Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 6/10 grafika: 8/10
fabuła: 6/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 11 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,73

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 286
Średnia: 6,72
σ=1,65

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Altramertes)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Maoyuu Maou Yuusha

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2013
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • まおゆう魔王勇者
Gatunki: Fantasy
Widownia: Seinen; Postaci: Anioły/demony; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Dla jednych: nudne anime o ziemniakach. Dla innych: cenna lekcja ekonomii. Czyli kolejny dyskusyjny tytuł.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Kraina Mordor, gdzie zaległy cienie. Godzina za pięć ósma. Dzielny bohater o imieniu Bohater włamuje się do mrocznego zamczyska. Ma nadzieję dotrzeć do komnaty tronowej budzącego grozę władcy demonów o imieniu Władca Demonów i obić mu ryja w podzięce za wojnę, jaką jego poddani toczą z ludźmi. Na miejscu spodziewa się wszystkiego, tylko nie pięknej kobiety z taaaaaaką mleczarnią. Ma ona lepszy pomysł, jak zakończyć konflikt… I nikt przy tej okazji nie będzie musiał ginąć!

Maoyuu Maou Yuusha jest anime nakręconym na podstawie powieści o tym samym tytule (a tak naprawdę light novel, ale nazwa ta nie posiada polskiego odpowiednika), napisanej przez Mamare Touno. Pod względem konwencji przypomina popularną kilka lat temu serię Spice & Wolf. Na pierwszy rzut oka otrzymujemy więc kolejną nudną historię o zarabianiu pieniędzy. Jest to jednak pozór mylący, albowiem, co zobaczyć może tylko wytrawny znawca tematu, stanowi ona wspaniały pastisz japońskiej popkultury.

Opinię taką potwierdzają choćby (nieprzypadkowe zresztą) imiona bohaterów. Te nie są zbyt oryginalne: „Bohater”, „Władczyni Demonów”, „Rycerz”, „Mag”, „Łucznik” i kilka innych. Dla większości ludzi są to tylko puste tytuły, obrazujące role postaci w fabule. Jeśli jednak ktoś przypadkiem grał w gry z bardzo popularnej serii Dragon Quest, to zapewne zdaje sobie sprawę, że są to klasy kolejnych postaci, które dołączają do naszej drużyny lub które spotykamy w toku przygód. Czyli mamy do czynienia ze świadomą kalkę najbardziej identyfikowanej i obecnej w japońskiej świadomości gry cRPG. Tym razem jednak fabuła zmienia się, a zamiast prostego „idź i zabij, a świat zostanie zbawiony” otrzymujemy bardziej skomplikowaną opowieść o tym, jak naprawdę świat można naprawić.

A ten uzdrowić można nie przez bicie bajkostworków, a jedynie przez ciężką pracę u podstaw. Prawdziwym złem są natomiast nie demony, a – jak w prozie Andrzeja Sapkowskiego – ludzie. W szczególności (teraz z kolei będzie bardziej jak u Adama Smitha w wersji ludowej) podżegacze wojenni, poborcy podatkowi oraz obsadzający wysokie stanowiska biurokraci zasiedziali w skostniałych, etatystycznych instytucjach i rządach. Aby świat został odnowiony, konieczne są natomiast reformy gospodarcze, bardziej racjonalny podział pracy oraz uwolnienie ludzkiej kreatywności. Wówczas niewidzialna ręka rynku wszystko naprostuje.

Muszę powiedzieć, że w swym przesłaniu (i nie mam tu na myśli silikonów Władczyni Demonów) oraz treści anime to jest bardzo mądre. Nie tylko bowiem propaguje przedsiębiorczość i postawy prorynkowe, ale stanowi też świetną, choć bardzo mocno alegoryczną opowieść o przemianach społeczno­‑gospodarczych, jakie miały miejsce w Europie na przełomie XV i XVI wieku. Czyli postępie technicznym i wynalazkach wdrożonych do użycia w późnym średniowieczu i tak zwanej epoce wielkich odkryć geograficznych. Nie da się ukryć, że wprowadzone podówczas nowe rośliny uprawne (ziemniaki i kukurydza), postępy w nawigacji morskiej, dokładniejsze mapy, udowodnienie kulistości Ziemi, prasa drukarska, początki masowego używania prochu do działań wojennych czy też nowe techniki handlowe (zasada podwójnego zapisu, weksle, akredytywa etc.) na stałe odmieniły świat. Wszystkie te rzeczy i rezultaty ich praktycznego zastosowania pokazane mamy właśnie w tym anime. Fantastyczne tło natomiast stanowi jedynie dekorację, która ma przyciągnąć przed ekran masowego odbiorcę, bo powszechnie wiadomo, że ten trudnych tematów (jak np. ekonomia) nie lubi.

„Zegarmistrz, co ty piłeś, pisząc tę recenzję?” – może zapytać ktoś, czytając powyższe akapity. Odpowiem zgodnie z prawdą: alkohol. I niestety nie zamroczył mnie na tyle, bym przestał dostrzegać bardzo istotne wady tego, skądinąd niezwykle mądrego, anime. Największą z nich jest brak spójności w wizji świata oraz to, w jaki sposób Władczyni Demonów zabiera się do jego zbawiania. Jej podejście jest, zwłaszcza z ekonomiczno­‑politologicznego punktu widzenia, mało ortodoksyjne. Mianowicie główny koncept streścić można następująco: „jeśli zafundować ludziom lepszą agrokulturę i rzemiosło, a także ulepszyć handel i edukację, to będą siedzieć w szkołach, jeść kartofle i handlować, zamiast wojować”. Bo większa produkcja rolna, lepsza edukacja i bardziej rozwinięty handel wcale a wcale nie przekładają się na wzrost populacji, stopień organizacji państwa i wpływy z podatków. Te wszystkie trzy rzeczy naraz nie przekładają się natomiast na większą, lepiej dowodzoną i skuteczniejszą armię, która wcale a wcale nie zrobi nam wjazdu na chatę. Tak to tylko w RTS­‑ach działa. Sun Tzu, Clausewitz i De Soto też nie wiedzieli, co piszą. Nie ma więc żadnego ryzyka, że projekt wybuchnie nam w twarz! Wcale, a wcale! A zastępcza waluta oparta na kartoflu też jest pomysłem godnym rozpatrzenia!

Prawdę mówiąc, obawiam się, że Władczyni Demonów lepsze efekty z kończeniem wojny uzyskałaby, zrywając z wszelkimi sentymentami i nękając handel, niszcząc centra kultury, paląc miasta kupieckie i przede wszystkim – zamiast budować wiatraki, sadzić ziemniaki i kukurydzę – znalazła paru magów, którzy tak zaczarowaliby stonkę, żeby z kartofla przerzuciła się na chłopów pańszczyźnianych. W zasadzie w całej historii ludzkości pomysł podobny do tego, jaki ma Władczyni, zadziałał tylko w jednym przypadku. Była nim powojenna Japonia. Otóż: problem przeludnienia, braku zasobów i żywności (który jest aktualny do dziś… O ile większość państw wysokorozwiniętych ma problem z nadprodukcją żywności, tak Japonia jest zależna od dostaw zewnętrznych) odgrywał ważną rolę w jej przedwojennym militaryzmie. Dopiero powojenny dobrobyt (możliwy m.in. dzięki amerykańskiej pomocy gospodarczej i technologicznej) spowodował, że z militaryzmu zrezygnowała. W renesansowej Europie działało to trochę inaczej. Proch strzelniczy, igła kompasowa i druk zostały wykorzystane głównie do spuszczania łupnia innym ludziom jak świat długi i szeroki.

Tak nawiasem mówiąc, to skąd Demony mają te wszystkie wynalazki? I dlaczego ich nie używają? Początkowo uważałem to za bardzo istotną wadę tego świata oraz solidną dziurę fabularną. Jednak po kolejnym głębszym doszedłem do wniosku, że nie popełnię nadinterpretacji, gdy powiem, że stanowi to analogię do historii świata, a w szczególności historii państw azjatyckich. Każdy, kto liznął choć trochę wiedzy z tej dziedziny, zdaje sobie sprawę, że wiele osiągnięć myśli technicznej, jak wzmiankowany już kompas, druk czy proch strzelniczy, było znanych w Chinach i Japonii ładne kilkaset lat wcześniej niż w Europie. Jednak te cywilizacje nie osiągnęły porównywalnego z Europą stadium rozwoju. Wartość dydaktyczna omawianego anime polega więc między innymi na tym, iż obrazuje, że od wynalazku (czyli momentu, w którym odkrycie stanowi tylko naukową ciekawostkę) do innowacji (czyli etapu, w którym zaczyna faktycznie pełnić funkcję praktyczną) wiedzie droga dłuższa i trudniejsza, niż z Shire do Mordoru.

Niestety ta próba urzeczywistnienia zasady „uczyć bawiąc” kończy się porażką porównywalną do nieco archaicznego już anime Arjuna. O ile jednak w tamtej serii (pożal się Boże) „filozofia ekologiczna” skończyła się zrobieniem z obrońców przyrody rozhisteryzowanych durniów, tak Maoyuu Maou Yuusha zwyczajnie zniechęca widza do oglądania kiepskim scenariuszem. Po pierwsze: opowiadana historia jest zwyczajnie nudna. Da się to zrozumieć, bo w końcu kartofel to nie bambus, w tydzień nie urośnie. Jednak obiecano nam, że to będzie opowieść fantasy z rycerzami, mieczami i demonami, a poza tym ma ją urozmaicać romans między przedstawicielami dwóch zwaśnionych ras. Tymczasem wzmiankowany romans ma dynamikę tego z Oh! My Goddess i charakter związku korespondencyjnego. Wątki wojenno­‑militarne także są bardzo słabe. Bitwy się zdarzają, ale tyle ich, co kot napłakał. Wizualnie nie wyglądają atrakcyjnie, o ich poprawności historycznej nawet nie będę pisał, bo to jest anime, a nie program na kanale Discovery. Intrygi polityczne natomiast rozwiązywane są głównie dzięki łaskawym decyzjom mądrych i moralnie doskonałych władców, tak charakterystycznych dla kultury wschodu. Gdy natomiast sytuacja komplikuje się do tego stopnia, że nie da się jej rozwiązać dzięki genialnemu dekretowi, bohaterowie (a zwłaszcza Bohater) dostają nagłego skoku mocy i okazuje się, że jeśli zechcą, potrafią walnąć kogoś po głowie odpowiednikiem taktycznej głowicy atomowej. I to na kilka sposobów. Wcześniej tego nie robili, bo po co? Przecież ich plany były zagrożone, a wraz z nimi życie ich przyjaciół i dziesiątków niewinnych osób. Teraz jednak, gdy do końca serii zostały dwa odcinki, biorą się do roboty.

Przejdźmy do warstwy technicznej. Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy, czy raczej uszy widza, jest czołówka, czyli opening. Atakuje nas on zaraz na wstępie falą nosowych dźwięków wydawanych przez prawie na pewno zakatarzoną śpiewaczkę. Nie brzmi to szczególnie dobrze, ale na szczęście szybko się kończy. Muzyka w środku serii jest na szczęście znacznie lepsza. Także głosy postaci wydają się porządnie dobrane.

Muszę powiedzieć natomiast, że szata graficzna wywarła na mnie duże wrażenie. Wprawdzie anime nie zawiera zbyt wielu scen, które byłyby widowiskowe lub wymagały bardzo efektownej grafiki do poprawnego odbioru, jednak to, co jest, jest wyjątkowo dobre. Co więcej, grafika nie charakteryzuje się jedynie starannym wykonaniem i płynnością animacji, co jest typowe dla wielu współczesnych anime, ale też wielką dbałością o szczegóły. Tak więc w anime możemy zobaczyć tłumy składające się naprawdę z setek, jeśli nie tysięcy, ruszających się żywych postaci. Co ciekawe, najlepiej w tym anime wypadają sceny statyczne. Nieliczne starcia czy nawet bitwy natomiast ledwie trzymają średnią, są schematyczne i raczej mało efektywne, wykonane od niechcenia, nie wytrzymują porównania z żadną serią akcji. Na szczęście jednak Maoyuu Maou Yuusha taką nie jest.

Uwagę zwrócić warto natomiast na bardzo ciekawy sposób ukazania tła. Ostatnie lata przyzwyczaiły nas już do bardzo wysokiego poziomu i szczegółowości tego elementu, jednak Maoyuu Maou Yuusha idzie trochę inną, może niekoniecznie lepszą, ale na pewno ciekawszą drogą. Grafika tła pozbawiona jest obrysu (obrys to ciemna linia używana w malarstwie i sztukach pokrewnych do zaznaczenia konturów przedmiotów, wyznacza on ich granicę oraz powoduje, że optycznie odróżniają się od innych elementów kompozycji), a w rezultacie składają się one z barwnych plam, które – jak na obrazach impresjonistów – układają się w zaskakująco szczegółową, a przy tym nienarzucającą się widzowi kompozycję.

Największa wada Maoyuu Maou Yuusha polega na jego największej zalecie. Otóż jest to seria, w której trudne tematy ekonomiczne postanowiono skryć pod płaszczykiem interesującym dla masowego odbiorcy. W tym celu sięgnięto po schematy, które Japończyk odczyta bez większego problemu. Niestety od momentu nakręcenia ostatniej serii bazującej na takim założeniu nic się nie zmieniło i Tanuki pozostaje (co za złośliwość z naszej strony) serwisem adresowanym do Polaków. Czyli ludzi, którzy nie muszą być obeznani z japońską kulturą popularną. Obawiam się, że w ich oczach serial straci na wyrazie i stanie się tylko kolejną nudną „serią kupiecką”, w której ludzie nic nie robią, a jedynie gadają o zwiększaniu PKB per capita.

Zegarmistrz, 1 czerwca 2013

Recenzje alternatywne

  • Altramertes - 11 maja 2013
    Ocena: 5/10

    Średniowieczny konflikt a w tle ekonomia, problemy społeczne, religia i ziemniaki. Niestety, znowu nie wyszło. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: ARMS
Autor: Mamare Touno
Projekt: Hiroaki Karasu, Masashi Kudou
Reżyser: Takeo Takahashi
Scenariusz: Naruhisa Arakawa
Muzyka: Takeshi Hama