Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 4/10 grafika: 6/10
fabuła: 3/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,50

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 50
Średnia: 5,06
σ=1,69

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek, Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ozuma

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 6×24 min
Tytuły alternatywne:
  • オズマ
Postaci: Piraci; Miejsce: Inne planety; Czas: Przyszłość
zrzutka

W dalekiej przyszłości, na odległej planecie… Czyli wszystkie klasyczne elementy twórczości Leijiego Matsumoto połączone w kiepską całość.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: RealVincent

Recenzja / Opis

Ozma, sześcioodcinkowa seria telewizyjna, nakręcona z okazji 20. rocznicy studia WOWOW, od razu wrzuca widza w sam środek akcji. Na pustynnej planecie młody chłopak imieniem Sam pomaga tajemniczej kobiecie uciec przed ścigającymi ją siłami rządowymi (zwanych Theseus) i zabiera do pirackiej bazy w niewielkim miasteczku. Jak się z czasem dowiadujemy, ludzkość na tej planecie dzieli się na dwie grupy – „rasę panów”, Ideal Children, będącą odtwarzanymi klonami wyselekcjonowanej elity oraz całą resztę – nielicznych „naturalnych” ludzi, mieszkających w osadach na pustyni i zmagających się z wyzwaniami stawianymi przez niezwykle trudne środowisko. Uciekinierka, Maya, jest kimś niezwykle ważnym dla Theseus, którzy gotowi są ścigać ją choćby na koniec świata. Jak się jednak okazuje, kobieta jest także kluczem do tajemnicy Ozmy, przedziwnego tworu, który chyba należałoby nazwać mechanicznym wielorybem. Ta istota przemierza planetę pod piaskami pustyń, a Sam pragnie ją pochwycić, by spełnić marzenie swego zaginionego wiele lat wcześniej brata.

Ten krótki serial powstał na podstawie jednej ze starszych mang Leijiego Matsumoto i stanowi w zasadzie przegląd wątków typowych dla jego twórczości. Mamy tu rasę potencjalnie nieśmiertelnych „idealnych ludzi”, którzy w imię własnej wygody zapominają o człowieczeństwie (tyle że miejsce „mechanicznych ludzi” zajęły tu modniejsze obecnie klony), tajemniczą i smutną kobietę będącą kluczem do zagadki świata, młodego i narwanego chłopaka gotowego pomóc jej w dotarciu do celu, a nawet statek piracki „Bardanos”, dowodzony przez silną kobietę (która nawet wizualnie kojarzy się z Emeraldas). Wszystko to w oprawie graficznej AD 2012, choć ze staroświeckimi projektami postaci, powinno przyciągnąć przed ekrany nowych fanów i zachwycić wszystkich amatorów stylu retro. Powinno, tyle że z tej opowieści uleciała gdzieś cała magia, zostawiając rzecz najzwyczajniej w świecie niedobrą.

Jestem osobą otrzaskaną z twórczością Matsumoto – pochłonęłam praktycznie wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Nie piszę tego, żeby się chwalić, ale żeby wyjaśnić: jestem skłonna wybaczyć Ozmie naprawdę bardzo wiele, znacznie więcej, niż przeciętny widz, podchodzący do tej serii „na świeżo”. Nawet największe dzieła Leijiego Matsumoto, takie jak cykl o przygodach kapitana Harlocka (tej serii bliżej do niego niż do cyklu o Galaktycznym Ekspresie), trudno było nazwać spójnymi. Zaczynanie fabuły „od środka”, rzucanie (niekompletnych) wyjaśnień po drodze, luki i nieścisłości – to wszystko było całkowicie typowe, podobnie jak chroniczna nieumiejętność „prowadzenia” nastoletnich bohaterów (zdecydowanie lepiej wychodziły mu zawsze dojrzałe postaci). Odnosiłam jednak wrażenie, że wszystkie te detale są poświęcane bez żalu w imię czegoś – jakiejś wizji, pełnej rozmachu i pomysłowości, swoistej „kosmicznej baśni”, space opery odrealnionej do granic swoich założeń gatunkowych. Tyle że tutaj takiej wizji nie ma – owszem, pomysł „podwodnych okrętów” przemierzających morze piasku jest atrakcyjny, ale w praktyce wykorzystany słabo – gdyby zamienić ów piasek na wodę lub na przestrzeń kosmiczną, nic by się w zasadzie nie zmieniło.

Problem polega na tym, że sposób narracji z przełomu lat 70. i 80. niekoniecznie sprawdzi się w roku 2012. W sześciu odcinkach dzieje się dużo, ale bez większego sensu – podejmowane decyzje i działania wydają się całkowicie nieumotywowane, za co winą można obarczać brak czasu na przybliżenie postaci. Co gorsza, kiedy na koniec da się już poukładać fakty we właściwym porządku, dalej zostaje mnóstwo dziur. Kolega w komentarzu nazwał tę rzecz ekologiczną propagandówką – nie podzielam tego poglądu przede wszystkim dlatego, że zaprezentowana tutaj wizja ekologii jest nawet nie naiwna, ale kompletnie dyletancka. Tu nie chodzi o to, że autor wkłada w fabułę swoje pobożne życzenia – tylko że cały finał opiera się na całkowicie bzdurnych założeniach oraz starannym pominięciu głównego problemu, na jaki napotyka ekosystem planety. Tak czy inaczej chciałabym jednak uspokoić, że te wątki mają jakiekolwiek znaczenie dopiero w samej końcówce – cała reszta to w zasadzie opowieść przygodowa, pełna nie tylko pościgów, ale nawet bitew. Szkoda tylko, że widza niewiele obchodzi wynik tych starć.

Wrzucenie widza w środek akcji może się powieść, jeśli zna on postacie lub jeśli twórcy potrafią w pojedynczych scenach przybliżyć je na tyle, by można się było przejąć ich losami. Tutaj – jak łatwo zgadnąć – zostało to całkowicie zaniedbane. Nazywanie Sama „głównym bohaterem” byłoby poważnym nadużyciem, w gruncie rzeczy pełni on rolę drugoplanową – problem polega na tym, że wszyscy pełnią w najlepszym razie role drugoplanowe. Potencjalnie najciekawszą bohaterką jest Binas, kapitan statku pirackiego, tyle że nie wiemy właściwie, co sprawiło, że wybrała taką drogą życiową i co ją obecnie motywuje do działania, a wątek zaginionego przed laty ukochanego (z łatwym do przewidzenia finałem) nieznośnie ją trywializuje. O reszcie nie dowiadujemy się prawie niczego, a już na pewno – nie wiemy, co nimi właściwie kieruje. Co gorsza, nie mamy pojęcia, skąd na przykład czerpią wiedzę o najrozmaitszych kluczowych dla fabuły kwestiach. Bohaterowie nie są papierowi – może i mogliby być interesujący, ale pozostają tak skrajnie enigmatyczni, że do końca śledzi się ich losy z narastającą obojętnością, której nie pomaga to, że w finale najróżniejsze postaci epizodyczne najzwyczajniej znikają z ekranu bez słowa wyjaśnienia.

Prawdziwą przyjemność sprawiało mi patrzenie na projekty postaci – tak, są „takie jak zawsze” u Matsumoto, można się czepiać, że rysowane od sztancy i klonowane w kolejnych odsłonach jego prac, ale ja naprawdę je lubię. Trochę gorzej sprawa miała się z ubraniami, szczególnie z absurdalnie obcisłą i dziwnie układającą się na piersiach suknią Mayi, ale akurat ten rodzaj błędów specjalnie mi nie przeszkadza. Pochwalić muszę także wnętrza statków, w szczególności pirackiego – utrzymane w rdzawej i błękitno­‑stalowej tonacji, z realistycznie niewygodnymi, wąskimi przejściami i mnóstwem wajch i liczników, wyglądały dokładnie tak, jak powinny – jakby zbudowano je z używanych części. Przynajmniej tutaj nie miałam wrażenia, że patrzę na wygenerowany komputerowo obły model futurystycznego pojazdu. Wrażenie podkreślały dźwięki: syczenie, brzęknięcia, wszystkie te detale, na które zwykle nie zwraca się uwagi. Niestety, skoro o komputerowo obłych modelach mowa… Wspomniany piracki „Bardanos” wygląda jeszcze nie najgorzej, dzięki płowo­‑piaskowej kolorystyce, ale już intensywnie fioletowe okręty wojenne Theseus prezentują się dość okropnie. Jak sądzę, głównym problemem nie jest samo użycie modelowania 3D, ale jego toporne połączenie z dwuwymiarowymi pejzażami planety – te same statki w nieokreślonej przestrzeni kosmicznej prezentowałyby się zapewne znacznie lepiej. Jednakże sceny takie jak ta z początku pierwszego odcinka, z dwuwymiarową i rysowaną klasycznie „żaglówką” na tle trójwymiarowego pojazdu, są po prostu okropne – seria z roku 2012 naprawdę mogłaby się lepiej postarać. W obecnym kształcie raczej nie ma szans zdobycia nowych widzów, którzy może i nie mieliby wymagań dotyczących fabuły, ale chcieliby przynajmniej „cukierka dla oka”.

O seiyuu nie bardzo warto pisać – ze względów wyliczonych powyżej, postaci grane są praktycznie na jedną nutę i nie wymagają szczególnej finezji aktorskiej. W Sama wciela się Tetsuya Kakihara, którego najbardziej znaną rolą do tej pory był bez wątpienia Simon z Tengen Toppa Gurren Lagann. Bardziej znana jest odtwórczyni roli Binas, Atsuko Tanaka – słyszeliśmy ją chociażby jako Motoko Kusanagi z kolejnych odsłon Ghost in the Shell. Warto jeszcze wspomnieć o tym, że Mayę gra Rie Tanaka (m.in. Lacus z Gundam SEED, Maria z Hayate no Gotoku!) zaś Gido Gairę, głównego przeciwnika bohaterów – Shou Hayami (m.in. Maximilian z Macrossa, Wolfwood z Trigun). Muzyka jest odpowiednia do staroświeckiej serii, pełna melodii patetycznych i podniosłych, szczególnie w scenach bitew. Słodka i liryczna piosenka Utagoe, śpiewana przez Minami Kizuki przy napisach końcowych, także dobrze pasuje – podobne kompozycje słyszałam już nie raz w seriach Leijiego Matsumoto. Natomiast czołówka, Neverland, w wykonaniu zespołu F.T.Island, jest okropna – przeciętna melodyjka jak z trzeciorzędnego shounena, kompletnie nieprzystająca do nastroju całości.

Jak z powyższych wywodów wynika, odpowiedź na pytanie klasyczne w tym przypadku brzmi „nie warto”. Owszem, seria ma dobre sceny, jak choćby „podwodną” („podpiaskową”?) bitwę w drugim odcinku, jednak pozostaje zbyt sztuczna, enigmatyczna i źle skonstruowana, by magia Matsumoto mogła zadziałać i pozwoliła wybaczyć niedociągnięcia scenariuszowe. Rzecz może zainteresować właściwie wyłącznie fanów jego twórczości, a i to raczej jako ciekawostka dopełniająca obrazu kariery wielkiego reżysera i mangaki. Pozostałym nie polecam – wbrew pozorom, jeśli już chcecie próbować, warto zacisnąć zęby i sięgnąć po jedną z tych zakurzonych produkcji z lat 70. czy 80.

Avellana, 8 grudnia 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: GONZO, LandQ Studio
Autor: Leiji Matsumoto
Projekt: Hideyuki Matsumoto, Keiichi Eda, Kenji Fujisaki, Leiji Matsumoto, Nobuteru Yuuki, Tooru Nozaki, Toshiyuki Komaru
Reżyser: Ryousuke Takahashi, Takahiro Ikezoe
Scenariusz: Junki Takegami
Muzyka: Kousuke Yamashita