Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,60

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 41
Średnia: 6,12
σ=2,06

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

M3 ~Sono Kuroki Hagane~

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 24×24 min
Tytuły alternatywne:
  • M3 the dark metal
  • M3 ~ソノ黒キ鋼~
Tytuły powiązane:
zrzutka

Ośmioro nastolatków zostaje wybranych do wzięcia udziału w misji, która być może uchroni świat przed rozprzestrzeniającą się tajemniczą strefą. A w skrócie? „Wszyscy mają traumę, mam i ja!”

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Pewnego dnia Tokio zostaje niespodziewanie pochłonięte przez tajemniczą sferę, nazwaną później Sferą Ciemności, gdyż w jej wnętrzu panuje nieprzyjemny półmrok, dookoła unoszą się czarne cząsteczki przypominające metal, a kontakt z nimi grozi natychmiastową korozją. Nie wszystkim udaje się na czas uciec, a ocalali nie mają możliwości powrotu do domu, ponieważ przebywanie w Sferze jest niebezpiecznie nie tylko dla ciała, ale przede wszystkim dla umysłu. Co gorsza, co jakiś czas na zewnątrz wydostają się siejące postrach Pokutniki – osobliwe stwory będące ucieleśnieniem pragnień i cierpień ludzi, którzy zostali unicestwieni przez śmierciometal. Zaś dostępu do tego przeklętego miejsca strzeże jeszcze groźniejszy byt zwany Cieniem.

Mijają lata, w czasie których rząd Japonii stara się opracować plan zbadania i ewentualnego zniszczenia mrocznego terytorium. W mieście Kawadahara, które znajduje się nieopodal Sfery, siedzibę ma IX, specjalna organizacja stworzona w celu prowadzenia badań nad niepokojącym zjawiskiem. Gdy wszystko udaje się niemal dopiąć na ostatni guzik, do życia powołany zostaje zespół naukowców, mający nadzorować działania grupy młodych ludzi, których zadaniem będzie eksploracja zakazanej strefy. Wybranych zostaje ośmioro nastolatków i choć nie zdają sobie jeszcze z tego sprawy, ich los jest ściśle związany z tragicznymi wydarzeniami, które doprowadziły do zagłady stolicy. Czy ich misja się powiedzie? Co tak naprawdę stało się te dziesięć lat temu? I kim jest towarzysząca Cieniowi widmowa dziewczyna?

Jakoś tak bywa, że zwykle moją uwagę zwracają zapowiedzi tzw. „anime­‑widm” – twórcy rzucają enigmatycznym tytułem, pojawia się niewiele mówiący plakat, a reszta informacji jest ostrożne przesiewana przez sito, tak aby jak najdłużej trzymać potencjalnych widzów w niepewności. W przypadku tego anime przynętę połknęłam również z dwóch innych powodów. Po pierwsze: mrok to moje klimaty – a tak właśnie zapowiadało się M3 – naprawdę lubię seriale o ciężkiej, gęstej i wyjątkowo depresyjnej atmosferze, że przytoczę nieśmiertelny przykład Texhnolyze. Po drugie: czysta ciekawość, jak zespół poradzi sobie z tego typu serialem, gdyż współpraca takich twórców musiała przynieść jeśli nie interesujący, to przynajmniej „ciekawy” efekt. Junichi Satou, szerzej znany jako „ten pan od Arii” (dla mnie bardziej „ten pan od Kaleido Star”), wsławił się jako reżyser anime pogodnych, momentami może nieco naiwnych, ale w gruncie rzeczy bardzo ciepłych i sympatycznych. Z kolei scenarzystka, Mari Okada, ma na koncie kilka niezłych tytułów, ale ostatnimi laty nie idzie jej najlepiej. Większość ciekawie zapowiadających się pomysłów zostaje przez nią koncertowo lub przynajmniej dotkliwie skopana (odnosi się to zarówno do ekranizacji, jak i projektów oryginalnych) z powodu melodramatyzmu, infantylności oraz okazjonalnego absurdu. Dodajmy jeszcze projektanta mechów w osobie Shoujiego Kawamoriego (tak, „pan od Macrossa”) i studio Satelight. Nie wiem jak Was, ale mnie naprawdę zaintrygowało to połączenie, mogące zwiastować zarówno objawienie, jak i całkowitą katastrofę. Tak czy siak, zapowiadało się na to, że serial dostarczy emocji i będzie można się na nim nieźle lub „nieźle” bawić. Ojej, nie udało się? Ale dlaczego? No, to może po kolei…

Fabuła M3 ~Sono Kuroki Hagane~ nie opiera się na wyjątkowo oryginalnych założeniach, bo tajemnicze i niezbadane „strefy”, gdzie mają miejsce przeróżne anomalie i niewytłumaczalne zjawiska, a wejście tam grozi co najmniej śmiercią, pojawiały się już w innych serialach (pamięta ktoś tytułową Bramę Piekieł?). Humanoidalne roboty, stworzone w celu zwalczania takiego czy innego paskudztwa, też nie są nowością (przypomina się chociażby Evangelion). Cały wic polega na tym, żeby wziąć wszystkie potrzebne elementy i zbudować z nich coś sensownego. Świat w tym serialu co prawda zatrząsł się w posadach, ale nie jest jeszcze postapokaliptyczny, choć jeśli powołany w celu powstrzymania zagłady zespół badawczy nie zapobiegnie tragedii, to Armagedon ruszy pełną parą. Niby w tej konstrukcji nie ma na pierwszy rzut oka nic złego – jest współpracująca z rządem organizacja do badania Sfery, specjalny ośrodek badawczy, zespół naukowców itd. Z drugiej jednak strony nagle, ni stąd, ni zowąd, pojawiła się w Japonii „czarna dziura”, która zbiera pokaźne żniwo śmierci, a świat się tym problemem w ogóle nie zainteresował. Ja rozumiem, że na razie („na razie” jest tu terminem kluczowym) sprawa ma zasięg lokalny, ale jak bardzo można nadwyrężać powiedzenie „to nie mój problem”? Pomijając ten element, reszta serialowego mikrokosmosu zostaje w miarę dookreślona, bo jak pisałam, nie mamy tu do czynienia z działaniami o zasięgu globalnym, a nawet ogólnokrajowym, zaś akcja w znacznym stopniu skupia się wokół Kawadahary (jakby ktoś się nie domyślał, to właśnie od poczynań stacjonujących tam ośmiorga małolatów będzie zależeć los świata). Miłą niespodzianką było również to, że w założeniach projektu, do którego mniej lub bardziej siłowo (ale na pewno nieprzypadkowo) wcieleni zostali bohaterowie, nie ma od razu mowy o zwalczeniu zagrożenia, jakim jest Sfera Ciemności. Najpierw trzeba wroga poznać, żeby wiedzieć, jak potem skutecznie dać mu w łeb – dlatego też całość zaczyna się od szkolenia, a nie od krótkiego wykładu i rzucenia dzieci na głęboką wodę (bo plan, bo koszty, bo widzimisię szefa projektu, bo opinia władz i tak dalej). A że całość mogłaby mieć nieco bardziej naukowe wytłumaczenie, skoro sprawą zajmuje się tłum badaczy… Ale o tym za chwilę.

Tak więc zaczynamy od szkolenia, wykładów i tym podobnych. Taka konstrukcja fabuły narzuca raczej umiarkowane, żeby nie powiedzieć ślimacze tempo, ale całość naszpikowano przy okazji tajemnicami, co sprawia, że bardziej cierpliwi widzowie nie powinni się nudzić. Odczuwalne jest to zwłaszcza w pełnej niewiadomych pierwszej połowie, która może wydać się nieco rozwleczona. Twórcy z lubością rozgrzebują piaskownicę, rzucając to tu, to tam warstewki piasku, ale nie kwapią się do zbudowania zamku. Układanie kolejnych warstw na uklepanych fundamentach idzie dość opornie, ale zdarzają się momenty ciekawe i zachęcające do dalszego oglądania. Problem stanowić może ogólna atmosfera, ponieważ scenariusz tonie w mroku (dosłownie i w przenośni), a klimat jest ciężki i przytłaczający, bo nie zdecydowano się na żadne wstawki komediowe. Z jednej strony fajnie, bo to jest to, co tygryski lubią najbardziej, ale jednocześnie nie sposób nie zauważyć sporych pokładów sztampy i kiczu, będących odpowiedziami na niektóre z zagadek. W sumie jednak nie jest źle, gdyż mimo kilku istotnych niedopowiedzeń, nie można powiedzieć, żeby M3 było pseudofilozoficznym bełkotem, a wręcz przeciwnie – ma w miarę spójny scenariusz. A że nie zawsze pozytywnie zaskakujący? Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Na plus można zaliczyć to, że mimo ilości tragizmu, jaki tu wpompowano, anime nie zamienia się od pierwszej sceny w łzawy melodramat (choć potem jest blisko…), aczkolwiek momentami wpada w drugą skrajność i robi się zbyt dosadne – może nie wulgarne, ale na pewno produkcja ta nie grzeszy subtelnością (głównie w przedstawieniu relacji międzyludzkich, a puste dialogi i monologi dość szybko mogą zacząć się nudzić lub działać na nerwy). Widać to nie tylko w pewnych ekhem… elementach, ale również w sposobie, w jaki scenarzystka próbuje forsować pojawiające się w dalszej części rozwiązania, przez co nie ma się poczucia, że ciasto fabularne jest lepione – nie jest nawet traktowane wałkiem, Mari Okada stosuje tu walec. I to nie to, że w chwili odsłaniania kart wszystko się spektakularnie sypie, po prostu na niektóre rzeczy kładzie się zbyt duży nacisk (zbyt przedramatyzowany i w gruncie rzeczy płytki wątek przeszłości bohaterów), a inne wygodnie spycha się na dalszy plan (faktyczna przyczyna powstania Sfery) lub zamiata pod dywan z powodu braku pomysłów na ich rozwiązanie (dokładniejsze wyjaśnienie wątków nadprzyrodzonych byłoby mile widziane…). Nie spodziewałam się cudu, ale jednak ta delikatna woalka tajemnicy była nawet kusząca… Przy wyjaśnianiu poszczególnych kwestii (znowu kłania się zapomniane dzieciństwo protagonistów) całość traci swój urok (?), może nawet potencjał, na rzecz ogranych motywów. Czy to źle? Może nie, bo zawsze mogła wyjść z tego abstrakcyjna papka, ale wydaje mi się, że nawet jeśli nie mogło być o wiele lepiej, to chociaż odrobinę ciekawiej.

No właśnie, seria po pewnym czasie porzuca swój iluzyjny płaszczyk, który mógł dodawać nieco niewymuszonej (jak się potem okazało, jednak wymuszonej, ale chociaż pozory były) głębi i refleksyjnego zabarwienia. Może nadinterpretuję (na pewno…), ale twórcy zadali sobie odrobinę trudu i nie sięgnęli po wyświechtane nazwy typu Hades, Piekło czy Mordor, a postanowili użyć terminów wywodzących się z buddyzmu i hinduizmu. Od razu mówię, iż nie jestem ekspertem ani od jednego, ani od drugiego, ale wystarczy odrobinę poczytać na ten temat, by odkryć głębszy sens wszystkich przytoczonych powyżej nazw własnych. Tak, przyznaję, podjęłam się ich tłumaczenia dla zabawy i nie do końca mi to wyszło, dlatego zapalonym poszukiwaczom egzotycznych smaczków podam główny przykład. Sfera „ciemności” nie ma nic wspólnego z fizycznym mrokiem, a stanowi przeciwieństwo duchowego oświecenia – termin ten znany m.in. jako awidja znaczy tyle co „nieświadomość”. Gdyby przyjrzeć się bliżej fabule i rozebrać ją na czynniki pierwsze, to można powiedzieć, że zastosowane tu nazewnictwo nie stanowi jedynie ozdoby.

Scenariusz nie jest wybitnie zaskakujący, ale jeśli przymknąć oko na część niedopowiedzeń (w kwestii mechaniki świata), mamy do czynienia z nawet strawną przygodówką z tajemnicami w potrawce z traum. Gorzej, że na rozwój wydarzeń istotny wpływ mają kształtujące się na przestrzeni tych dwudziestu czterech odcinków relacje międzyludzkie, które postanowiono przedstawić za pomocą łopaty. Dostajemy całkiem pokaźny zestaw bohaterów, którzy muszą się poznać i zacząć działać jako drużyna – ten aspekt jest istotny z fabularnego punktu widzenia, ale potencjalnym widzom może nie będę zdradzać zbyt dużo. Jako że mamy do czynienia z nastolatkami, nie powinien dziwić fakt, iż nie mają oni do końca wykształconych osobowości, o dojrzałości psychicznej nie wspominając, dodatkowo łączy ich posiadanie trudnej przeszłości, której wspomnienia kryją się głęboko w czeluściach pamięci.

Słowem: trauma, dużo traum, dużo trudnych przeżyć w dzieciństwie i wcale nie lepsza perspektywa na przyszłość. Nic dziwnego, że młodzi kandydaci są, jakby to rzec, specyficzni. Przyznam, że moją pierwszą reakcją po zaprezentowaniu ich charakterów, był w tył zwrot i przemożna chęć rzucenia anime w diabły, ponieważ początkowe zachowanie niektórych zwyczajnie mnie irytowało – to wszystko wydawało się niepotrzebnie przerysowane i kompletnie niestrawne. Ale potem poszczególne jednostki zaczęły się wyrabiać, a nawet zrobiły się całkiem ciekawe. Problem polega na tym, że najlepiej zapowiadający się bohaterowie dostali najmniej czasu ekranowego.

Głównym bohaterem jest zamknięty w sobie, bucowaty i wyjątkowo egocentryczny Akashi, który ma kompleks niższości względem starszego i w dodatku już martwego brata – zdecydowanie nie pomaga mu też fakt, że młoda i atrakcyjna bratowa próbuje niańczyć sfrustrowanego nastolatka, który ma jej serdecznie dość. Oprócz niego poznajemy głośną i próbującą się za wszelką cenę wyróżnić Emiru, wyluzowanego Iwato, energiczną i poważną Raikę, wycofaną społecznie Maamu, cichą i spokojną Sasame, wyjątkowo dziecinnego Minashiego oraz psychopatycznego Heito. Powiedzmy, że do wyboru do koloru, ale łączy ich jedno: wspomniana tragiczna przeszłość, z którą radzą sobie lepiej lub gorzej (to drugie znacznie częściej). Na pierwszy rzut oka to właśnie przerysowane schematy, które raczej nie wzbudzą niczyjej sympatii, aż do momentu, gdy fabuła zaczyna pokazywać protagonistów w nieco innym świetle. To znaczy… tak pół na pół, bo trudno powiedzieć, żeby rozwinęli się wybitnie, ale zyskują trochę nowych, sympatyczniejszych bądź po prostu normalniejszych cech. Zachowują się różnie (bo scenarzystka nie śpi), ale większość ich reakcji jest w miarę wiarygodna, biorąc pod uwagę skomplikowaną i wyjątkowo nieciekawą sytuację, w jakiej się znaleźli.

Problem polega na tym, że zdecydowano się na pierwszy plan wypchnąć tych najbardziej nijakich. Akashi bardzo szybko zwraca uwagę na Sasame, bo urywki wspomnień podpowiadają mu, że oboje byli sobie kiedyś bardzo, bardzo bliscy – niestety żadne z nich pewności nie ma, a ten wątek jest wyjątkowo forsowany i wyraźnie widać, że to nie charaktery (bo wybranka głównego bohatera osobowości nie ma prawie w ogóle) zbliżają ich do siebie, a scenarzystka, której wszechmocna wola jest silniejsza od naturalnego biegu wydarzeń. Dodatkowo wokół nich zaczynają się kręcić inne postaci i robi się z tego dosyć specyficzny, ale i wyjątkowo sztuczny wielokąt. Tymczasem w tle rozgrywają się perypetie całej reszty nieuwikłanej w główny konflikt uczuciowy, i szkoda, że potraktowano je po macoszemu, bo mają znacznie więcej potencjału. Z drugiej jednak strony osoby, o których przeszłości dowiadujemy się najwięcej, sporo na tym tracą, więc być może dobrze, że pozostałym nie dano aż tyle czasu? Kto wie, jakby się to mogło skończyć. Z trzeciej strony można jeszcze wskazać postaci, które już na pierwszy rzut oka, nawet bez robienia im wiwisekcji, są nieznośne, ale o nich nawet fabuła w pewnym momencie zapomina, więc można uznać, że od początku byli spisani na straty.

Pozostała część obsady to w większości ludzie przynajmniej pozornie dojrzali, bo dorośli. Pozornie, gdyż jak wiadomo… nigdy nie wiadomo, co w człowieku może siedzieć. To głównie instruktorzy oraz badacze, z głównodowodzącym projektu Natsuirim na czele. Na pierwszy rzut oka jest to oderwany od rzeczywistości i mocno stuknięty naukowiec; drugi rzut oka może jedynie utwierdzić w tym przekonaniu. Ten dziecinny, wyjątkowo charakterny, pozbawiony skrupułów i bezczelny typ miał jednak w sobie coś, co sprawiło, że go polubiłam. Zdecydowanie nie jest postacią pozytywną i jedyne, na czym mu zależy, to prowadzone przez niego badania. Potem, co prawda, jego charakter się trochę zepsuł, ale przez większość czasu to właśnie on dostarczał mi najwięcej rozrywki. Względnie nieźle prezentują się wspomniana bratowa, Kasane Agura, która jest asystentką szalonego doktorka, i pani inspektor Suzaki. W ich przypadku również nie dowiadujemy się zbyt wiele, więc nie wiadomo, co by z nich zostało po szczegółowym zaprezentowaniu ich przeszłości. Także ich, jak i pozostałych statystów, scenariusz czasem zmusza do podejmowania nie tyle głupich, ile niezgodnych z charakterem decyzji, ale cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz…

Pod względem technicznym seria wypada od przeciętnie do dobrze, a wszystko zależy od odcinka. Problem tyczy się głównie oprawy graficznej, która na pierwszy rzut oka może nie wyróżnia się, ale na pewno sprawa wrażenie porządnej. Projekty postaci są raczej typowe, jednak plus należy się za to, że nie próbowano ich specjalnie udziwniać i generalnie należą do grupy bardziej „realistycznych” (czyt. poprawna anatomia i normalny kolor oczu/włosów). Aczkolwiek, gdy (zwykle całkiem płynna) animacja szwankuje, bohaterowie wyglądają wyjątkowo krzywo i poruszają się bardzo sztywno. Kolorystyka jest w miarę bogata i na szczęście nie należy do tych, które próbują wypalić widzowi oczy. Czasami problemem bywają zbyt ciemne ujęcia, których obecność nie powinna dziwić, zważywszy na klimat serii, ale w niektórych scenach nocnych trudno coś zobaczyć. Zarówno tła, jak i wnętrza są wystarczająco szczegółowe i zróżnicowane; bez wątpienia najciekawiej prezentuje się mroczna sfera, utrzymana w monotonnej kolorystyce, ale bardzo dobrze spełniająca swoje zadanie jako miejsce tajemnicze i niepokojące. Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na projekty robotów, bo tu wyraźnie widać, że maczał w nich palce twórca Macrossa. Objawia się to głównie w tym, że mechy­‑prototypy transformują się, a mimo że daleko im do zamieniających się w samoloty maszyn (np. nie latają), są bardzo mobilne, zwrotne i po prostu ładne. Z drugiej strony mamy do czynienia z maszynami produkcji taśmowej, które też prezentują się nieźle. Zarówno roboty, jak i różne stwory (czy się spodobają, to inna kwestia; wygląd niektórych faktycznie potrafi zaniepokoić, ale inne wywołają najwyżej uśmiech – na pewno nie można jednak napisać, że nie są oryginalne) animowane są komputerowo, i choć to widać, efekty trójwymiarowe nie gryzą się z pozostałymi elementami grafiki.

Muzycznie też jest nieźle, choć nie mogę powiedzieć, żeby ścieżka dźwiękowa należała do dzieł wybitnych. Owszem, jako tło dla wydarzeń spełnia swoje zadanie znakomicie, ma kilka charakterystycznych utworów z mrocznymi i posępnymi melodiami na czele, ale raczej nie nadaje się do słuchania w oderwaniu od obrazu, chociaż nucona przez bohaterów Mukuro no Uta powinna przypaść do gustu amatorom mrocznych kawałków. Inaczej ma się sprawa z piosenkami, które nie tylko pasują do serii (co wcale nie jest takie oczywiste), ale same w sobie stanowią po prostu dobre j­‑popowo­‑rockowe kawałki. Moim niekwestionowanym faworytem jest energiczne Sable w wykonaniu Nano, ale trudno nie wspomnieć o Re;REMEMBER śpiewanym przez May’n, ego­‑izm zespołu lala larks (dawne School Food Punishment), czy Replica Maayi Sakamoto. Zdecydowanie warto ich posłuchać, bo a nuż, widelec znajdzie się wśród nich coś dla siebie.

Starałam się do M3~Sono Kuroki Hagane~ podchodzić ostrożne, bez jakichkolwiek oczekiwań, ale enigmatyczny, gęsty i leniwy początek rozbudził mój apetyt na rzecz poważną, mroczą i nietuzinkową, bo ostatnią rzeczą w takim klimacie, wartą uwagi, okazało się Shin Sekai Yori (ale to nawet nie ma co porównywać). Dalsze odcinki jednak przekonały mnie, że to jedynie chwilowa zmyłka i całość wyszła jak zwykle w przypadku tej scenarzystki. Anime niezaprzeczalnie miało potencjał, nie musiało być bardzo, bardzo ambitne, ale mogło być dobrą poważną serią rozrywkową. Niestety przez spadek formy w drugiej połowie – wzrost stężenia melodramatyzmu i powierzenie pierwszych skrzypiec najnudniejszym bohaterom – serię trudno uznać za udaną. Ostatecznie plasuje się w rankingu jako rzecz przeciętna, ale na pewno nie zła, a mimo swoich wad na pewno mogąca zainteresować miłośników gatunku.

Enevi, 3 stycznia 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Satelight
Projekt: Hideki Inoue, Shouji Kawamori
Reżyser: Jun'ichi Satou
Scenariusz: Mari Okada
Muzyka: Hajime Sakita