Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 4/10 grafika: 6/10
fabuła: 4/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 39
Średnia: 5,74
σ=1,58

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Karo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Sora no Method

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Celestial Method
  • 天体のメソッド
Postaci: Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Okruchy życia lekceważące wątki obyczajowe. Eksperyment chyba nie do końca świadomy i z pewnością zupełnie nieudany.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

„Bohater przeniesiony do innego świata”, „grupa postaci mordujących się nawzajem”, „pełna podtekstów relacja licealisty z młodszą siostrą”, „słodkie dziewczęta robiące słodkie rzeczy” – jeśli nie oglądacie anime od wczoraj, to prawdopodobnie z każdym z tych opisów jesteście w stanie skojarzyć zarówno kilka konkretnych tytułów, jak i ogólne określenie gatunkowe. Genologia anime – o ile coś takiego istnieje – to kwestia arcyciekawa. Wystarczy, że dwie czy trzy popularne serie powtórzą fabularne zagranie i już dostają własną rozpoznawalną kategorię. Fascynujące, jak bardzo kategorie te są dynamiczne i umowne, jak szybko powszednieją i jak współgrają z kategoriami wyraźniej ustanowionymi. Isekai sprawdza się zarówno jako przygodowe fantasy, jak i militarne political fiction; imouto może być rubaszną komedią, ale i tragedią obyczajową. Złośliwy teoretyk mógłby stwierdzić, że taka mętność klasyfikacji wynika z nieznajomości terminologii i mylenia gatunku z motywem fabularnym, ale zarzut ten traci na sile, gdy uświadomimy sobie, że anime nie jest w tej kwestii odosobnione. W kinie niezależnym określenie „film gatunkowy” często ma nieco pejoratywny wydźwięk, a i kino popularne ciągle eksperymentuje z nowymi formami w rodzaju posthorroru czy filmu superbohaterskiego. O zaniku klasycznych gatunków literackich pisze się natomiast od tak dawna, że trudno nawet ustalić pionierów na tym polu. I choć japońska animacja wydaje się tu po prostu powielać trend, to wyróżnia się tym, że tworzy kategorie tyleż pojemne, co odrębne względem innych dziedzin kultury. Wątek miłości kazirodczej może wystąpić w filmie europejskim, ale nigdy nie będzie dla niego wyznacznikiem gatunkowym.

Gdybym miał odnieść powyższy wywód do swoich upodobań, powiedziałbym, że najbardziej lubię „historie o codziennym życiu grupy nastolatków zakłóconym przez nadnaturalne zjawisko”. Serie obyczajowe, gdzie pierwiastek fantastyczny odgrywa znaczącą, ale nie pierwszorzędną rolę; japońskie odpowiedniki europejskiego realizmu magicznego, uprzystępnione i ograniczone do realiów szkoły średniej. Poza łączeniem elementów nadprzyrodzonych z okruchami życia, cechuje je zwykle kilku równorzędnych bohaterów pierwszoplanowych, częste retrospekcje oraz ogrom emocjonalnych uniesień i zażyłości, których rozwój stanowi główny bodziec do śledzenia fabuły, i których wiarygodność jest najważniejszą składową ostatecznej oceny danego tytułu. Sam nazywam je po prostu obyczajówkami szkolno­‑magicznymi, ale przypuszczam, że fandom ma jakieś zgrabniejsze określenie. W historii anime trochę takich produkcji było: Kokoro Connect, AnoHana, Glasslip czy haremówki tworzone przez Kyoto Animation w ubiegłej dekadzie. Dość, aby je zebrać i wskazać cechy wspólne, ale mimo komercyjnego sukcesu Clannad, nigdy nie były one szczególnie popularne. Trudno się dziwić, bo to serie nie tylko wymagające solidnego scenariusza (a tym samym często zupełnie nieudane), ale i mniej efektowne niż np. „inne światy” czy „gry o przetrwanie”. Niełatwo zainteresować nimi widza kierującego się „zasadą trzech odcinków”, rzadko cieszą się wzięciem nawet w czasie pierwszej emisji i zwykle po paru tygodniach nikt o nich nie pamięta. Modelowym przykładem takiej szkolno­‑magicznej obyczajówki – mało spektakularnej i niemal zupełnie zapomnianej – jest właśnie Sora no Method.

Nastoletnia Nonoka wraz z ojcem wraca do rodzinnego miasta po siedmioletniej nieobecności. Na miejscu zastaje: grupę przyjaciół, których ledwo pamięta, a z którymi ewidentnie dzieli jakąś niebanalną przeszłość, oraz widniejący na niebie pozaziemski spodek i tajemniczą dziewczynkę imieniem Noel. Już na wstępie dostajemy zatem bardzo typowe połączenie wątków obyczajowych z elementami nadprzyrodzonymi i jeśli znajdziemy tu cokolwiek mającego szansę z miejsca przykuć uwagę widza, to jest to metoda prezentacji tych ostatnich. Tego rodzaju serie zazwyczaj traktują fantastyczność w podobny sposób: świat przedstawiony motywowany jest realistycznie, zaś zachodzące w nim zdarzenia nadrealne są czymś obcym, budzącym konsternację. Innymi słowy, mentalność bohaterów, choć uproszczona, u podstaw nie różni się od mentalności odbiorcy. W Sora no Method jest inaczej: ukazywana rzeczywistość jest przeważnie racjonalna, ale występujące w niej elementy fantastyczne korzystają z poetyki baśniowej, okazjonalnie zacierając granicę między realizmem a cudownością. W zwykłym mieście latający spodek jest jak mówiący wilk, któremu Czerwony Kapturek uprzejmie odpowie, nie podając przy tym w wątpliwość własnej poczytalności; budzi powszechną fascynację, ale zamiast przyciągać rządowych naukowców, staje się atrakcją turystyczną. Każde cudowne zdarzenie działa tu na identycznej zasadzie: choć nie współgra z racjonalną codziennością, nikt nie ma problemu z uznaniem go za oczywistość. To nietypowe połączenie obyczajowego realizmu i baśni wymaga przyzwyczajenia, a cechującą bohaterów swobodę przechodzenia nad zjawiskami paranormalnymi do porządku dziennego łatwo pomylić ze scenopisarskim niedbalstwem. Kiedy jednak oswoimy się z tą narracją, wówczas Sora no Method staje się pod pewnymi względami niezwykle oryginalne.

Elementy fantastyczne same w sobie również robią dobre wrażenie. Latający spodek kojarzy się zwykle z science­‑fiction, ale tutaj bliżej mu do zjawiska magicznego. Wpływa on na opowieść w sposób zupełnie umowny i odrealniony, nigdy nieracjonalizowany choćby fikcyjnymi objaśnieniami. Działa wyłącznie sugestią i niedopowiedzeniem – dowiadujemy się o nim tylko tego, co niezbędne dla fabuły. Żadnych przekombinowanych eksplikacji, które mogłyby zmienić serię w nudną, fantastycznonaukową prelekcję. Całość zyskuje dzięki temu atmosferę niewytłumaczalnej cudowności, bardzo pożądaną w tego typu produkcjach. Godne uwagi jest też to, jak spodek komponuje się z otaczającą go przestrzenią. Nawet scenom pozornie czysto obyczajowym nadaje on subtelnego, magicznego zabarwienia i niejednokrotnie przyjdzie nam się zastanawiać czy dane zdarzenie wynikło wyłącznie z racjonalnych pobudek, czy też pomogła mu ingerencja zjawisk nadrealnych. Popularny motyw prowincjonalnego miasteczka odciętego od świata również ma tu narracyjne uzasadnienie. Prowadząca na przedmieścia droga przez tunel pełni bowiem rolę czegoś na kształt magicznego lustra: przejścia z racjonalnej, bo pozbawionej spodka metropolii, do nieznacznie, ale wyczuwalnie odrealnionej innej rzeczywistości.

Mógłbym jeszcze długo rozwodzić się nad oryginalnością ukazanej tu magii, gdyby nie jedna fundamentalna kwestia: warstwa fantastyczna nigdy nie jest głównym powodem, dla którego widz sięga po tego rodzaju tytuł. Nieważne jak ciekawie pomyślana, w realizmie magicznym powinna ona przede wszystkim współgrać z warstwą obyczajową; stanowić fabularny wyzwalacz dla tłumionych lub nieświadomych emocji bohaterów, z czasem zaczynających rozwijać się samoczynnie i stających się centrum opowieści. W Sora no Method zachodzą zdarzenia łączące magię i realizm, ale gdy dokładnie prześledzi się ich przebieg, zwykle dochodzi się do wniosku, że elementy nadprzyrodzone nie są im w żaden sposób niezbędne. Magia jest tylko estetycznym urozmaiceniem – jej brak nie wpłynąłby na przebieg historii, a jedynie uczyniłby z niej po prostu realistyczne okruchy życia. Co ciekawe, relacja ta zachodzi również w drugą stronę. Kiedy tajemnicza Noel i latający spodek nie służą rozwojowi wątków obyczajowych, generują własne, całkowicie od nich niezależne wątki fantastyczne. Brak tu zatem głównej cechy, jaką powinna odznaczać się tego typu seria: magiczno­‑realistycznej współzależności. Fantastyka i obyczajowość przenikają się jedynie pozornie, a w istocie tworzą odrębne płaszczyzny, niebędące sobie nawzajem do niczego potrzebne.

W tym miejscu ktoś mógłby podważyć zasadność powyższych zarzutów twierdzeniem, iż motywują je oczekiwania recenzenta względem gatunku, który nie jest nawet oficjalnie zdefiniowany. Zaznaczę więc, że owe pretensje wynikają z samej fabuły, a nie z gatunkowych wyznaczników, jakim moim zdaniem tytuł ten powinien podlegać. Już w pierwszym odcinku obok latającego spodka widzimy bowiem oczywiste zapowiedzi wątków obyczajowych: enigmatyczne retrospekcje, trudności z komunikacją, wzmianki o zmarłych rodzicach itp. I o ile na temat subtelności i nowatorstwa przedstawionej tu magii mam ochotę popełnić obszerny esej, o tyle w kwestii relacji między bohaterami odnoszę wrażenie, że już samo określenie Sora no Method jako „historia o przyjaźni” jest zbyt szczegółowe i może popsuć przyjemność z seansu. Warstwa obyczajowa jest interesująca jedynie na początku, gdy stawia przed widzem niewiadome, ale nawet wówczas konieczność snucia własnych domysłów wydaje się efektem nie całkiem świadomych zabiegów. Wątki prowadzone są bowiem potwornie chaotycznie. Fabuła nieustannie skacze między poszczególnymi bohaterami i retrospekcjami bez żadnego odgórnego zamysłu, zmuszając tym samym widza do poświęcania jej uwagi niewspółmiernej do treści, jaką faktycznie oferuje. Przez długi czas trudno wskazać jakikolwiek motyw przewodni i nawet w pewnym momencie miałem nadzieję, że seria zamierza mnie czymś zaskoczyć i np. nagle zmienić się w psychodeliczny dreszczowiec. Tego rodzaju zwrot akcji faktycznie tu jest, choć oczywiście nie tak radykalny. W przedostatnim odcinku pojawia się fabularny zakręt umiejętnie łamiący wcześniejsze ustalenia – niespodziewany, efektowny i… zupełnie zbędny, ponieważ, co znamienne dla tej serii, ma miejsce już po kulminacji wątku obyczajowego i dotyczy wyłącznie wątków fantastycznych. Te dwa ostatnie odcinki najlepiej obrazują kompozycyjną sprzeczność całego Sora no Method. Magia jest tu elementem doczepionym na siłę, bez którego fabuła mogłaby się zupełnie obejść. Jest to jednak również element najbardziej interesujący i bez niego anime prawdopodobnie stałoby się tak nudne, że w ogóle nie nadawałoby się do oglądania.

Poza tym seria jako całość robi okropnie nijakie wrażenie i sporo czasu spędziłem, rozmyślając, z czego to właściwie wynika. Widziałem kilka produkcji o podobnych założeniach, z jeszcze gorszym scenariuszem i znacznie mniej oryginalnym podejściem do ukazywania magii, które jednak doskonale pamiętam. Dlaczego więc akurat Sora no Method wydaje mi się być tą, o której szybko zapomnę? Odpowiedź jest prozaiczna – chodzi o oprawę audiowizualną, która wbrew temu, co mogłoby się wydawać, dla okruchów życia jest nie mniej ważna niż np. dla anime akcji. Posłużę się przykładem wspomnianego już Clannad. Choć osobiście nie cierpię estetyki tamtej serii, nie mogę się nie zgodzić z tym, że zapada ona w pamięć. Tatsuya Ishihara to reżyser ewidentnie świadomy swojego warsztatu i stylu, odważnie wykorzystujący kolor, montaż czy kadrowanie dla uzyskania odpowiednich nastrojów. Jego anime to utwory mocno „filmowe”, często aż nazbyt dosadnie oddające samym obrazem wiele niewypowiedzianych treści. Ponadto wizualne projekty w Clannad – postaci, stroje, architektura – są bardzo wyraziste i od razu kojarzą się z tym tytułem. Nawet jeśli bohaterki różnią się wyłącznie fryzurami, są to fryzury jedyne w swoim rodzaju.

Odpowiedzialny za reżyserię Sora no Method Masayuki Sakoi wypada przy tym w najlepszym razie jako kompetentny wyrobnik. W wielu scenach widać, że zna się na swoim fachu: dopasowuje natężenie barw do nastroju dialogów, podkreśla emocje odpowiednimi dźwiękami, zgrywa wymowę zdarzeń fabularnych z pogodą i porami dnia. Wszystko to są jednak detale – przezroczyste, kiedy nie poświęca się im wyłącznej uwagi. Niebieskowłosa Noel i latający spodek to też jedyne projekty, jakie zostają w głowie po seansie. Reszta bohaterów i scenerii mogłaby posłużyć za szablony dla dowolnej innej produkcji. Choć jest coś jeszcze: zaskakująco dynamiczna, nietypowa pod względem kolorystyki i kadrowania, sekwencja towarzysząca napisom końcowym. Wygląda jak coś, co mógłby wyreżyserować Akiyuki Shinbou i odznacza się płynnością, jakiej nie powstydziłby się niejeden film kinowy. Bywały odcinki, w których ending był najciekawszym fragmentem, za każdym razem oglądałem go kilkakrotnie i nietrudno mi sobie wyobrazić jak bardzo seria zyskałaby na popularności, gdyby cała animowana była w taki sposób.

Od premiery Sora no Method minęły prawie cztery lata. Dziś nikt już o tym tytule nie pamięta, a i w czasie pierwszej emisji nie cieszył się on dużym zainteresowaniem. Sam znalazłem go po dłuższej chwili, szukając szkolno­‑magicznej obyczajówki niekoniecznie udanej, ale po prostu takiej, której jeszcze nie widziałem. I to mało entuzjastyczne przyjęcie okazało się w pełni uzasadnione. Jest to bowiem produkcja nie tylko mocno osadzona w mało popularnej konwencji, ale nawet w jej obrębie niemal całkowicie pozbawiona charakteru. Jedyny naprawdę udany element – metoda prezentacji zjawisk nadprzyrodzonych – został nieprawidłowo wykorzystany i odwraca uwagę od warstwy obyczajowej, która w tego typu serii powinna być na pierwszym planie. Cała ta ogólna nijakość sprawia, że nie zanudzić się podczas seansu mają szansę wyłącznie widzowie podobni do mnie. Jeśli więc lubicie realizm magiczny i widzieliście już wszystkie popularniejsze, czerpiące z niego anime (i chwilowo nie macie ochoty po raz kolejny oglądać Kokoro Connect), możecie rzucić okiem na Sora no Method. W żadnym razie nie jest to wyszukana rozrywka, poruszająca emocje czy prowokująca istotne przemyślenia. To utwór robiący dobrze tylko jedną rzecz, ale z uwagi na nią warty zapamiętania. Ukazując magię w sposób zupełnie nowatorski, jakiego trudno doświadczyć gdziekolwiek indziej, uświadamia on ogrom możliwości magiczno­‑obyczajowej konwencji. Nawet jeśli w tym przypadku element ten okazał się zupełnie zmarnowany, to i tak był dla mnie miłym pretekstem do szerszego spojrzenia na lubiany gatunek.

Karo, 29 maja 2018

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio 3Hz
Autor: Naoki Hisaya
Projekt: QP:flapper, Yukiko Akiya
Reżyser: Masayuki Sakoi
Scenariusz: Naoki Hisaya
Muzyka: Tatsuya Katou

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Sora no Method - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl