Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 5/10 grafika: 6/10
fabuła: 6/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

3/10
Głosów: 1
Średnia: 3
σ=0

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Filmowit R)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Andromeda Stories

Rodzaj produkcji: odcinek specjalny
Rok wydania: 1982
Czas trwania: 85 min
Tytuły alternatywne:
  • アンドロメダ・ストーリーズ
Widownia: Seinen; Postaci: Androidy/cyborgi, Obcy; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Inne planety; Czas: Przyszłość
zrzutka

Hej, hej Mars atakuje, żadnej litości nie czuje, czyli zagłada całej cywilizacji pod wpływem zupełnej kolektywizacji.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Grisznak

Recenzja / Opis

Andromeda Stories tylko stanowi adaptację mangi pod tym samym tytułem, której jednak nie miałem okazji przeczytać. Dlatego nie mogę oceniać jakości adaptacji i będę traktować tę produkcję jako samodzielny film widziany oczami przypadkowego widza.

Seans zaczynamy od bardzo klimatycznego wprowadzenia w stylu Odysei kosmicznej, które pokrótce prezentuje widzowi historię świata od jego narodzin, aż do pojawienia się na Ziemi człowieka. Zapowiada się więc bardzo dobrze. Można wręcz rzec – ambitnie. Niestety po około trzech minutach kończymy naszą wędrówkę w czasie i przestrzeni, i docieramy do Astrii (nie mylić z Austrią), która będzie stanowiła scenę dla prezentowanej historii (scenę, albowiem to anime odznacza się pewną dozą teatralności).

Nim jednak przejdziemy do opisu fabuły, pozwolę sobie poświęcić trochę czasu samemu światowi przedstawionemu. Jest on jednym z najbardziej oryginalnych, jakie kiedykolwiek widziałem w filmach fantastycznych. Stanowi dość niezwykłą wizję pozaziemskiej kolonii, w której nowoczesna technika miesza się z anachroniczną kulturą i tradycyjną organizacją społeczną. Mamy zatem, na wstępie, paradę lotniczą, w której udział biorą jednopłatowe samoloty przypominające ptaki, a zaraz potem scenę ślubu pary królewskiej w zamku wyglądającym jak meczet (tutaj mamy prawdziwą monarchię, a nie jakąś przestarzałą demokrację). Pod pałacem, na placu, oglądamy zaś rozentuzjazmowany tłum poddanych, którzy świętują to wielkie wydarzenie – piją, jedzą, tańczą i śpiewają. Niby nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że bliżej temu zbiegowisku do średniowiecznego jarmarku, bądź starożytnych Dionizji, niż współczesnej imprezy masowej. Tańczą kuso ubrane kobiety, przyodziane w metalowe bransolety i przewiewne płachty materiału, obok nich pełno kuglarzy i muzykantów. Otaczający ich widzowie nalewają wino z porcelanowych amfor do metalowych kielichów (kto słyszał w przyszłości o plastikowych kubeczkach), wygodnie leżąc na dywanach albo miękkich poduszkach – ot, rzymska uczta na ulicy. Wszyscy zgromadzeni są ubrani jak grupa rekonstrukcyjna z Bliskiego Wschodu – mężczyźni noszą turbany i charakterystyczne arabskie stroje albo proste, chłopskie sukmany przepasane sznurkiem. Inni odziani są w zbroje greckich hoplitów bądź rzymskich gladiatorów. Trochę lepiej prezentują się stroje damskie – przeważnie sukienki na modłę noszonych przez starożytne Rzymianki, acz warto zauważyć, iż jedna z głównych bohaterek chodzi w kimono. Osobną kategorię stanowi ubiór dworzan, przywodzący na myśl chińskie czy też perskie szaty i momentami naprawdę zachwycający. Zaprawdę przedziwna jest wizja futurystycznej mody według Japończyków.

W podobnej konwencji utrzymuje się stylistyka budowli – miasta charakteryzują się architekturą romańską z domieszką elementów greckich (rzeźby) i bliskowschodnich (kopuły). Odznaczają się niską zabudową. Z rzadka dostrzec w nich można jakieś nowocześniejsze obiekty (technika przeważnie ogranicza się do wstawienia „szafy liczącej” do jakiejś krypty). Na ulicach od czasu do czasu widzimy lewitujące pojazdy, ciągnięte przez zaprzęgi konne. Metropolie sprawiają wrażenie starożytnych miast przeniesionych do współczesności wraz ze swymi mieszkańcami. Jakby tego było mało, okoliczne lasy zamieszkują dinozaury i stworzenia wszelkiej maści (uprzedzając pytanie, tak, w tej bajce były smoki). Ogólnie wygląda to tak, jakby ktoś do średniowiecznej osady na Bliskim Wschodzie wstawił komputery, nowoczesne środki transportu oraz fantastyczne zwierzęta, zapełnił to ludźmi z epoki, a następnie stwierdził, że w takiej scenerii zrobi film o inwazji Obcych (którzy, jak się potem okazało, nie byli wcale aż tak bardzo obcy). Jest to naprawdę jedna z najbardziej pstrokatych fikcyjnych rzeczywistości, jakie widziałem.

Skoro już przy inwazji jesteśmy, warto powiedzieć parę słów o historii, którą przyjdzie nam śledzić. Opowiada ona nie tylko o walce z kosmicznym najeźdźcą, ale przede wszystkim o walce jednostki o zachowanie indywidualizmu. Naszą opowieść zaczynamy od wspomnianej sceny ślubu – księcia Imperium Cosmoralian – Itaki i księżniczki państwa Ayodoya – Lilii. Niestety, niedługo potem na jednej z pustyń Astrii rozbija się dziwna asteroida, która stanowi arkę dla „nachodźców” ze zniszczonej planety maszyn. Jak sama nazwa wskazuje, nie są to przyjaźni przybysze, tylko świetnie zorganizowani najeźdźcy, którzy od razu po przybyciu rozpoczynają inwazję. Nie wystarcza im pasożytowanie na ofiarach (ludziach), ale dążą do unicestwienia wszelkich biologicznych form życia. Mają też bardzo sprytną i skuteczną politykę podbijania światów. Najpierw przejmują kontrolę nad umysłami lokalnej elity rządzącej poprzez wszczepianie im czipów. Potem za ich pomocą dokonują podboju planety. W tej sytuacji mogłoby się wydawać, że losy wojny są przesądzone, ale jak to zwykle w takich filmach bywa, mamy oczywiście „wybrańca”, a raczej rodzeństwo wybrańców, którzy stanowią ostatnią nadzieję całej ludzkości.

W dniu, w którym do pałacu królewskiego potajemnie dostają się pająko­‑roboty, przenikające przez czoła ofiar, by przejąć nad nimi władzę, królowa rodzi dwójkę potomstwa. Potomstwa o tyle niezwykłego, iż nie tylko mającego pierwszeństwo sukcesji, ale także obdarzonego niezwykłą mocą, która roztacza nad nimi specjalną barierę, chroniącą je od maszyn oraz pozwalającą na strzelanie piorunami z palca (wygląda to tak samo absurdalnie, jak brzmi). Przy narodzinach rodzeństwo zostaje rozdzielone – na Astrii bliźniaki to zły znak – chłopiec zostaje z matką, chroniąc ją tym samym przed robotyzacją, zaś drugie dziecko zostaje przekazane wojowniczce będącej uciekinierką z planety uprzednio zniszczonej przez cywilizację maszyn. Po tym dramatycznym wstępie przyjdzie nam śledzić losy tej dwójki, które przeplatają się z losami dworzan, wątkiem inwazji, a przede wszystkim działaniami ruchu oporu, który stara się prowadzić zbrojną walkę z kosmicznym okupantem. Czy się to uda, dowiemy się oczywiście w finale, który stanowi najmocniejszą część omawianej historii. W odróżnieniu od zakończeń podobnych produkcji, jest on ciekawy i nieoczywisty. Stanowi pod pewnymi względami intrygujące rozważanie nad istotą życia, poświęcenia oraz niezależności własnych decyzji. Twórcy silą się tutaj na coś więcej, co nadaje pewnej wartości całemu seansowi oraz pokazuje opowiadaną historię w zupełnie nowym świetle. Niestety nim do końca dotrzemy, będziemy musieli przebrnąć przez resztę filmu, która, delikatnie rzecz ujmując, na kolana nie powala. Nie jest może fatalna, ale z całą pewnością nie jest też wybitna. Można w niej co prawda dostrzec pewne zacięcie filozoficzne (albo przynajmniej jego zapowiedź), jednak sama w sobie żadnych głębszych przemyśleń nie zawiera. Szkoda, bo jest przez to bardzo nijaka, można by powiedzieć – nudna. Niby mamy wszystko to, co być powinno – grono barwnych bohaterów, sporo akcji, intryg, tajemnic, ale brakuje temu jakiejś iskry. Czegoś, co przyciągałoby do ekranu i nie pozwalało się od niego oderwać. Niestety, wszystko rozgrywa się tu baaardzo pooowoli i nie czuć, nawet w scenach pościgów, ani odrobiny napięcia. Reżyseria jest poprawna, ale poza paroma momentami nie pokazuje niczego odkrywczego. Ograniczono się w zasadzie do prezentowania kolejnych schematycznych scen, które po prostu są i jako tako prowadzą nas do finału, lecz nie za bardzo nas interesują. Kwintesencją tej nijakości są dialogi, będące zbiorem prostych komunikatów informacyjnych, wyjaśniających nam pewne rzeczy bądź działania bohaterów. Na plus trzeba zaliczyć, że przynajmniej nie są głupkowate. Na minus, że są schematyczne i pozbawione duszy.

Sytuacji nie ratują również postacie, choć poznajemy ich dużo. Poza parą królewską, członkami dworu oraz rodzeństwem – Jimsą i Affle, mamy wojowniczkę­‑cyborga IL, gladiatora Balgę (jedyną postać humorystyczną i jedyną, którą choć trochę polubiłem), szarmanckiego dowódcę oraz brata królowej Milana, przywódcę ruchu oporu Koofa, uprzejmego kamerdynera­‑robota Arca i jego towarzysza kanciastego robocika Betha. Do tego można dodać jeszcze kilku statystów, a także gadającą pomniko­‑rakietę w kształcie Buddy czy innego bóstwa wschodniego – chyba najdziwniejsza rzecz (lub postać) w tym anime.

Postaci zatem jest wiele, lecz niestety niewiele wychodzi poza ramy swoich jednowymiarowych ról. Udaje się to tak naprawdę tylko dwóm bohaterom – Koofie i Affle, ale należy podkreślić, że robią to one w stopniu minimalnym. Udaje im się to bardziej dzięki rozwiązaniom fabularnym niż ich charakterom. Tak czy siak, prawdziwej głębi psychologicznej nie ma w sobie żadna z zaprezentowanych tu postaci. Bardziej przypominają one statystów z gry komputerowej, którzy wypowiadają dwie, trzy kwestie podczas całej rozgrywki i na tym ich rola się kończy. Owszem, główny bohater, Jimsa, odznacza się pewną dozą charyzmy i ma od czasu do czasu coś do powiedzenia, jednak mimo to nie udaje mu się stać herosem z krwi i kości. O protagonistach można powiedzieć w zasadzie tyle, że są i nie irytują, czasami nawet wzbudzają pewną sympatię. Jednakże w filmie ich funkcja jest w pełni neutralna – stanowią po prostu ruchomy element scenografii – przez co i moja ocena też jest neutralna. 5/10 to moim zdaniem takie zero na skali recenzenckiej. Wszystkie oceny powyżej można traktować jako stopnie pozytywne, a wszystkie poniżej jako negatywne. Postaci w tym przypadku są najzwyczajniej w świecie nijakie. Sytuacje ratuje trochę Balg ze swoją niezdarnością, jednak nie wychodzi mu to najlepiej, można rzec – niezdarnie próbuje rozbawić widzów.

Skoro od bohaterów nic szczególnie ciekawego (ani nawet śmiesznego) nie usłyszymy, to nasuwa się pytanie, czy w ogóle usłyszymy tu cokolwiek godnego uwagi? No cóż… muzyka to przede wszystkim orkiestra z przewagą instrumentów dętych, ze wstawkami prostych dźwięków wygrywanych na syntezatorze. Momentami się sprawdza i stanowi całkiem udany element budujący klimat niektórych scen. Niestety tylko momentami. Przez większość czasu coś przygrywa w tle, ale nie ma to większego związku z wydarzeniami. Owszem, w scenach bardziej dynamicznych tempo jest większe, a w spokojniejszych mniejsze, ale stanowi to absolutny standard przy komponowaniu muzyki do jakiejkolwiek produkcji. Mam na myśli przede wszystkim to, że brakuje tu jakichś charakterystycznych motywów, czegoś, co sprawiałoby, że melodia byłaby nieodzowną częścią obrazu, a ja sam chętnie słuchałbym soundtracka z tego filmu jako osobnego albumu. Melomani będą zatem rozczarowani – szukacie anime z dobrą muzyką? Tu go nie znajdziecie.

Podobnie sytuacja wygląda w kwestii oprawy wizualnej. Na pierwszy rzut oka widać, iż mamy do czynienia z filmem telewizyjnym. Kreska jest niedbała i mało wyraźna. Tła są momentami puste i pozbawione jakichkolwiek elementów dekoracji. Bardzo często sceny zbiorowe zastępuje się pojedynczym rysunkiem przesuwanym po ekranie. Natomiast w miejscach, gdzie postanowiono ukazać rzeczywisty ruch w dynamiczniejszych scenach, animacja jest bardzo kulawa i pokraczna. Modelom brakuje płynności, a ich motoryce realizmu, przez co sprawiają czasami wrażenie kukiełek w teatrzyku dla lalek. Tak naprawdę jedynie trzyminutowe wprowadzenie jest porządnie zrealizowane – ciekawe przemiany jednych form w inne, płynne przechodzenie od sceny do sceny oraz prawdziwa feeria barw i kolorów. Wygląda to naprawdę zjawiskowo, zwłaszcza w porównaniu z resztą filmu, która jest wyblakła, wypłowiała i topornie zrealizowana. W zasadzie jedynym jej atutem są zróżnicowane modele postaci – bez problemu rozpoznamy poszczególnych bohaterów i nie będziemy mieli wrażenia, że występują w nim „ludzie bez twarzy”. Ogólnie rzecz biorąc, jest bardzo standardowo. Wizualnie produkcja ta na myśl przywodzi mi serię Było sobie…. Niestety jest to poziom serialu, nie zaś pełnometrażowego filmu. W porównaniu do wypuszczonego mniej więcej w tym samym czasie Crusher Joe wypada słabo.

Andromeda Stories to anime stanowiące klasyczny przykład przerostu ambicji twórców nad możliwościami. Udało się stworzyć bardzo oryginalny świat i umieścić w nim prawie wszystkie motywy obecne w science­‑fiction (są nawet miecze świetlne). Niestety ewidentne braki budżetowe i kiepska reżyseria marnują cały potencjał, jaki krył się w tej produkcji. Szkoda, bo mimo obecności licznych schematów próbowano przemycić całkiem interesującą koncepcję dotyczącą rozwoju ludzkości, a także, na swój sposób, poruszyć kwestię raju i wolnej woli człowieka oraz tego, co stanowi istotę człowieczeństwa. Jest to w sumie jedyna realna zaleta tego dzieła, która może przemawiać za tym, by się z nim zapoznać. Jednakże poza tym nie oferuje ono niczego więcej, dlatego polecić je mogę tylko widzom usilnie poszukującym jakiegokolwiek anime o charakterze filozoficznym, bądź najbardziej zapalonym fanom science­‑fiction, którzy obejrzą wszystko, byle tylko mieściło się w ramach ich ulubionego gatunku. Całej reszcie zaś seans odradzam – z tego okresu można znaleźć całą masę lepszych produkcji, które poza ambitnymi scenariuszami oferują również całkiem przyzwoitą oprawę i wykonanie. Zdecydowana większość widzów zakończy seans rozczarowana i znudzona, z poczuciem zmarnowanej ponad godziny życia. Tak naprawdę zadowoleni będą tylko ci, którzy tak jak ja lubią po obejrzeniu rozważać, co autor miał do powiedzenia. A tu miał sporo. Z tym że wyszło mu to tak, jak mi ta recenzja – trochę niezgrabnie i pokracznie.

Filmowit R, 13 grudnia 2018

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Toei Animation
Autor: Keiko Takemiya, Ryuu Mitsuse
Projekt: Keiko Takemiya
Reżyser: Masamitsu Sasaki
Scenariusz: Masaki Tsuji
Muzyka: Yuuji Oono