Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 3/10 grafika: 8/10
fabuła: 3/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,17

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 261
Średnia: 6,43
σ=1,86

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana, Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Miłość, gimbaza i kosmiczna faza: Porywy serca

zrzutka

Co dało się spaprać w kontynuacji udanej serii? Wszystko, może z wyłączeniem grafiki.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Od wydarzeń z finału Chuunibyou demo Koi ga Shitai! minęło kilka miesięcy. Yuuta i Rikka oczywiście dalej są razem, ale kilka rzeczy w ich życiu uległo zmianie. Przede wszystkim matka Rikki wyjechała z powodu pracy do innego miasta, a niefortunna pomyłka sprawiła, że Rikka nieoczekiwanie została zmuszona do opuszczenia swojego mieszkania i w związku z tym przeniosła się piętro niżej, czyli do Yuuty. Z kolei rodzice Yuuty także wyjechali, zostawiając go na gospodarstwie samego z jedną z młodszych sióstr do towarzystwa. Oczywiście – wbrew powszechnym podejrzeniom – z zamieszkiwania naszej zakochanej pary pod jednym dachem niewiele wynika, ponieważ Rikka w dalszym ciągu siedzi po uszy w swoim chuunibyou. Tymczasem nadchodzi też nowy rok szkolny, bohaterowie zaczynają drugą klasę, a wśród pierwszoklasistów w ich liceum pojawia się oczywiście Sanae Dekomori, jak zawsze zdeterminowana, by służyć swojej „Master” i szukać pomsty na „fałszywej Mori Summer”. Zaś do dawnego mieszkania Rikki wprowadza się ostatnia osoba, jaką Yuuta spodziewałby się zobaczyć: jego dawna koleżanka, Satone Shichimiya, która niestety też wyraźnie nie wyleczyła się jeszcze ze swojego chuunibyou. To oznacza, że biega po mieście w stroju „diabelskiej magicznej dziewczyny”, każe się nazywać Sophia Ring SP Saturn VII i zwraca się do Yuuty per Yuusha („Bohater”).

Gdybym miała znaleźć jakieś argumenty przemawiające na obronę tej serii, wskazałabym pewną grupę widzów, którzy w przypadku pierwszej odsłony dobrze bawili się na szkolnej komedii, ale nie odpowiadała im dramatyczna końcówka. Jeśli zależy im na zwariowanych szkolnych przygodach zwariowanych członków zwariowanego klubu, to nie wykluczam, że ocenią tę serię znacznie wyżej ode mnie. Powiedzą też pewnie, że się czepiam – podobnych komedii o ekscentrykach było już na pęczki i niektóre z nich sama oceniałam całkiem wysoko, mimo całkowitego ich oderwania od realizmu i rzeczywistości. Problem polega na tym, że pierwsza seria Chuunibyou demo Koi ga Shitai! wydawała się (w tym momencie jestem skłonna przyjąć, że niesłusznie…) czymś więcej. Nie chodziło jej tylko o pokazanie parady gagów i wygłupów, ale – co niezwykle rzadkie – dziwactwa swoich bohaterów osadzała w jakimś kontekście rzeczywistości. Jasne, w dalszym ciągu nie był to realistyczny dramat, ale mimo wszystko uważałam wtedy, że mam do czynienia z pozycją, która w kostiumie dobrze znanej komedii romantycznej przemyca odrobinę bardziej inteligentną niż zwykle fabułę i przesłanie. Dlatego właśnie druga seria została przeze mnie oceniona aż tak nisko: sama w sobie jest zwyczajnie przeciętna (oczywiście wyróżnia się ładną grafiką), ale jako kontynuacja jest kompletną katastrofą.

Oczywiście zabieg wysłania rodziców gdzieś na koniec świata (jeśli nie prosto do piachu) jest w anime stosowany tak często, że w normalnych okolicznościach nikt nie robiłby z tego zarzutu. Jednakże tak się składa, że w pierwszej serii cały bardzo istotny wątek dotyczył niełatwego odbudowywania relacji między Rikką a jej matką. To, że rzeczona matka się teraz zwyczajnie zawinęła, wyjechała i nie widać nawet, żeby dawała jakieś znaki życia i interesowała się córką, jest zwyczajnie całkowitym „położeniem” tamtego wątku. Można to potraktować tylko jako poważną dziurę fabularną, zrobioną wyłącznie dla wygody scenarzystów i w celu wepchnięcia do anime koszmarnie ogranego schematu „mieszkania pod jednym dachem”. Ta przypadłość dotyczy zresztą nie tylko jej – twórcy „ustawili” sobie poszczególne postaci drugoplanowe na potrzebnych miejscach i ograniczyli ich interakcje z otoczeniem do zestawu działań, które chyba uznali za atrakcyjne dla widza.

Dobrze rozumiecie: cały rozwój postaci, najmocniejszy punkt pierwszej serii, uległ tutaj zresetowaniu i zniknął dyskretnie gdzieś w oparach absurdu. Choć teoretycznie motywem przewodnim są tu postępy w związku Rikki i Yuuty, od ich obserwowania może trafić szlag. Nawet nie dlatego, że są powolne w kategoriach konwencjonalnych (pocałunków etc.), bo to by mi nie przeszkadzało, jednak poza bliskością fizyczną jest też bliskość emocjonalna i tego właśnie mi tu brakowało najbardziej. Inna rzecz, że Rikka zachowuje się przez większość czasu jak małe dziecko, co zapewne w zamierzeniu twórców ma być rozbrajające i urocze. Niestety, kiedy już nie da się tego zwalić na karb jej nieśmiałości i problemów ze sobą, staje się to tylko irytujące. Mimo wszystkich romantycznych scen z udziałem bohaterów, cały czas miałam wrażenie, że Yuuta pełni rolę jej starszego o ładne kilka lat brata, a nie chłopaka, czyli – jakby nie wykręcać – partnera.

Naprawdę zawiedzeni mogą być też fani postaci drugoplanowych. Dekomori została sprowadzona do roli kompletnej wariatki z ciężkim chuunibyou, wrzeszczącej i rzucającej się na ludzi (przede wszystkim na Shinkę). Shinka, chociaż ma kilka dobrych scen, w nieoczekiwanych chwilach dostaje nagłych nawrotów dawnej egzaltacji, a zamiast roli najmocniej stojącej na ziemi dziewczyny w obsadzie przypada jej rola połówki duetu komediowego (oczywiście z Dekomori). Do tego twórcy porzucili wszelką subtelność i tłuką widza mało wyrafinowanymi zagraniami pod fanserwis yuri, oczywiście nie mając przy tym dość jaj, by stwierdzić, że któraś z ważniejszych bohaterek ma orientację homoseksualną – skąd, to tylko takie wygłupy i mruganie oczkiem… Kumin jest chyba najpodobniejsza do swojej wersji z poprzedniej serii, ale też żadnego nowego pomysłu na jej postać nie da się zauważyć. Makoto w ogóle zniknął i pojawia się dla kilku gagów. Problem zafiksowania na zadanym programie widać wyraźnie w gościnnych występach pojawiającej się epizodycznie Tooki, która nawet na plażę i do kostiumu kąpielowego musi nosić chochlę. Po co? Poprzednio miało to jakieś uzasadnienie, teraz jest tylko znakiem rozpoznawczym i dziwactwem. Jedyną postacią uzasadnioną fabularnie jest tutaj Satone, tyle tylko, że od początku jest jasne, że jej wątek musi się zakończyć w określony sposób, zaś jako bohaterka może budzić w widzach niekoniecznie pozytywne uczucia. Na przykład irytację.

Kolejnym elementem spapranym są wątki związane z chuunibyou. W pierwszej serii tytułowy koncept był wykorzystywany w ścisłym powiązaniu z fabułą i w wyraźnej relacji do świata realnego. Chuunibyou nie służyło tylko zabawianiu widza popisami efektów specjalnych – było ładnie zwizualizowanym sposobem ucieczki od rzeczywistości: z czystej nudy (Yuuta i zapewne Shinka), dla odreagowania wysokich wymagań otoczenia (Dekomori) czy wreszcie dla uniknięcia konieczności zmierzenia się ze zbyt trudnymi problemami (Rikka). Rezygnacja z chuunibyou, lub przynajmniej poddawanie się mu w kontrolowany sposób, nie świadczyła o słabości i chęci dopasowania się do otoczenia – przeciwnie, wymagała siły woli, potrzebnej, żeby stawić czoła realnym problemom, na które nie pomoże magiczny młot. Jeśli spróbujemy trzymać się tej wykładni, w drugiej serii następuje całkowity regres. Bohaterowie, nawet w szerszym składzie niż poprzednio (bo z częstym uwzględnieniem Shinki i Kumin), bawią się w świat urojony, całkowicie oddzielony od zwyczajnego życia. Przyznam, że jednym z pomysłów, na jakie miałam nadzieję w kontynuacji tej historii, było pokazanie chuunibyou (czy szerzej – fantazji) jako czegoś, co może istnieć w „zwykłym” życiu i w jakiś sposób je wzbogacać – nie poprzez ucieczkę, a poprzez wykorzystanie tej pomysłowości i potencjału do czegokolwiek. Jeśli komuś postacią żałosną wydawał się Zaimokuza z Yahari Ore no Seishun Love Come wa Machigatteiru, powinien to przemyśleć – tamten gość próbował cośkolwiek robić. No dobrze, pisał beznadziejnie grafomańskie light novel, ale przynajmniej nie ograniczał się do biegania z parasolką i mamrotania zaklęć.

Oczywiście zarzuty z poprzedniego akapitu są o tyle bez sensu, że twórcy nie zrobili tego świadomie. Oni tylko potraktowali sceny dziejące się w magicznej rzeczywistości jako malowniczy przerywnik, na który większość fanów czeka. To z kolei sprawiło, że stały się one kompletnie oderwane od fabuły. Nie służą do pokazania jakiejś prawdy o postaciach, nie ma też tych „przebitek” pokazujących, jak fantastyczna bitwa wygląda w rzeczywistości. Ot, nagle dostajemy wstawkę jak z innego anime, z bijatyką, którą trudno się przejąć, bo nie jest „naprawdę”. Wyjątek stanowi tu do pewnego stopnia końcówka wątku Satone, ale nie obserwujemy tu nic, czego nie przerabiałaby pierwsza seria, a konkluzja jest co najmniej wątpliwa (masz kłopoty? Zastosuj wyparcie!).

Grafika to oczywiście to, co Kyoto Animation umie robić najlepiej (albo, sądząc po ich najnowszych tytułach – ostatni element, do którego się jeszcze przykładają). Mogłabym się oczywiście czepiać, że efektowność scen fantastycznych jakoś przybladła, a otoczenie bohaterów jest przez większość czasu dziwnie puste, ale przyjmijmy, że tu może przeze mnie przemawiać ogólne zniechęcenie do tej serii. Widzów zaniepokojonych pierwszym odcinkiem mogę też zapewnić, że Shinka błyskawicznie wraca do dawnego wizerunku i projekty postaci nie ulegają żadnym zmianom. Jest jak zwykle, czyli bardzo ładnie i tak samo, jak we wszystkich tytułach tego studia od dobrych kilku lat. Oprawa muzyczna pozostaje na dobrym i całkowicie niezapamiętywalnym poziomie, zaś seiyuu grają w sposób mający maksymalnie podkreślić obowiązkową ekscentryczność danej postaci. Nowa bohaterka, Satone, ma stosunkowo mało doświadczoną seiyuu, Juri Nagatsumę – trzeba przyznać, że pasuje do tej postaci, a na szczególną pochwałę zasługuje jej triumfalny śmiech.

Kyoto Animation stara się trzymać sprawdzonych i bezpiecznych wzorców, bardzo ostrożnie eksperymentując i natychmiast wracając do tego, co (przynajmniej zdaniem decydentów) musi się sprzedać: przesłodzonych okruchów życia i komedyjek ze skrajnie udziecinnionymi postaciami. Nie wątpię, że są osoby, które to lubią i nie wątpię, że dla nich ta recenzja będzie krzyczącą niesprawiedliwością. Niestety, Chuunibyou demo Koi ga Shitai! Ren zawodzi na całej linii jako kontynuacja, zmieniając w ponurą parodię wszystko to, co w pierwszej serii było zrobione inteligentnie i z wdziękiem. Na koniec mały akcent prywatny: ocena całości miała pierwotnie wynosić 3, ale dosłownie w ostatnich minutach finału obcięłam dodatkowy punkt. Za nieodpowiedzialne podejście do zwierząt domowych.

Avellana, 1 kwietnia 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Kyoto Animation
Autor: Nozomi Ousaka, Torako
Projekt: Kazumi Ikeda
Reżyser: Tatsuya Ishihara
Scenariusz: Jukki Hanada
Muzyka: Nijine