunek tych samych osób, które miały go za wszystko, co najgorsze. Z czasem dociera do niego, że nie jest samotną wyspą, a życie nabiera znaczenia dopiero, gdy dzieli się je z innymi ludźmi. Widziałem ten schemat wiele razy, w ten czy inny sposób możemy go znaleźć w Naruto, Bleach, Yu Yu Hakusho czy Yu­‑Gi­‑Oh! między innymi, ale tamte tytuły przynajmniej próbowały coś zrobić, żeby wyglądał on oryginalnie i interesująco. Tutaj zostało to podane nam w najprostszy możliwy sposób, ograniczając się do samych podstaw. Widzieliśmy to wszystko co przytrafia się Almie, widzieliśmy to nie raz. Cała ta postać to odgrzewany kotlet, wszystko to już było i nie ma niczego, co mogłoby sprawić, że wydaje się on bardziej interesujący niż legion protagonistów z innych tytułów.

Taki sam problem jest tu z całą obsadą. Główny złoczyńca jest egoistycznym szaleńcem, który stawia siebie ponad ograniczeniami i zasadami, jakimi kierują się zwyczajni ludzie, i chociaż w debiutanckim odcinku wydał się całkiem interesujący, to im go więcej, tym bardziej okazuje się płytki i pozbawiony czegokolwiek, co odróżniałoby go od masy wielkich złych z innych anime. Nie jest w tym nawet zabawny, jak niektórzy jego odpowiednicy z lepszych produkcji. Jego podkomendna jest, jak już wspomniałem, najbardziej interesującą postacią, chociaż nie wynika to z jej oryginalności – motyw przeciwnika, który traktuje walkę jako zabawę również pojawił się wiele razy. Różnica polega na tym, że dziewczynie udało się to, co nie udało się nikomu z reszty obsady – jest zabawna. Kiedy nie stać cię na oryginalność, musisz znaleźć inny sposób, aby widz polubił twoich bohaterów i ona jest dobrym przykładem jak to zrobić, zwyczajnie przerysowując główne cechy jej charakteru – jej zachowanie jest tak przesadzone, że aż wzbudza uśmiech, chce się ją oglądać w akcji. Oczywiście, jak napisałem wcześniej, jedyna dobra postać musi zostać ignorowana przez twórców do tego stopnia, że nawet nie ma imienia. Nie rozumiem tego. Co za niekompetentny bufon zapomina dać imię postaci, która się pojawia wiele razy? To nie jest „Żołnierz A” czy „Uczeń C” przewijający się w tle, to prawdziwa postać z charakterem. Wiemy o niej tyle, że jest określana jako SP na liście postaci, a to trochę mało – informacja ta powinna być umieszczona w samym anime, a nie w materiałach dla twórców, a poza tym, to nie jest nawet prawdziwe imię, tylko dwie litery, które albo nic nie znaczą, albo odnoszą się do czegoś w stylu nazwy jej pozycji w organizacji.

Wspomniałem we wstępie o czarnym rycerzu i trzeba by o nim powiedzieć kilka słów, ponieważ jest to kolejna porażka twórców. Tajemniczy i mroczny antagonista, który okazuje się tak naprawdę antybohaterem z tragiczną przeszłością i cechami mogącymi stanowić zapowiedź jego przejścia na stronę światła – to również widzieliśmy wiele razy. Naito Kijima nie wyróżnia się pod tym względem niczym nowym, jest z premedytacją zaprojektowany, aby przyciągnąć tych samych widzów, którzy polubili takie postacie z innych tytułów. Nawet jego seiyuu to Nobuhiko Okamoto, znany z roli Acceleratora z Toaru Majutsu no Index. Biorąc pod uwagę, że obie te postacie zaczynają jako typowi złoczyńcy, ich pozytywną stronę poznajemy poprzez troskę, jaką okazują małolatom, które poprzysięgli chronić (odpowiednio Fei i Last Order) a tragiczną przeszłością obydwu okazuje się bycie ofiarami okrutnych eksperymentów, to wygląda na to, że Naito jest silnie inspirowany Acceleratorem. A przez „silnie inspirowany” rozumiem „to jest Accelerator ze zmienionym wyglądem i bardziej konwencjonalnymi mocami”. Jak się nad tym zastanowić, nie jest on jedyną postacią stworzoną w ten sposób – Makoto przypomina z wyglądu i stosunku do głównego bohatera Uryuu Ishidę z Bleach. Skoro już przy nim jesteśmy, muszę wspomnieć, że nie rozumiem, dlaczego pilotuje on mecha. Była masa innych sposobów w jakie mógł udzielać się w walce, jeśli twórcy bardzo chcieli zrobić z niego postać przypominającą widzom, że zamiast usypiać nad ich produkcją, mogliby spędzić czas, oglądając walecznych lokai z Kuroshitsuji, Hayate no Gotoku albo Kimi ga Aruji de Shitsuji ga Ore de. Dlaczego mech? Mech zupełnie tutaj nie pasuje, zaburza i tak już naciągnięte dobrowolne zawieszenie niewiary widza, a fani anime o wielkich robotach, których miał z założenia przyciągnąć, zrezygnują szybko, zniesmaczeni faktem, że Alma w każdym niemal odcinku udowadnia, że jest o wiele lepszy od Makoto i jego maszyny. My, fani mechów, uznajemy tylko jeden sposób, by jakiś piechur mógł udowodnić, że jest lepszy od mecha – kiedy go pokonuje w walce. I to tylko kiedy reżyserem jest Yasushirou Imagawa.

Ruri to zwyczajnie kolejna uczepiona głównego bohatera panna, a chociaż relacje miedzy nią a Almą rozwijają się w wiadomym kierunku, oczywiście nie ma szans, by zostali parą – byłoby to nie po myśli fanów, którzy mogą parować któreś z nich z kimś innym i usunęłoby wątek pytania, czy się w końcu zejdą, czy nie, którym twórcy z premedytacją próbują przyciągnąć widzów przed ekran. Ich relacje muszą rozwijać się do pewnego momentu, a potem utknąć w połowie drogi, żeby przypadkiem niewłaściwy ruch ze strony autorów nie odebrał tytułowi widowni. I tak sytuacja Ruri nie jest tak beznadziejna, jak Wakany, która istnieje tylko po to, żeby zaproponować jakąś alternatywę dla tych, którzy nie widzą Almy z Ruri. W związku z tym jest zaprojektowana jako energiczna i chodząca z głową w chmurach, co ma stworzyć kontrast ze stąpającą twardo po ziemi Ruri. Niestety autorzy przesadzili – Wakana jest taką marzycielką, że przekracza to dopuszczalne granice i wchodzi na teren czystej głupoty. Jakim cudem ktoś może nie rozumieć, że większość ludzi kamienie nudzą? To. Są. Kamienie. Dla dziewięćdziesięciu procent ludzkości nudniejsze jest tylko patrzeć, jak farba schnie, jak pojęcie tego może sprawić tyle kłopotów?! Jak można być tak tępym?! Nie wspomnę nawet o jej dwóch przyjaciółkach, ponieważ nie tylko nic nie wnosiły, ale były na dodatek potwornie irytujące i chcę zapomnieć o ich istnieniu najszybciej, jak się tylko da. Podobnie z Onigawarą – najbardziej irytującą maskotką, jaką widział ten świat. Nie jest śmieszny, nie poprawia klimatu, nie dostarcza zabawnych gagów, jest za to niesympatyczny i działa mi na nerwy. Obsadę uzupełniają jeszcze bojowe pokojówki, ale jest ich cała armia: poznajemy z imienia tylko kilka, ich osobowości są nakreślone pobieżnie i tak do siebie podobne, jakby były jedną osobą w wielu ciałach, a ich obecność powoduje tylko, że widz zadaje sobie podstawowe pytanie – czemu Ruri ma armię bojowych pokojówek?! Czemu ktoś naprawdę uznał za dobry pomysł, by przebrać kompetentne komandoski w niepraktyczne uniformy, które nie zapewniają jakiejkolwiek ochrony, i w takim czymś wysłać je do walki z bardzo niebezpiecznymi potworami? Czemu nikt nie walnął Ruri w twarz i nie kazał jej zacząć traktować tej roboty poważnie?

Grafika nie poraża – nie jest zła, a animacja miejscami wypada całkiem przyzwoicie, chociaż mogło być lepiej. Posiada jednak dwie zasadnicze wady. Po pierwsze, przerażający rozstrzał w wyglądzie postaci. Jeżeli Alma, który sprawia wrażenie dorosłego, Wakana, która wygląda na piętnaście lat oraz Ruri, której na oko nie mogę dać więcej niż dwanaście, mają mieć po siedemnaście lat, to ja zaczynam podejrzewać, że albo ludzie odpowiedzialni za wygląd bohaterów nie robili tego na trzeźwo, albo byli święcie przekonani, że kobiety zatrzymują się w rozwoju na piętnastym roku życia. Po drugie, projekty Darkstones i większości bojowych form postaci są idiotyczne – widziałem wiele kiczowatych strojów i maszkar, ale to, co oglądamy w Sacred Seven, przechodzi ludzkie pojęcie, wraca się, przechodzi je jeszcze raz, a potem przekłada je przez kolano i spuszcza lanie na goły tyłek. Najbardziej boli to, gdy obserwujemy załamanie jednej z postaci, połączone z jej transformacją w Darkstone – scena, która powinna wycisnąć łzy z widza, wywoła napad śmiechu, ponieważ przyjęta przez nią postać wygląda jak nieślubne dziecko Myszki Miki i Teletubisia.

Muzyka nie zachwyca – również w tym względzie nie można powiedzieć, by show był oryginalny, ponieważ wiele utworów ze ścieżki dźwiękowej brzmi jak typowy podkład z innych anime, nie znalazłem nic, co miałoby własne, rozpoznawalne brzmienie. Wyróżnia się tylko utwór wykorzystany w pierwszym openingu i drugim endingu, ale nie potrafię go sprawiedliwie ocenić, ponieważ jako początkujący fan wrestlingu, nie mogę traktować poważnie czegoś, co brzmi, jakby piosenkarka była zakochana w Stone Cold Stevie Austinie. A skoro już przy tym jesteśmy – jaki jest sens zmieniać opening i ending w połowie serii tylko po to, żeby zamienić utwory miejscami? W dwanaście odcinków jeden opening nie znudzi się widzowi, naprawdę nie trzeba było marnować budżetu na animację nowych scenek pod tę samą muzykę.

Autorzy próbujący uderzyć w główny nurt często spotykają się z zarzutami o to, że tworzą produkt oparty tylko o rankingi popularności, pozbawiony wszelkiej twórczej inwencji. Nie zgadzam się z tym. Główny nurt, do którego w przypadku mangi i anime z pewnością należą bitewne serie shounen, zapchany jest podobnymi historiami i autorzy często muszą wysilić się, aby uczynić swoje dzieło dostatecznie rozpoznawalnym i sprawić, żeby odbiorca wybrał je, zamiast któregoś z legionu konkurencyjnych tytułów. Kiedy próbuje się stworzyć anime w oparciu tylko o wykresy statystyczne i badania preferencji, wychodzi tytuł tak boleśnie przeciętny, że jego przeznaczeniem będzie rychły upadek w otchłań zapomnienia. Takim właśnie anime jest Sacred Seven.

616, 20 października 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Projekt: Eiji Nakada, Mutsumi Inomata, Yuriko Chiba
Reżyser: Yoshimitsu Oohashi
Scenariusz: Shin Yoshida