Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 6/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 5
Średnia: 5,2
σ=2,23

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Happiness Charge Precure!

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 49×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ハピネスチャージプリキュア!
  • Happiness Charge Pretty Cure!
Tytuły powiązane:
Gatunki: Przygodowe
Widownia: Shoujo; Postaci: Magical girls/boys, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Garść nowych pomysłów i wagon zapożyczeń – to wszystko w jubileuszowej serii Precure.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

O tym, że Ziemię atakują wysłannicy Fantomowego Imperium, rządzonego przez Queen Mirage, wiedzą – o dziwo – praktycznie wszyscy. Wiedzą jednak także, że mogą się nie przejmować. Nawet jeśli celem najeźdźców jest pogrążenie naszej planety w ogólnym poczuciu nieszczęścia, na całym świecie działają dzielne wojowniczki Pretty Cure, które do tego nie dopuszczą! Także śliczne japońskie miasteczko Pikarigaoka ma własną wojowniczkę – a nawet dwie, jednak działające oddzielnie. Cóż w tym zresztą dziwnego? O ile Cure Fortune pokonuje każdego wroga błyskawicznie i skutecznie, o tyle Cure Princess ponosi porażkę za porażką. Nic dziwnego, że Hime – bo tak się w cywilu nazywa – ma tego serdecznie dość i postanawia znaleźć dziewczynkę, która wraz z nią (a jeszcze lepiej za nią) walczyłaby ze złem, a przy okazji została jej przyjaciółką. W tym celu zdaje się na los szczęścia… Które chyba się do niej uśmiecha, ponieważ udaje jej się w ten sposób poznać Megumi Aino, jej rówieśniczkę, a przy tym osobę, której najbardziej na świecie zależy na tym, by wszyscy byli szczęśliwi. Fantomowe Imperium nie ma pojęcia, jak groźna okaże się to przeciwniczka…

Cyklowi Precure stuknęło dziesięć lat, a omawiana tu seria, jedenasta z kolei, jest traktowana jako „rocznicowa”, co można poznać po tym, że na początku odcinków pojawiają się po kolei wszystkie dotychczasowe Pretty Cure i składają widzom najlepsze życzenia z tej okazji. Jeśli jednak idzie o samo Happiness Charge Precure!, jest ono zgodne z kanonem cyklu. Dodaje kilka nowych elementów, ale też wykorzystuje całe mnóstwo starych. Wśród najbardziej widocznych inspiracji można wymienić Heartcatch Precure!, co o tyle nie jest dziwne, że przy obu tych seriach pracował ten sam reżyser, Tatsuya Nagamine. Niestety, recyklingowi zostają też poddane pewne wątki z DokiDoki Precure!, a zdecydowanie wolałabym, żeby sąsiadujące ze sobą serie były odrobinę bardziej zróżnicowane.

Jako główny pomysł na magię Precure seria wykorzystuje element obecny ostatnio w bardzo wielu tytułach, takich jak cykle Pretty Rhythm/PriPara czy Aikatsu!, czyli karty kolekcjonerskie, pozwalające na dobieranie z różnych elementów strojów. Poza główną transformacją dziewczęta mogą w trakcie walki „przebierać się” magicznie, by wykorzystywać nowe ataki (zwykle powiązane z tańcem). Co więcej, mogą się także przebierać w różne stroje, by w życiu codziennym zyskiwać potrzebne umiejętności, na przykład kucharek czy sportsmenek. Szczerze mówiąc, nie jestem zachwycona tym pomysłem, nie tylko dlatego, że akurat za „ubrankowymi” kartami kolekcjonerskimi z różnych powodów nie przepadam. Nie podobało mi się przede wszystkim to, że bohaterki w razie potrzeby po prostu „dostają” potrzebne umiejętności bez żadnej pracy i wysiłku, nawet jeśli chodzi o jakieś epizodyczne zadania, bez związku z główną linią fabularną.

Pod względem głównego wątku jest to jedna z najbardziej spójnych serii w całym cyklu. Nie mamy tu „wymiany” podwładnych Queen Mirage, a wszystkie wątki poboczne, takie jak przeszłość Hime czy Cure Fortune, w jakiś sposób wiążą się z walką z siłami Zła. Nawet jednoodcinkowych epizodycznych historii jest w sumie niewiele – oczywiście za każdym razem walka jest obowiązkowa, ale chociaż wysłannicy Queen Mirage wywołują potwory z ludzkich serc, nie ma żadnej reguły w rodzaju wyszukiwania słabości. Po prostu najbliższy człowiek jest zamieniany na czas walki w gustowne lusterko i zwykle nic o nim nie wiemy, a często nawet go nie widzimy. Takie rozwiązanie sprawia, że Happiness Charge Precure! w znacznie większym stopniu może się skoncentrować na postaciach. Jest to o tyle ważne, że tym razem wojowniczki nie są od początku zjednoczone i zgrane. Cure Fortune, jak się okazuje, ma do Cure Princess znacznie poważniejsze zastrzeżenia niż tylko jej ogólna nieprzydatność bojowa; Cure Princess początkowo częściej ucieka niż walczy, zaś jej relacje ze światem, łagodnie mówiąc, nie należą do najłatwiejszych. Z czasem rozwija się nawet swego rodzaju wątek romantyczny, którego konsekwencje odbiją się na samej końcówce serii.

Jak zwykle jednak, im bardziej kolejna seria Precure stara się być spójna, tym bardziej rozłazi się w szwach. Szwankuje przede wszystkim konstrukcja świata. Skoro o Fantomowym Imperium wiedzą wszyscy, to rodzi się pytanie, dlaczego na całym świecie jedynym rodzajem jakichkolwiek sił porządkowych są wojowniczki Pretty Cure? Nie mówię, że powinno je zastępować wojsko, bo rozumiem konwencję, ale prosiłoby się o jakieś zorganizowane działania ewakuacyjne w przypadku ataku kolejnego potwora czy rozdawane w szkołach instrukcje postępowania w sytuacji zagrożenia. To jednak tylko drobna złośliwość. Znacznie poważniejszą dziurą fabularną jest istnienie królestwa Blue Sky, z którego pochodzi Hime, i jego powiązania z Ziemią, opiekującym się nią bogiem Blue oraz samą Queen Mirage. Mówiąc w skrócie, nie ma w tym za grosz sensu i wydaje się, że cały ten wątek został wprowadzony tylko dlatego, że obowiązkowo musiało istnieć jakieś „magiczne królestwo”.

Nie potrafiłam także oprzeć się wrażeniu, że Zło w tej serii jest jakieś takie mocno niemrawe i nijakie. Może była to kwestia mało konkretnego celu „unieszczęśliwienia wszystkich”, może tego, że przez większość serii Queen Mirage wyleguje się na kanapie, a jej podwładni wyglądają, jakby odpracowywali kolejne ataki raczej z poczucia obowiązku niż z przekonania. Brakuje tu jakiegokolwiek stopniowania zagrożenia – Zło atakuje (swoją drogą, mamy tu wyjątkową przewagę Dobra – czworo podwładnych Fantomowego Imperium kontra całe stada Pretty Cure na całym świecie), ponosi porażkę, wycofuje się. Od czasu do czasu, kiedy trzeba „ulepszyć” strój lub ataki bohaterek, nagle się okazuje, że przywoływane potwory są silniejsze, ale też nie stoi za tym absolutnie żaden powód. Jedyną osobą wkładającą serce w swoją pracę jest niejaki Phantom, jednak z nim jest ten sam problem, co z Dark Precure w Heartcatch Precure! – jest na tyle potężny, że przez większość czasu trzeba go trzymać z dala od bohaterek, żeby ich przypadkiem nie wyeliminował na dobre. Swoją drogą, jego wątek kończy się w sposób bez wątpienia niespodziewany, ale także skrajnie idiotyczny i – co to się oszukiwać – antyklimatyczny.

Spośród bohaterek zdecydowanie wyróżnia się Hime, czyli Cure Princess, będąca najmocniejszym punktem obsady. To smutne, że ostatnio tak rzadko w cyklu Precure pojawiają się takie bohaterki, niebędące chodzącą doskonałością i wcieleniem altruizmu. Hime to osóbka mająca problemy z nawiązywaniem kontaktów, leniwa i samolubna, chociaż oczywiście w głębi serca dobra – po prostu bardzo jeszcze dziecinna i niedojrzała. Jej walka ze sobą i problemy, z jakimi musi się mierzyć, składają się na najbardziej udane wątki serii i aż szkoda, że z czasem zaczyna się ograniczać już tylko do asystowania głównej bohaterce, czyli Megumi. Nie bez powodu nie zaczęłam od jej opisania – Megumi, Cure Lovely, jest postacią wyjątkowo mało przekonującą: chodzącym ideałem, składającym się z optymizmu, altruizmu, życzliwości i dobrych chęci niepopartych żadnymi praktycznymi umiejętnościami. Nie ma żadnych zainteresowań, żadnej osobowości poza „chcę pomagać innym”. Jest to o tyle przykre, że związany z nią wątek romantyczny (wspominałam o nim!) teoretycznie powinien wprowadzać większe napięcie fabularne, ale o czym tu mówić, skoro wiadomo, że dla Megumi i tak pomaganie światu zawsze jest ważniejsze od wszystkiego innego. Tego typu bohaterki czasem udaje się dobrze napisać (przykładem Mana z DokiDoki Precure!), ale Megumi z czasem wydawała mi się coraz bardziej sztuczna.

O pozostałych dwóch wojowniczkach nie chcę pisać zbyt wiele, bo ich tożsamość przynajmniej do pewnego momentu pozostaje tajemnicą. Cure Fortune trochę mnie rozczarowała tym, że kiedy już została „oswojona” i dołączona do drużyny, błyskawicznie zmieniła charakter na pasujący do pozostałych dziewcząt, co sprawiało, że okazała się postacią po prostu niespójną. Natomiast Cure Honey była chyba tylko dlatego, żeby zapełnić miejsce „żółtej wojowniczki” – grana (także w wersji cywilnej) na jedną melodię, bez żadnego własnego wątku czy historii, przypominała mi dobrze zaprogramowanego robota. Główny problem, o którym nie sposób nie wspomnieć, jest taki, że to jedna z tych serii w cyklu Precure, gdzie mimo stale i do znudzenia powtarzanych deklaracji nie miałam wrażenia, że bohaterki faktycznie tworzą drużynę i są zaprzyjaźnione – tylko wola scenarzysty trzyma je razem.

Warto natomiast napisać, że w Happiness Charge Precure! po raz pierwszy od dawna na pierwszym (no, powiedzmy – na drugim) planie pojawiają się postaci męskie inne niż przeciwnicy bohaterek. Seiji, wieloletni przyjaciel Megumi, okazał się bohaterem nadzwyczajnie udanym. W cały magiczny galimatias zostaje wtajemniczony na samym początku i chociaż nie może brać aktywnego udziału w walkach (ciekawe, czy kiedyś doczekamy się patentu z Shugo Chara! i magicznych chłopców), wspiera aktywnie bohaterki i uczestniczy w zasadzie we wszystkich ważniejszych wydarzeniach. Jego relacja z Megumi została pokazana bardzo ładnie i naturalnie, bez popadania w patos i przesadę, a zdrowe podejście do świata stanowiło dobrą przeciwwagę dla nieco zbyt patetycznych monologów dziewcząt. Niestety, w serii jest jeszcze Blue, błękitny bishounen pełniący funkcję „boga Ziemi”, opiekuna i szafarza mocy wszystkich Pretty Cure. Początkowo tylko lekko irytujący, z czasem zaczął się robić postacią po prostu antypatyczną z powodu swojej bierności, nieprzekazywania ważnych informacji, a także (zdecydowanie niezamierzonej przez scenarzystów) nieprzydatności i nieodpowiedzialności.

Projekty postaci od pierwszej chwili wydały mi się bardzo „oldschoolowe”, ale w tym przypadku nie jest to zarzut, chociaż pewnie nie każdemu będą odpowiadać twarze kojarzące się z anime z lat osiemdziesiątych. Mnie akurat to się podobało, więc nie narzekam. Niestety, jak zwykle w przypadku cyklu Precure oprawa wizualne jest wyjątkowo nierówna. Nie mówię tu nawet o tłach, wyjątkowo przeciętnych i pełniących funkcję czysto użytkową. Więcej zastrzeżeń można mieć do maskotek, które są po prostu szpetne i nieproporcjonalne, natomiast przyzywane przez siły zła potwory są nieciekawe i powtarzalne – widać, że nie przywiązywano do nich większej wagi. Poza tym, z kwestii czysto wizualnych, bardzo nie odpowiadał mi wygląd bohaterek po transformacji, a dokładnie – przesadzony makijaż, nadający im wygląd uczestniczek konkursów na „małą miss”, zdecydowanie bardziej je szpecący niż upiększający. Nie potrafiłam się także przyzwyczaić do przeniesienia ich projektów na trójwymiarowe modele komputerowe, pojawiające się na przykład w czasie „specjalnych ataków” – to czysto subiektywne, ale dziewczęta wyglądały wtedy po prostu brzydko, głównie z powodu rozłożenia kolorów na twarzy.

Wiele razy przypominałam natomiast w swoich recenzjach, że ocena „za grafikę” przyznawana jest za całokształt. Owszem, najlepsze animacyjnie fragmenty – transformacje dziewcząt, niektóre walki, taniec przy napisach końcowych – są płynne, dobrze zrobione i technicznie robią wrażenie. Warto zauważyć, że po raz pierwszy od dawna wojowniczki polegają przede wszystkim na atakach „magicznych”, a nie fizycznym kopaniu i okładaniu przeciwnika. Mogą się także podobać przesadzone „reakcje”, polegające na komediowych deformacjach, chociaż są one używane głównie w początkowych odcinkach i potem znikają niemal całkowicie. Jednak cała reszta wygląda jak zwykle, to znaczy – niestety – marnie. Większość scen jest nieznośnie statyczna, zaś byle oddalenie sprawia, że postacie są upraszczane do poziomu kiepskich i krzywych szkiców. Muzyka utrzymywała się w standardach serii, choć warto wspomnieć, że pod koniec serii „finalny atak” wymaga od bohaterek w każdym odcinku odśpiewania tego samego kawałeczka marnej piosenki – dzięki bogom niech będą za możliwość przewijania. Od strony aktorskiej trudno mieć zarówno pochwały, jak i zastrzeżenia – brzmiało to nieźle, ale dokładnie tak, jak zawsze, czyli słodko i szczebiotliwie. Tu także wyróżniał się zadziorno­‑marudny głos Hime, granej przez Megumi Han (m.in. Gon w Hunter x Hunter z 2011 roku, ale też Five w Zankyou no Terror), nieźle wypadła także Mariko Kouda (m.in. Nayuki Minase w obu wersjach Kanon) jako Queen Mirage.

Jedenastą serię Precure można podsumować tak samo, jak większość poprzedniczek: nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. Amatorzy magical girls mogą spokojnie sięgnąć po ten tytuł, natomiast osoby nieprzekonane do gatunku znajdą tu jego typowe wady i dziury fabularne. Nadal jednak cieszy mnie, że Precure, trzymając się zestawu kanonicznych zasad, stara się jednak eksperymentować, wprowadzać elementy nowe lub inaczej połączone niż wcześniej. To sprawia, że cykl jeszcze się nie zestarzał i mimo powtarzalności motywów, wciąż nadaje się do oglądania.

Avellana, 8 marca 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Toei Animation
Autor: Izumi Toudou
Projekt: Masayuki Satou
Reżyser: Tatsuya Nagamine
Scenariusz: Yoshimi Narita
Muzyka: Hiroshi Takaki