Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Komentarze

Kokoro ga Sakebitagatterunda

  • Avatar
    R
    Isamii 5.06.2016 12:40
    Pewnego razu Jun zobaczyła swojego ojca w niedwuznacznej sytuacji, czego nie była w pełni świadoma, i wypaplała o tym matce. Doprowadziło to do katastrofy dzieciństwa, czyli rozpadu rodziny i zrzucenia odpowiedzialności na Bogu ducha winną dziewczynkę. Ta, nie mogąc zwyczajnie przejść nad tym do porządku dziennego, drogą wyobraźni (brał w tym udział książę­‑jajko) doszła do wniosku, że z gadulstwem czas skończyć i przestała w ogóle się odzywać.


    Nie wiem, czy to kwestia pobieżnego obejrzenia filmu, czy niepełnego zrozumienia dialogów, a może skrótu myślowego, ale w powyższym tekście zdaje się być błąd. To nie rozpad rodziny, sam w sobie, był przyczyną tego, że bohaterka przestała się odzywać, ale sposób w jaki zwracali się do niej rodzice (wielokrotnie powtarzane przez matkę „Gadasz jak katarynka” oraz „to przez twoje gadulstwo rozpadła się nam rodzina” wypowiedziane przez ojca). Jun nie przestała się odzywać, bo doszła do wniosku, że z gadulstwem czas skończyć (bo niby jak w wieku kilku lat miała to zrobić?), tylko wyraźnie usłyszała, że jej gadulstwo niszczy.
    Ten film w głównej mierze pokazuje, że słowa mogą wyrządzić ogromną krzywdę. I to temu pokazaniu służą musical, przedstawione relacje między bohaterami oraz jajko z wyobraźni.
    A tak na marginesie ile osób zauważyło, że klątwa, o której myślała Jun (ból brzucha/żołądka przy mówieniu), jest klasycznym objawem somatycznym nerwicy?
    • Avatar
      The Beatle 5.06.2016 17:07
      bo niby jak w wieku kilku lat miała to zrobić?
      Mogła, bo kilkuletnie dzieci mają zdolność myślenia. Wyciągnie wniosków nie musi odbywać się wprost ani w pełni świadomie (np. tak to miało miejsce w przypadku filmu). Nie ma też przeszkód, żeby na wnioskowanie wpływał ktoś inny – ostatecznie o efekcie decyduje dana osoba i może przyjąć czyjś wpływ jako swoją decyzję.

      Co do tego, co było główną przyczyną stracenia głosu przez Jun, to najpewniej i rozpad rodziny i fakt, że jej wprost powiedziano o gadulstwie miały znaczenie. Jednakże wydaje mi się, że kluczowy był tu właśnie szok spowodowany rozpadem rodziny. Gdyby dziewczynce tylko wypominano, że jest gadatliwa, zapewne nie przyniosłoby to większego efektu. Natomiast gdyby jej rodzice po prostu się rozwiedli, bez jej udziału, wciąż mogłoby to (w konwencji realizmu prezentowanej przez film) doprowadzić do stania się niemym – zwyczajnie, jako efekt szoku. Widać więc, który z warunków był niezbędny do zaistnienia tego, co się stało.
  • Avatar
    A
    Kenavru 2.06.2016 08:58
    Bardzo udany film, niby nie ma w nim nic odkrywczego, sam schemat, ale zrealizowany przyzwoicie. Możliwe że w ogólnym odbiorze i ocenie kluczowy był fakt że po prostu miałem ochotę na tego typu anime.
    8/10
  • Avatar
    A
    Kysz 29.05.2016 19:52
    Film czekał sobie od jakiegoś czasu na obejrzenie, a po tej dość krytycznej recenzji i raczej pozytywnych komentarzach postanowiłam go w końcu obejrzeć. Cieszy mnie, że kompletnie nie zgadzam się z tą recenzją – nie tyle na zasadzie ignorowania uchybień, ile po prostu uważam, że część z przypisywanych filmowi przez recenzenta wad nie ma właściwie pokrycia w rzeczywistości.

    Przede wszystkim nie myślę, by fabularnie był on schematyczny. Owszem, jeśli mówimy o głównej osi, jaką stanowi poradzenie sobie z problemem głównej bohaterki, faktycznie można powiedzieć, że nie ma tu miejsca na wiele oryginalności. W końcu dostajemy  kliknij: ukryte  Mamy więc szkolny musical, który początkowo stoi pod znakiem zapytania, bo nikt właściwie nie jest mu przychylny, mamy grupkę postaci, którzy z czasem coraz bardziej się do siebie zbliżają i mamy nawet małą przeciwność losu na koniec. Proste? Proste. Jednakże tym, co wyróżnia ten tytuł są szczegóły, związane przede wszystkim z relacjami między postaciami. Gdybyśmy mieli do czynienia z typowo schematyczną konstrukcją,  kliknij: ukryte  Co najważniejsze jednak – nie poświęcono by na budowanie tych relacji aż tyle czasu i absolutnie nie zgadzam się, że jest to nieważne, bo jak dla mnie to właśnie na tym opiera się całość. W sensie, nie chodzi mi tutaj po prostu o wątek romantyczny, a raczej o budowanie więzi między postaciami i próby zrozumienia siebie nawzajem. W końcu to nieporozumienia i strach wyrażania prawdziwych uczuć okazują się być największym problemem bohaterów. W tym też upatruję główną myśl tego filmu, a skoro tak, to właśnie odejście do zwyczajowego poprowadzenia wątków romantycznych na rzecz bardziej naturalnych rozwiązań, nie podążanie utartą ścieżką (czy też, jak to ujął recenzent – nie prowadzenie po sznurku) stanowi o faktycznej sile tej produkcji.

    Zresztą na poziomie kreacji samych bohaterów również widać odstępstwa od standardowych założeń. Natsuki, choć zazdrosna, nie wyżywa się ani na Jun, ani na Takumim i nie stanowi bynajmniej standardowego trzeciego kąta w trójkącie. Zachowuje się zdecydowanie normalnie, a jej uczucia do Takumiego wypadają bardzo naturalnie. Sam Takumi jest tu w sumie największym problemem jak dla mnie, bo gra rolę „zwyczajnego gościa”, przy czym miło było zobaczyć, że on sam jest tego w pełni świadomy. Zresztą chociażby jego reakcja na zachowanie Daikiego w klasie, kiedy to tamten obraża Jun, była nietypowa jak na schemat, który teoretycznie miał prezentować. Daikiego nie nazwałabym tak po prostu bucem, które to określenie padło w recenzji, bo dość szybko się chłopak mityguje odnośnie swego niemiłego zachowania. Jest szorstki w obyciu i bywa chamski, ale potrafi przeprosić za swoje zachowanie – mam zresztą wrażenie, że (nie licząc sceny z Jun) dla niego to, co mówi nie jest problemem, bowiem zwyczajnie wyraża on to, co myśli. Zostaje jeszcze sama Jun, którą naprawdę świetnie tu przedstawiono. Nastawiałam się na kolejną nieśmiałą, zamkniętą w sobie nastolatkę, ugodową i pozbawioną jakichkolwiek zalążków charakteru. I jakby nie patrzeć, Jun po części właśnie taka jest, a jednocześnie to dość energiczna i odważna postać z olbrzymią wyobraźnią.
    Dodam jeszcze, że za spory plus filmu uważam bardzo dobre wykreowanie bohatera zbiorowego, jakim jest klasa. Nie stanowią oni tylko i wyłącznie bezosobowego tła, masy pojawiającej się na drugim planie. Co prawda w tak krótkim czasie nie dałoby się ich wszystkich ujednostkowić, ale wyodrębnienie kilku postaci z tłumu i poświęcenie im odrobiny uwagi w zupełności wystarczyło.

    Zgodzę się natomiast, że trochę w zbyt prosty sposób starano się wywołać w widzu wzruszenie, co zapewne u niektórych wywoła zgoła odmienne uczucia. Ja się co prawda wzruszyłam, ale u mnie to raczej standard, natomiast jestem w pełni świadoma, że zastosowane tu chwyty mogą się niektórym wydać zbyt sztampowe. Przy czym przypisuję temu zdecydowanie mniejszą wagę, niż autor recenzji, bo patrzę na to znacznie bardziej jak na okruchy życia, niż dramat.

    Podsumowując – mnie film bardzo się spodobał. Nie był może idealny, natomiast potrafił wprowadzić rozwiązania oryginalne, dzięki czemu nie stanowił kolejnej kalki „szkolnych historii z dramatem w tle”. Na pewno jest produkcją wartą uwagi, zwłaszcza, że podobnych anime ze świecą szukać (owszem, znajdzie się parę przykładów prezentujących lepszy bądź podobny poziom, jednakże lista ta długa nie będzie).
  • Avatar
    R
    Milina 28.05.2016 20:56
    Ten film to nie arcydzieło, ale pod pewnymi względami jest ciekawy, więc mam nadzieję, że niebawem doczeka się recenzji alternatywnej, w której autor rozłoży akcenty zupełnie inaczej i dostrzeże w tym filmie coś więcej niż domniemaną i nieudolną próbę wywołania wzruszenia, dodatkowo o „zmarnowanym potencjale”. Jeśli miałby on rozwinąć się w hiperrealistyczną opowieść o dziewczynce, która wytrwale „przepracowuje” swoją traumę, a jednocześnie w porządny film o tworzeniu musicalu – no to muszę się zgodzić, że trudno na „Kokoro…” się nie zawieść, bowiem jest to zupełnie inna opowieść.

    Jednak co ważniejsze – obecna recenzja nie jest pozbawiona błędów formalnych. Wypowiedź:
    W tym momencie czytanie recenzji powinny skończyć osoby, które potrafią dać się zaskoczyć nawet najbardziej przewidywalnym rozwiązaniom (...)

    i dalej sformułowanie o „domyślnych osobach” jest nie tylko nieeleganckie (bo po co pisać recenzję, którą prawie na wstępie może odrzuć część czytelników), ale wraz jeszcze innym:
    Jestem świadomy, że znajdzie się sporo osób, które zignorują uchybienia, o których pisałem wyżej, będą miały dużo lepsze wrażenia niż ja(...)

    stanowią klasyczny, choć subtelny przykład błędu spotykanego w wielu recenzjach anime: „mnie się nie podobało, widziałem wady, ale ja jestem mądry, inni niekoniecznie aż tak bardzo i im się może spodobać”. Moim zdaniem jest to nie fair w stosunku do czytelników, którzy mają odmienne zdanie na temat owych „wad” czy „uchybień” niż autor.
    Ile faktów z fabuły można zdradzić w recenzji, to kwestia wyczucia. Nie ma tu znaczenia, że recenzent uznaje rozwój akcji za schematyczny, bo to jego zdanie i jego schematy. Analiza owej schematyczności nie jest usprawiedliwieniem, tak samo jak wyżej przytaczane zdanie, by czytelnicy przestali czytać (sic!).

    Dlaczego bronię tego filmu? By nie pisać własnej recenzji, uogólnię: moim zdaniem on jedynie wydaje się schematyczny, szablonowy, nudny; albo jest nim celowo, do pewnego stopnia. Jeśli przyjrzeć się bliżej, jakiś element obrazu zwykle jest zaskakujący. Im fabuła bardziej się rozwija, tym jest ciekawiej, a kulminacją i dowodem na to wrażenie jest rozwiązanie „kto, z kim i jak”, jak to zgrabnie ujął recenzent, nie zdradzając na szczęście szczegółów. Udowadnia to, że nie wszystko w świecie przedstawionym jest takie, jak się z pozoru wydaje, bohaterowie mają swoje życie i swoje tajemnice, których nie zna widz ani główna bohaterka. I nie cenię go za ckliwość, nie pamiętam już nawet czy mnie w ogóle wzruszył; zaciekawiło mnie za to to, jak przedstawione były próby radzenia sobie młodych ludzi ze swoimi problemami; pewnie, brak tu jakiegoś hiperrealizmu, pewne rzeczy dzieją się zbyt szybko, są uproszczone, ale mimo to zakończenie jest satysfakcjonujące.

    A, no i kwestia jajka. Recenzja zaczyna się od niego i kończy się na nim – cóż, w filmie mogliby wykorzystać inny motyw; mógłby to być to słoń, piernik, koń lub wiatrak, moim skromnym zdaniem, wszystko wygląda śmiesznie. Małe dziecko z wyobraźnią wybrało jajko, które – z tego co pamiętam – jest obecne w lokalnym folklorze, więc nie wzięło się z kosmosu. Poza tym stanowi mniej lub bardziej oklepany symbol przeobrażenia, nowego życia. Nie da się zaprzeczyć, że do filmu pasuje, nawet jeżeli jego użycie może wydawać się groteskowe i skłaniać do żartów.
    • Avatar
      The Beatle 29.05.2016 16:25
      Faktycznie, przyznaję, że sformułowanie ze słowem „zignorują” zostało przeze mnie użyte niefortunnie, bo może sugerować niską zagrywkę podbudowującą moją opinię przez deprecjację innych, „ignorujących” wady. Miałem tu bardziej na myśli inne rozłożenie wagi na elementy filmu skutkujące wyraźnie różnym odbiorem przy bardzo podobnych założeniach wyjściowych. Zwykle nie przepadam za sformułowaniami typu „dla mnie to słabe, ale to moja opinia”, choć z nieco innych powodów – moim zdaniem poniekąd mogą obrazić inteligencję widza, bo to trochę jak przypominanie w co drugim akapicie „czytacie państwo recenzję, która z definicji ma obrazować opinię”, nie mówiąc o tym, że są oznaką niepewności co do własnych poglądów – jednak zdecydowałem się na to w tym przypadku, żeby podkreślić, że wspomniany efekt rozkładania wagi jest w tym przypadku dość silny. Nie zauważyłem jednak, że może to mieć negatywny wydźwięk. Nie wiem, jeszcze, czy będę próbował tu coś modyfikować, czy skończy się na wnioskach na przyszłość, aby bardziej uważać przy takich sformułowaniach, ale nie zrobiłem w tym przypadku najlepiej.

      Co do reszty, to niezbyt widzę, na czym ma polegać problem. Jeśli zaczniemy wchodzić w relatywizm schematyczności, to może okazać się, że koniec końców nie da się w recenzji napisać niczego, co nie psułoby części seansu. Logicznym jest, że pisząc o schematach, mam na myśli schematy akceptowane przez siebie i nie przeskoczy się nad tym, ani nie zrobi „recenzji dla każdego”.
      Owo wyczucie tego, co można napisać, wskazało mi, że powinienem uprzedzić o możliwości pojawienia się w tekście większej liczby konkretnych informacji, niż takiej, której można by się spodziewać – stąd sformułowanie z drugiego akapitu. W przypadku tego anime nie potrafiłbym napisać tekstu o satysfakcjonujących mnie długości i rozbudowaniu argumentacji bez odwoływania się do faktów – przy czym oczywiście zachowałem rozsądek i wiedziałem, że zdradzenie głównych zwrotów akcji czy zakończenia jest w każdym przypadku nieodpowiednie. Nie czuję się jednak przykuty konwencją, w której muszę pisać, nie stosując takich zabiegów. Przeciwnie, jako docelowego odbiorcę zwykle staram się obierać kogoś, kto już obejrzał anime – sam jestem tym typem czytelnika, więc trudno mi jest się postawić w pozycji kogoś, dla kogo tytuł jest nowy – i skupiam się bardziej na części analityczno­‑opiniującej niż na informacyjnej.
      Jeśli chodzi o „nawet najbardziej przewidywalne rozwiązania”, to celowo zastosowałem tu hiperbolizację, żeby zwiększyć grupę osób, które przeczytają tekst, bo stwierdzą, że to nie o nich chodzi. Nie stoi to też w sprzeczności z moim zdaniem, bo faktycznie to, o czym piszę, nie zdradza szczególnie wiele. Tak użyty zabieg ma to do siebie, że raczej nikogo nie urazi, bo nikt z własnej woli nie zaliczy się do grupy osób, które są wyjątkowo słabo domyślne – prędzej albo przeczyta tekst, będąc uprzedzonym i świadomym, albo stwierdzi „uważam się za domyślnego, ale i tak wolę nie znać żadnych konkretów przed seansem”.

      Teraz już wchodząc w dyskusję nieco w oderwaniu od recenzji i od tego, że jestem osobą, która ją napisała: nie do końca rozumiem Twoją opinię o filmie. Albo inaczej – rozumiem ją, ale nie potrafię się postawić w Twojej pozycji. Zwyczajnie objaśnienia o rozwoju fabuły i tajemnicach bohaterów są jak dla mnie dość mgliste. Mogę się odnieść tylko do walki z problemami młodych ludzi – jak dla mnie tu wybrano nieodkrywczą, przewidywalną i (niech będzie) szablonową drogę, żeby to ukazać. Kokoro ga Sakebitagatterunda może tu sobie podać rękę z Shoujo­‑tachi wa Kouya wo Mezasu, oczywiście z poprawką na to, że to drugie to seria telewizyjna. O ile problem Jun doczekał się właściwego podejścia, o tyle kwestie przedstawienia, pobocznych wątków romantycznych, czy tego nieszczęsnego Daikiego, były wyjątkowo nieciekawe.

      No a z jajkiem to z mojej strony były tylko drobne żarty – to chyba widać, bo nigdzie bezpośrednio nie dotykam tej kwestii. Zresztą byłoby to bardzo niskim zagraniem, czepiać się o taki szczegół; za to niewinne podśmiewanie się, jakoś sprzyjające kompozycji tekstu uważam za jak najbardziej na miejscu.
      Sam motyw do mnie nie trafił, bo mógłby sobie być – przez swoją prostotę przekonywał, że np. w kwestii Jun to wynika z dziecięcej wyobraźni – natomiast użyto go też komicznie m.in. przy roli Daikiego w przedstawieniu. Tam chyba miało to bawić, a mnie raczej żenowało, bo to nie był specjalnie kreatywny humor.
  • Avatar
    R
    Amarena 28.05.2016 11:33
    Ocena muzyki to totalne nieporozumienie
    Recenzent nie ma bladego pojęcia o muzyce, komponowaniu utworów i aranżacji, ale oczywiście musi się wypowiedzieć jako zupełny ignorant, w dodatku oczywiście w tonie krytycznym. No ale skoro nawet nie rozpoznał ani „Somewhere over the rainbow”, ani Sonaty Patetycznej, to jak miał docenić FANTASTYCZNY mashup skomponowany przez bohatera?
    A stwierdzenie, że:
    Zaadaptowano je zwyczajnie z pewnym lekceważeniem pierwowzoru, niejako kradnąc melodię, co jest słyszalne w zupełnie innym podejściu od strony wokalnej.

    jest dla recenzenta już zupełnie kompromitujące i dyskwalifikujące! Recenzent nawet nie rozpoznał pierwowzorów, ale jakimś cudem posiadł wiedzę, że zaadaptowano je z lekceważeniem (na czym niby to lekceważenie miałoby polegać, tego niestety już nam nie raczył wytłumaczyć).
    A na sformułowanie „kradnąc melodię” to już zwyczajnie ręce opadają! W anime zostało wyraźnie powiedziane, że bohater nie jest w stanie zdążyć skomponować piosenek na przedstawienie, więc będzie się posiłkował utworami już stworzonymi (on grał szlagiery, a reszta wybierała które im się podobają). Dokonał aranżacji w sposób bardzo twórczy i pomysłowy, a jednocześnie nie przekraczający możliwości kompozycyjnych nastolatka. I to jest tu właśnie najważniejsze:
    Bohater nie jest tu jakimś cudakiem jak w „Shigatsu wa Kimi no Uso”, tylko zwyczajnym nastolatkiem, który potrafi grać na pianinie jak zwyczajny nastolatek. Gra i komponuje na poziomie nastolatka, a pozostali śpiewają piosenki jak nastolatkowie, którzy nigdy nie pobierali nauki śpiewu.
    Jeśli dla kogoś zachowanie elementarnego realizmu ma być zarzutem przeciwko temu tytułowi, to znaczy że nie wyrósł jeszcze z Highschool Musical.
    • Avatar
      The Beatle 28.05.2016 19:23
      Re: Ocena muzyki to totalne nieporozumienie
      Nie wiem, czy dobrze robię, zabierając się do odpowiedzi, bo nie jestem pewien, czy jej oczekujesz, ale jednak spróbuję. Przede wszystkim w Twojej wypowiedzi jest więcej domysłów i pokrętnego rozumowania niż dyskusji z faktycznym tekstem. Z tego powodu z przyczyn praktycznych nie odpowiem na wszystko – niektóre Twoje zapędy funkcjonują w oderwaniu od tego, co można wywnioskować z recenzji i to w nich leży problem, nie w tekście.

      To, że nie zidentyfikowałem utworów imiennie, nie oznacza, że ich nie rozpoznałem podczas seansu. Wyraźnie napisałem przecież, że wydawało mi się, iż już je słyszałem (nie pisałem o pewności, gdyż rzeczywiście jej nie miałem). Między seansem a przygotowaniem się do recenzji minęło trochę czasu i wówczas mogłem też zapomnieć, co dokładnie zostało wykorzystane w filmie, licząc na to, że w przypomnieniu pomoże mi ścieżka dźwiękowa. I tutaj chyba leży błąd, bo wśród dostępnych mi utworów nie odnalazłem wyżej wspomnianych. Szczególnie tyczy się to Somewhere over the Rainbow, którego nawet umyślnie szukałem, kojarząc, że pojawiło się w anime, jednakże nie zalazłszy go w OST, stwierdziłem, że musiało mi się przesłyszeć.
      Poza tym wyliczenie wszystkich zaaranżowanych tu utworów podnosi wiarygodność mojej opinii, ale niezrobienie tego, ograniczając się do paru, wcale jej nie dyskredytuje. Proszę nie wyolbrzymiać.

      Imienne rozpoznanie pierwowzorów nie jest również konieczne do oceny aranżacji – wystarczy obraz wzorcowej melodii, bez znajomości szczegółów na temat kompozytora, choć oczywiście mogą one pomóc przy analizie.

      na czym niby to lekceważenie miałoby polegać, tego niestety już nam nie raczył wytłumaczyć
      Raczył: „co jest słyszalne w zupełnie innym podejściu od strony wokalnej”. A więc polegało to na nie do końca odpowiednim wokalu. Ponieważ uznałem, że dalsze zagłębianie się w sprawę rozbija się o semantykę w stylu „melodię cechuje nostalgia, której nie dało się odczuć w płaskim wokalu”, która mogłaby zostać źle zrozumiana, jak również przez to, że nie czułem potrzeby roztrząsania kwestii, zdecydowałem się oprzeć tę opinię na poziomie „mnie się to nie do końca podobało”. Czy w takim podejściu jest coś błędnego?

      Sprawę realizmu w części musicalowej tytułu i tego, czy broni on takiego a nie innego wykonania, staram się wyjaśnić w komentarzu niżej, więc nie będę się tu powtarzał i odsyłam tam.
  • Avatar
    R
    ~ 28.05.2016 09:21
    nieładnie recenzencie
    Kolejny przypadek z cyklu: recenzentowi nie podoba się anime, więc w pierwszym akapicie wali spoilerem dotyczącym twistu z końcówki. W tym przypadku mam na myśli:
     kliknij: ukryte 
    O ile nie jest to coś, czego nie można się domyślić, to taka interpretacja wydarzeń wcale nie jest oczywista (choćby patrząc na wcześniejsze anime twórców Kokoro ga Sakebitagatterunda).

    Pozostaje mi mieć nadzieję, że recenzent wykaże się odwagą cywilną i przyzna się do błędu, zamiast nabierać wody w usta, czy próbować odwracać kota ogonem (co też się zdarza na tanuki). Wtedy wystarczy dodać ostrzeżenie, że recenzja jest spoilerująca i wszystko będzie ok.

    --------------------------------------
    Co do reszty recenzji, to z niektórymi rzeczami mogę się zgodzić, z innymi nie (to, jak się układają relacje między postaciami to dla mnie zdecydowanie nie jest „szczegół nieistotny dla całości fabuły”).

    Jednak akapit poświęcony muzyce to kompletne nieporozumienie. The Beatle stara się w nim przedstawić sytuację tak, że twórcy anime chcieli zrobić musical, ale im nie wyszło. Tymczasem mamy tu do czynienia licealistami, którzy tworząc amatorskie przedstawienie muszą pogodzić się ze swoimi ograniczeniami. Stąd też uważnego widza – w przeciwieństwie do recenzenta – nie zaskoczy, że do nowych tekstów są dobrane melodie „evergreenów” (bohater stwierdza, że tyle właśnie będzie mógł zrobić). O ile w innych anime zwykle okazuje się, że w grupie jest jakiś geniusz muzyczny, który stworzy muzykę, zaśpiewa i jeszcze może zatańczy w popisowy sposób, tak tu twórcy podeszli do tematu w bardziej przyziemny sposób.
    • Avatar
      The Beatle 28.05.2016 18:37
      Re: nieładnie recenzencie
      Pozostaje mi mieć nadzieję, że recenzent wykaże się odwagą cywilną i przyzna się do błędu, zamiast nabierać wody w usta, czy próbować odwracać kota ogonem (co też się zdarza na tanuki).
      Obiecać mogę jedynie, że zareaguję na komentarz i stosownie odpowiem. Cenię sobie feedback we wszelkiej postaci i na pewno nie zamierzam bronić tekstu, atakując negatywne opinie na jego temat.

      Kolejny przypadek z cyklu: recenzentowi nie podoba się anime, więc w pierwszym akapicie wali spoilerem dotyczącym twistu z końcówki.
      Ta insynuacja idzie zbyt daleko i zdecydowanie nie wskazuje moich intencji. Przykro mi, że tak skrajnie to odczytujesz.

      Co do samego rzekomego spoilera, mogę się przyznać tylko do tego, że nie rozważałem punktu widzenia, w którym ta informacja psułaby w jakiś sposób seans – zwyczajnie dla mnie od samego początku było oczywiste, jak się mają sprawy i nie widziałem miejsca dla niczego innego. Po otrzymaniu odzewu podtrzymuję swój pogląd i dlatego nie uznaję tego za błąd. Możliwe, że nie jest to podane widzowi bezpośrednio, ale naprawdę jak dla mnie nie istnieje inne rozwiązanie sytuacji z początku anime. Już tag „realizm” stojący w informacjach o tytule ma identyczny wpływ na wyjaśnianie fabuły. Rozumiem jednak, skąd mógł się wziąć taki pogląd. Mianowicie, później w filmie pojawia się scena, w której  kliknij: ukryte  Sęk jednak w tym, że jest to scena nacechowana czysto emocjonalnie, nie będąca wyjaśnieniem fabuły. Innymi słowy z perspektywy widza jest to rozwiązanie konfliktu, ale nie rozwiązanie zagadki, gdyż tej drugiej nie ma w anime.
      Jeśli problem jest nieco innej natury, niż to, jak zrozumiałem Twoją wypowiedź, proszę o rozwinięcie.

      Mam nadzieję, że nie obrazisz się, jeśli odniosę się do reszty komentarza – nie chcę tu na siłę wciskać swoich racji, ale nie odmówię sobie możliwości dyskusji o czymś, co przeanalizowałem trochę dokładniej niż zwykle.

      to, jak się układają relacje między postaciami to dla mnie zdecydowanie nie jest „szczegół nieistotny dla całości fabuły”
      Nie pisałem w tekście o relacjach między postaciami, ale o ostatecznym rozwiązaniu wątków romantycznych. Waga fabularna tego jest niewielka, bo nie wzbogaca ani nie rozwija poprzednich wydarzeń (w zasadzie do momentu rozstrzygnięcia każda opcja wchodziła w grę), a kontemplacji tego rozwiązania nie poświęcono dużo czasu. (Czas antenowy jest chyba najbardziej sprawiedliwą miarą wagi fabularnej – w końcu to jedyna uniwersalna „waluta”, jaką dysponują filmy i seriale.)

      The Beatle stara się w nim przedstawić sytuację tak, że twórcy anime chcieli zrobić musical, ale im nie wyszło. Tymczasem mamy tu do czynienia licealistami, którzy tworząc amatorskie przedstawienie muszą pogodzić się ze swoimi ograniczeniami. Stąd też uważnego widza – w przeciwieństwie do recenzenta – nie zaskoczy, że do nowych tekstów są dobrane melodie „evergreenów” (bohater stwierdza, że tyle właśnie będzie mógł zrobić). O ile w innych anime zwykle okazuje się, że w grupie jest jakiś geniusz muzyczny, który stworzy muzykę, zaśpiewa i jeszcze może zatańczy w popisowy sposób, tak tu twórcy podeszli do tematu w bardziej przyziemny sposób.
      Przy założeniu, że jest faktycznie tak, jak piszesz, pojawia się pewien problem. Realizm nie zawsze musi być pozytywny, bo koniec końców film przynależy do medium rozrywkowego i ważniejsze jest, żeby przedstawiana sytuacja była „ciekawa” i „ładna” niż „typowa”, „realistyczna”. W tym konkretnym przypadku Kokoro ga Sakebitagatterunda, przedstawiając wystawianie musicalu w taki sposób, samo postawiło nogę na terytorium tego gatunku. Występowi i przygotowanym piosenkom poświęcane jest sporo czasu, a do tego ukazuje się to w sposób artystyczny, a nie tylko fabularny. W takich okolicznościach widz ma prawo wymagać, żeby to, co zobaczy i czego posłucha było warte zobaczenia i posłuchania, a nie tylko hołdowało realizmowi. W innej koncepcji, ze skróconym występem i większym naciskiem na samą pracę nad tymże, nie zarzucałbym nic filmowi właśnie z powodu, o którym piszesz.
      Mam jednak podstawy, by twierdzić, że anime nie miało być pod tym względem realistyczne. O jednej kwestii już wspomniałem, czyli o czasie trwania i artyzmie – w realistycznych założeniach ukazanie występu miałoby inny charakter już na poziomie tego, jak to zostało wyreżyserowane. Do tego, podchodząc do sprawy bardziej technicznie, trzeba zauważyć, że przy występie głosy śpiewających bohaterów nie były głosami ich seiyuu (dotyczy solistów, bo co do chóru nie jestem pewien). Oznacza to, że starano się postawić na wyższy poziom, niż występ licealistów, którym kazano śpiewać (to byłoby wiarygodniej zrealizowane przez aktorów wcielających się w postacie) – złamano realizm i sprawiono, że nie broni on przed potencjalnymi zarzutami w kierunku muzyki tytułu.
  • Avatar
    A
    MiyuMisaki 29.04.2016 20:37
    8/10, niech stracę.
    Mimo że momentami zajeżdżało schematycznym układem dla tego typu anime było niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju i przynajmniej mnie, chociaż trudno mnie wzruszyć, momentami mocno wzruszało i chwytało za serce.
    Nie było doskonałe, czasem leciutko przeciągane, nudnawe, nużące, ale ogółem było w nim coś niezwykłego, bardzo życiowego na swój sposób.
    7/10 daję po prostu poprawnym, fajnym, ciekawym seriom, 8/10 i wyżej tym, które już u mnie zaplusowały osobiście. No i ta do takich należy, bo czuję, że zapadnie mi w pamięć.
    No i zakończenie – niespodziewane, to na pewno.
    • Avatar
      J ♣ 29.04.2016 22:20
      Re: 8/10, niech stracę.
      Potwierdzam! Bardzo dobry film, z fantastycznie wykorzystaną muzyką.