Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 9/10 grafika: 8/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 7 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,29

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 149
Średnia: 7,07
σ=1,56

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Inou Battle wa Nichijou-kei no Naka de

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • When Supernatural Battles Became Commonplace
  • 異能バトルは日常系のなかで
Gatunki: Komedia
Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Piątka dzieciaków, supermoce i… codzienne życie. Dokładnie tak, jak zapowiada tytuł!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Jak zapowiada tytuł, bohaterowie tej serii mają supermoce. Piątka członków Klubu Literackiego pewnego pięknego dnia zostanie nimi po prostu obdarzona, ku dzikiemu zachwytowi July’ego Andou oraz lekkiemu zakłopotaniu jego czterech koleżanek. Pół roku później ich codzienne życie… nie ulega żadnym zmianom. Regularnie sprawdzają i testują swoje umiejętności, a nie mówimy tu – zaznaczmy – o byle jakich supermocach z przeceny. Możliwości, jakimi dysponuje czwórka dziewcząt, pasowałyby raczej do „ostatecznego bossa” z jakieś gry komputerowej. Wiecie – takiego, do którego się podchodzi dopiero na odpowiednim poziomie i z najlepszym w grze sprzętem. Z logiki anime jasno wynika, iż jedyny w tym gronie męski rodzynek, Andou, powinien posiadać moc szczególną i unikatową. I chyba można powiedzieć, że tak właśnie jest.

Niejeden raz widziałam przypadek, w którym autor miał pomysły na supermoce swoich bohaterów, ale brakowało mu już pary do napisania odpowiedniej fabuły, pozwalającej im się wykazać. Dlatego należy podkreślić dwa razy grubą linią, że autor light novel stanowiącej podstawę tej serii, Kouta Nozomi, z niewykorzystywania mocy zrobił jak najbardziej celowy zabieg. Dzięki temu właśnie udało mu się stworzyć tytuł „inny niż wszystkie”, choć podejrzewam, że wiele osób będzie zawiedzionych: w większości odcinków supermoce odgrywają rolę w drobnych epizodach, o ile w ogóle są potrzebne. Większość odcinków zajmują okruchy życia z nutami komedii romantycznej i trzeba przyznać, że autor ma rzadki dar pisania dobrych scen i dialogów. Widać, że poszczególne postaci i ich działania są dobrze przemyślane, że każda rozmowa ma sens, a bohaterowie nie sprawiają wrażenia kukiełek, tylko – mimo pewnego przerysowania – autentycznych młodych ludzi. Sceny komediowe rzeczywiście są zabawne, zaś sceny nastrojowe zaskakująco skutecznie grają na emocjach widza. Nawet „obowiązkowe punkty” tego rodzaju serii, takie jak wypad na basen, potraktowano ciut inaczej, akurat na tyle, by nadać im odrobinę własnego charakteru. To jeden z tych przypadków, w których widać, że autor obejrzał już całe mnóstwo podobnych serii – i wyciągnął wnioski, jak można zrobić to lepiej.

Nasuwa się oczywiście pytanie, po co – poza przyciągnięciem widzów – w ogóle są tu potrzebne supermoce? To, że można by właściwie z nich zrezygnować i z niewielkimi modyfikacjami pokazać te same wydarzenia, tak naprawdę przemawia na korzyść tego tytułu. Oznacza bowiem, że bohaterowie nie są jedynie dodatkiem do swoich mocy, zaś fabuła nie służy wyłącznie dostarczaniu pretekstów do ich używania. Nie są jednak elementem zbędnym! Poza oczywistymi zastosowaniami komediowymi (rzadziej poważniejszymi) służą do poruszenia problemu niezwykle istotnego, a mianowicie nauki odpowiedzialności, będącej bardzo ważną częścią dorastania. Pod pewnymi względami można tu znaleźć analogię do Kokoro Connect – moce bohaterów nie wymykają im się wprawdzie spod kontroli, jednak bezustannie muszą pamiętać o nich w swoich relacjach ze światem. Chociaż pewne decyzje – na przykład nieeksplorowania w niektórych przypadkach granic możliwości – mogą się na pierwszy rzut oka wydać dziwne, po zastanowieniu nabierają sporo sensu. Bohaterowie, a w szczególności właśnie July, są świadomi, że ich „zwyczajne życie” stało się nagle bardzo kruche i wystarczy jeden nieostrożny ruch, by rozsypało się na dobre i nie dało już posklejać. Chociaż można by to odczytać jako „typowo japońskie” stawianie na piedestale przeciętności, w tym przypadku wydaje mi się, że większy nacisk jest położony na odpowiedzialność za własne czyny. Jeśli jednak ktoś się obawia, że anime zmienia się w nudny moralitet, zapraszam do poprzedniego akapitu. Wszystko to, o czym tu piszę, to rzecz dla widza „nieobowiązkowa” – może się zastanawiać nad pewnymi kwestiami, ale może też po prostu śledzić perypetie bohaterów.

Jak jednak widać, ogólna ocena fabuły nie jest specjalnie wysoka i chociaż niezwykle mi z tego powodu przykro, wyższej wystawić nie mogę. W przypadku fabuły kluczowe jest dla mnie to, co dana seria stara się opowiedzieć – od początku do końca. Tymczasem Inou Battle wa Nichijou­‑kei no Naka de ma wiele zalet, ale nie należy do nich przemyślana konstrukcja scenariusza. Tak jak często w przypadku light novel, sfilmowano po prostu pewien fragment, kończąc go interesującą kulminacją, ale bez absolutnie jakiejkolwiek konkluzji. To sprawia, że wszelkie rozważania autora tudzież rozwój bohaterów zawisają w miejscu, pozbawione puenty, która nadałby sens całej serii. O dziwo, dostajemy wyjaśnienie (a przynajmniej dość wskazówek, by się go domyślić) genezy mocy bohaterów, a także „szerszy obraz” całej sprawy, ale tu wchodzimy na grząski grunt informacji, które całkowicie popsułyby seans. Powiem tylko, że akurat ten wątek oceniam najsłabiej, chociaż obawiam się, że w oryginalnym materiale fabuła zmierza raczej w tym kierunku. Po prostu stanowi on zaprzeczenie wyjściowej koncepcji i sprowadza całość do rzeczy udanej, ale takiej, jakich już bardzo wiele w Japonii się ukazało.

Postaci na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie schematycznych i nie zdziwię się, jeśli część widzów odrzuci z tego powodu to anime, jako nudne i sztampowe. Ja byłam naprawdę zaskoczona: każde z bohaterów prezentowało wyjściowo łatwy do zaszeregowania typ, ale po pierwsze, skonstruowany dobrze, a po drugie – z jakimś dodatkowym pomysłem. July Andou to modny ostatnio (co ja pisałam o łatwym do zaszeregowania?) typ chuunibyou, czyli osobnik, który nie wyrósł ze swoich mrocznych i wczesnonastoletnich fantazji o przeklętych mocach, złowrogim przeznaczeniu i generalnym fatum oraz ciemności. Nie jest to jednak ani postać zagrana na jedną nutę, ani też sklejona z niedopasowanych kawałków – mimo skłonności do teatralnych gestów, July jest chłopakiem inteligentnym i spostrzegawczym, który w razie potrzeby potrafi się zorientować, kiedy coś należy potraktować serio. Oczywiście gubi się często, szczególnie w zawiłościach kobiecej psychiki, ale naprawdę się stara, a jego troska o koleżanki nie sprawia wrażenia odfajkowywania zadania z gry randkowej, tylko autentycznej życzliwości.

Gdy przymierzałam się do akapitu o bohaterkach tej serii, uświadomiłam sobie z przerażeniem, że opisanie ich jest niemożliwe. Albo inaczej: byłoby możliwe, gdybym zdradziła to wszystko, co stanowi największą frajdę z seansu, czyli poznawanie ich. Na pierwszy rzut oka zestaw jest dość standardowy: Sayumi to elegancka i stanowcza panna, która pasowałaby raczej do samorządu szkolnego niż do malutkiego klubu; Hatoko to lekko ciapowata przyjaciółka z dzieciństwa July’ego; Chifuyu to obowiązkowy dzieciak (podrzucana klubowi siostrzenica nauczycielki); Tomoyo zaś najenergiczniej ze wszystkich gromi melodramatyczne wyskoki July’ego. Tym, co różni je od podobnych postaci w innych seriach, są dwie rzeczy. Po pierwsze, ich charakterystyki nie da się zamknąć w powyższym zdaniu, zaś ich osobowości składają się z cech dobrze do siebie dopasowanych. Po drugie, July Andou nie jest środkiem ich świata – chociaż niestety anime idzie trochę w „haremową” stronę, nawet tutaj odrobinę różni się od pozostałych. Chociaż wolałabym może ciut inne poprowadzenie ich relacji, nie ma tu fałszu, jest za to – abstrahując od ewentualnych zauroczeń – całe mnóstwo ciepła. Przy tym sceny, które mają być wzruszające, takie są. Nie bez powodu internet obiegł monolog Hatoko z jednego z odcinków, jednocześnie świetnie zagrany i odwracający o sto osiemdziesiąt stopni sposób postrzegania tej postaci.

Studio Trigger tym razem nie eksperymentowało z grafiką, tak jak w Kill la Kill, chociaż pewne podobieństwa widać w komediowo przerysowanych scenach „dynamicznych” – pasują całkiem nieźle, więc nie będę się z tym kłócić. Poza tym Inou Battle wa Nichijou­‑kei no Naka de jest serią zrobioną bardzo porządnie i starannie: z ładnymi projektami postaci, bogatą mimiką, w wielu ujęciach dobrze zakomponowanymi kadrami, właściwie wykorzystującymi oświetlenie. Sceny akcji, jeśli się już pojawiają, także wyglądają dobrze, chociaż supermoce bohaterów, mimo swojej potęgi – a raczej właśnie z jej powodu – nie są aż tak efektowne wizualnie. Pewne oszczędności widać w unikaniu pokazywania ruchu na drugim planie i uproszczeniach w tle, widocznych w niektórych odcinkach, nie są to jednak rzeczy dyskwalifikujące. To nie cukierek dla oka, ale seria bardzo przyjemna do oglądania. To samo można powiedzieć o ścieżce dźwiękowej oraz piosenkach – solidna robota, z ładnymi utworami, chociaż pozbawiona jakichś przełomowych czy szczególnie poruszających melodii.

Była to natomiast seria, w której seiyuu mieli co grać. Nobuhiko Okamoto (m.in. Kashino w Yumeiro Pâtissière, Takumi w Kaichou wa Maid­‑sama!, Accelerator w Toaru Majutsu no Index) doskonale sprawdził się w roli July’ego – równie dobrze, jak Jun Fukuyama grający Yuutę w Chuunibyou demo Koi ga Shitai!. Swoją drogą, równie dobrze bawił się Takuma Terashima (m.in. Apollo w Sousei no Aquarion, Yamaken w Tonari no Kaibutsu­‑kun czy Leonhart w Mahouka Koukou no Rettousei) w drugoplanowej roli Kiryuu. Chociaż Haruka Yamazaki (Tomoyo) i Nanami Yamashita (Chifuyu) nie mają na koncie jeszcze poważniejszych ról, poradziły sobie doskonale. Natomiast Risa Taneda (Sayumi) grała m.in. Saki w Shin Sekai Yori, Xenovię w High School DxD i Mirai w Kyoukai no Kanata. Wspominałam wcześniej o monologu Hatoko – w tej roli niesamowity popis dała Saori Hayami, którą wcześniej mogliśmy słyszeć m.in. jako Saki w Higashi no Eden, Wako w Star Driver czy Haquę w Kami Nomi zo Shiru Sekai. Swoją drogą, warto porównać, jak kompletnie inaczej w stosunku do tamtych ról brzmi tutaj w „codziennej” wersji swojej bohaterki.

Wiele osób przypuszczało, że studio Trigger, założone przez twórców, którzy odeszli z Gainaxu, będzie się specjalizować w efektownych seriach akcji, czego potwierdzeniem był pierwszy ich własny projekt, Kill la Kill. Na tym tle Inou Battle wa Nichijou­‑kei no Naka de wydaje się zaskakująco wręcz konserwatywne i niepozorne – a jednak była to w moich oczach jedna z bardziej udanych pozycji sezonu jesiennego 2014. Zabrakło jej niestety konkluzji, a wrodzony sceptycyzm każe podejrzewać, że być może dalej nie było tak dobrze – tak więc nie mogę ani wystawić wyższej oceny, ani polecać bez wahania. To nie jest skończona, kompletna produkcja, tylko, jak wiele przed nią, reklama light novel. Jednak pod wieloma względami zaskakująco udana i odświeżająca, choć pewnie nie każdy doceni ten tytuł – niemal pasuje do różnych w szufladek, ale w żadnej nie daje się zamknąć.

Avellana, 24 stycznia 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Trigger
Autor: Kouta Nozomi
Projekt: 029, Satoshi Yamaguchi
Reżyser: Masahiko Ootsuka, Masanori Takahashi
Scenariusz: Masahiko Ootsuka
Muzyka: Elements Garden

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Inou Battle wa Nichijou-kei no Naka de - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl