Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 4/10 grafika: 6/10
fabuła: 4/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,50

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 38
Średnia: 5,32
σ=1,99

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Easnadh)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Norn9: Norn + Nonetto

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • NORN9 ノルン+ノネット
Gatunki: Przygodowe, Romans
zrzutka

Wyjątkowa promocja! Dziś do jednej heroiny dodajemy dwie gratis, plus zapas bishounenów. I do tego koszyk brzoskwiń.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Początek tego anime jest tak durny, że zamiast akapitu wprowadzającego miałam ochotę wkleić mem z Jackie Chanem. Otóż: jest zima, a na drzewach rosną jabłka. Japonia, rok 1919. Nieznająca swego imienia różowowłosa dziewczyna brnie przez zaspy, dążąc do sobie tylko znanego celu, skąd ma zabrać ją tajemniczy statek. Kiedyś pewien tajemniczy do kwadratu Wędrowiec dał jej szkolny mundurek i obiecał: „Kiedy będziesz wystarczająco duża, by móc go nosić, przybędą po ciebie”. Czysty bełkot po procentach, ale niestety dziewczyna ze względu na swoją niebezpieczną moc jest społecznym wyrzutkiem, więc nie ma nikogo, kto by jej powiedział, żeby nie rozmawiać z obcymi… Jak to zwykle bywa z głównymi bohaterkami tego typu produkcji, w którymś momencie heroina potyka się o własne nogi i prawie wpada do lodowatego jeziora – lecz w ostatniej chwili ratuje ją przystojny jasnowłosy młodzian, używający mocy władania roślinami. Po czym przedstawia się jako Kakeru i zabiera ją na wyżej wspomniany statek, czyli „Norn” – unoszącą się i latającą nie wiadomo jakim sposobem ogromną kulę, w której znajduje się jakby trzypoziomowe miasto, gdzie czekają na nich inni nastolatkowie obdarzeni mocami: dwie dziewczyny i siedmiu chłopców. Z woli „Świata” (zakładam, że to tajemnicza do sześcianu organizacja) mają oni za zadanie strzec pokoju na świecie i chronić go przed ewentualną wojną. Nie wszystkim się to jednak podoba… Jakby tego było mało, nagle z niewiadomych powodów i w niewiadomym celu na statku pojawia się kolejny dodatkowy pasażer – dwunastoletni chłopiec z przyszłości, Sorata, który pomimo zapewnień gospodarzy, iż są jedynymi ludźmi na pokładzie, od czasu do czasu widuje tajemniczą do potęgi n­‑tej długowłosą, eteryczną dziewoję.

Strasznie dużo się dzieje, jak na adaptację otome game, prawda? Nawet jeśli powyższy akapit brzmi trochę bez sensu. Ale to tylko pozory, przynajmniej z tą wartką akcją. Gdy zdrapie się obiecująco wyglądającą wierzchnią warstwę fabuły, pod spodem znaleźć możemy jedynie bezkształtną niezidentyfikowaną masę. Z kolei, chociaż na wstępie jest tylko trochę bez sensu, to z czasem robi się o wiele bardziej – bardziej bez sensu, przynajmniej patrząc na wydarzenia całościowo. Osobiście uważam, że rozpatrując fabułę anime, należałoby wydzielić i z osobna ocenić trzy wątki, jako że niektóre prezentują się lepiej niż inne: wątek romantyczny, wątek ratowania świata, wojny i tajemniczego do zabrakło­‑mi­‑już­‑potęgi Resetu oraz wątek Soraty i eterycznej dziewoi. Bo chociaż obecność jakiegokolwiek tła fabularnego niezwiązanego z miłostkami jest zdecydowanym plusem w produkcjach opowiadających o wyrywaniu chłopaków, to owo tło w Norn9: Norn + Nonetto, kiedy rozwieją się mgły tajemnic i ujrzymy całość, jest dziurawe jak nadżarty przez mole pięćsetletni arras. Sam pomysł z wojną i próbującymi jej zapobiec nastolatkami jest niezły. Bardzo wyeksploatowany i nieoryginalny, ale gdyby nad nim trochę więcej popracowano, na pewno prezentowałby się lepiej, a w połączeniu z wątkiem romantycznym raczej ratowałby anime, niż ciągnął w dół. Era Taishou ma w sobie coś pociągającego i nostalgicznego, nie uważacie? A era Taishou z futurystycznymi (a nie steam- bądź dieselpunkowymi) statkami kosmicznymi i myśliwcami – chyba jeszcze czegoś takiego nie widziałam. Niestety, nie zostaje nam wyjaśnione, jak działa to wszystko, na jakiej zasadzie w świecie przedstawionym współistnieje magia i technika, o co chodzi z tą wojną i kto bije się z kim; to samo dotyczy całej masy innych rzeczy, w które nie będę się zagłębiać, żeby nie spoilerować. W grze pewnie nie było takiej potrzeby, bo w końcu skoro moim celem jest poderwanie jednego, kilku bądź wszystkich bishounenów po kolei, to dlaczego miałabym pytać, jakim cudem „Norn” unosi się w powietrzu? Problem polega na tym, że anime zmienia kilka rzeczy, a o ile mi wiadomo, końcówka już w ogóle jest fantazją scenarzystów, czemu się nie dziwię, bo w życiu nie dałabym rady połączyć różnych „ścieżek” z gry w sensowną całość. Teoretycznie można było więc dodać tu i ówdzie jakieś wyjaśnienia i spróbować uczynić świat przedstawiony nieco logiczniejszym. Ale po co, skoro ważniejsze jest romansowanie…

Jeśli chodzi o wątki romantyczne – tu zostałam mile zaskoczona, chociaż twórcy nie ustrzegli się błędów. Przede wszystkim ucieszyła mnie liczba mnoga. Zaletą samej gry jest to, że możemy sobie wybrać heroinę, którą będziemy grać, nie jesteśmy więc skazani na ciapowatą, słodką Koharu (tę z akapitu wprowadzającego), i dlatego w anime jest ich więcej niż jedna. Jednocześnie żadna nie była spychana całkowicie w cień, twórcy poświęcali rozterkom miłosnym każdej z nich mniej więcej tyle samo czasu. Kolejną zaletą jest, że pary się w ogóle utworzyły, a później nie stroniły od jawnego okazywania sobie uczuć w ten czy inny sposób. Żadnego naciąganego niewinnego przyjacielsko­‑platonicznego biegania od jednego bishounena do drugiego, a potem jeszcze kilku innych przez całą serię. Brak elementu zaskoczenia (opening wręcz wypala nam przyszłe pary na gałkach ocznych) uważam jednak za sporą wadę. Poza tym miłosne dialogi polegające na wykrzykiwaniu na przemian swoich imion po pewnym czasie stają się irytujące – a jedna z par robi to nagminnie. Myślałam, że ten motyw dawno wyszedł z mody, bo denerwował już za czasów Miaki i Tamahome z Tajemnicy przeszłości.

Najbiedniej i najbardziej szkodliwie dla fabuły rozpatrywanej jako całość prezentuje się wątek Soraty. Na początku wszyscy się dziwią, a potem o przybyszu tak jakby zapominają; zresztą sam zainteresowany dość szybko wzrusza ramionami, bo nie jest w stanie nic z tym fantem zrobić. Zresztą, kto by się przejmował takimi detalami, jak przeniesienie w czasie i odkrycie ewentualnego sposobu na powrót do domu – o wiele bardziej interesująca jest tajemnicza długowłosa dziewoja, której nie widzi nikt inny… Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi – to znaczy wiem, bo przeczytałam porady do gry, ale bez tego nie dałabym sobie rady. Związek Soraty z ową dziewczyną w anime został jedynie bardzo lekko naszkicowany, tak naprawdę nie wiadomo co, jak i dlaczego, a w ogóle to skąd w tym wszystkim wziął się Główny Zły i kiedy się pojawił, jednak koniec serii sugeruje, iż twórcy są zadowoleni z siebie, bo wszystko wyjaśnili.

Niestety, postaci też nie mają szans na stanie się mocną stroną tego tytułu, jako że są sztampowe i jest ich zwyczajnie za dużo jak na dwanaście odcinków (odcinka „przypominającego” nr 9,5 nie liczę), przez co podwójnie szkodzą anime. Jak już wspominałam, heroiny są trzy. Najwięcej czasu poświęcono, niestety, najbardziej nijakiej, wyjątkowo niewinnej i zawsze pozytywnej Koharu. O wiele lepiej prezentują się obdarzona silnym charakterem i dużym poczuciem odpowiedzialności Mikoto oraz Nanami, na pierwszy rzut oka prezentująca tak lubiany przez Japończyków, a nielubiany przeze mnie „typ Rei Ayanami”. Dziewczyna okazała się jednak o wiele ciekawsza i bardziej ludzka, niż przypuszczałam; generalnie którakolwiek z nich jako „główniejsza” bohaterka wyszłaby Norn9 na zdrowie. Rozsądnie ograniczono liczbę konkurujących o względy kawalerów, część chłopców jest po prostu robiącymi sztuczny tłum statystami, o których nie dowiadujemy się prawie niczego. Podobnie jak dziewczęta, są oni raczej schematyczni i prezentują dość stały zestaw, między innymi tsundere, przyjaciela z dzieciństwa, buntownika, sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa, podrywacza, czy typ „starszego brata”. No tak, i jest jeszcze Sorata, o którym wszyscy zapominają, nawet mnie prawie się to udało przed chwilą. I tajemnicza eteryczna dziewoja. Oraz Główny Zły i jego Motyw. I mechaniczne kurczaki. W wolne miejsce upchnęły się jeszcze, bo jakżeby inaczej, Traumy Bohaterów. Jest tłumnie i bardzo ciasno. Ze względu na brak czasu antenowego, żadna z postaci nie miała okazji ani godnie się zaprezentować, ani rozwinąć, przez co właściwie nie ma szans na wzbudzenie sympatii widza. Na dodatek czasami podejmowane przez nie decyzje wydają się kompletnie „od czapy”, jako że twórcy postanawiają nagle wstawić do odcinka konkretny moment z gry, bo im to do czegoś potrzebne, a że nie ma on logicznego podparcia w tym, co działo się wcześniej – cóż z tego?…

Jak w większości przypadków adaptacji otome game, projekty postaci z gry są prześliczne. Dlatego tak bardzo zabolało zderzenie moich oczekiwań z rzeczywistością. Bywały momenty, że bohaterowie wyglądali ładnie, zwłaszcza w ostatnich odcinkach, kiedy mistyczna atmosfera i emocjonujące wydarzenia wymagały efektowności. O wiele częściej wyglądali krzywo, zwłaszcza z daleka, a najgorzej z bardzo daleka. Całkiem często bywało też, że nawet na zbliżeniach ich twarze wyglądały karykaturalnie. I to nawet w pierwszym odcinku, na realizację którego zwykle przeznacza się największe pieniądze, bo powinien zachęcić widza do dalszego seansu. Bez postaci ocena za grafikę na pewno byłaby wyższa, jako że tła w anime prezentowały się zwyczajnie prześlicznie. Jest ich dużo, są różnorodne oraz dopracowane, w przeciwieństwie do bohaterów. „Norn” jest uroczym, naprawdę pięknym miejscem i z chęcią bym go zwiedziła. Twórcy użyli bardzo miłej dla oka palety żywych barw: głównie błękitu, zieleni, różu, żółci i fioletu. Całkiem zgrabnie operowali też światłem, akcentując wydźwięk i atmosferę danej sceny. Animacja była… cóż, znośna, nawet ta komputerowa, chociaż najładniej prezentowały się króciutkie i rzadkie momenty, kiedy bohaterowie używali swoich mocy. Najwidoczniej większość pieniędzy poszło na tła i muzykę.

Oprócz krajobrazów klimat w anime budowała bowiem ścieżka dźwiękowa, zdecydowanie najlepszy aspekt Norn9. Podobnie jak w przypadku gry, kompozytorem był Kevin Penkin. Moje serce zdecydowanie podbiło Welcome to Norn; gdy na pierwszy plan wysuwał się dźwięk cymbałów, za każdym razem przechodził mnie dreszcz, wzbudzając uczucie niepokoju i wyczekiwania. Ale to nie jedyny przykład – wszystko, co słyszymy podczas seansu w tle wydarzeń, to kawał solidnej roboty zawierający zarówno klasycznie brzmiące utwory, jak i perełki, takie jak enigmatyczny wabik na widzów znany z pierwszego zwiastuna – przepiękne, śpiewane po szwedzku Vid en Horisont czy dramatyczny operowy śpiew kobiecy, przez który przebija się równie majestatyczny „śpiew” organów z przedostatniego odcinka. Piosenek otwierających i zamykających odcinki słuchałam z przyjemnością za każdym razem, obydwie są bowiem delikatne, subtelne i bardzo pasujące do całości, uzupełnione na dodatek ładnymi animacjami. Openingu Kazakiri nie przewinęłam ani razu. Wykonywany przez Nagi Yanagi (znaną na przykład z również udanego openingu do Amnesii), przypominał mi klimatem „orzeźwiające” i magiczne utwory śpiewane przez Maayę Sakamoto w Vision of Escaflowne – i jest to z mojej strony duży komplement. Warto jeszcze wspomnieć o piosence Nemuri no Kuni wykonywanej przez tajemniczą dziewoję – jej początek jest niemalże szeptany i brzmi, jakby osoba z trudem dobywała głosu, za co ponownie Nagi Yanagi należą się duże brawa, jako że owa postać w anime od bardzo, bardzo dawna nie wyrzekła ani słowa.

Przyznam, że Norn9: Norn + Nonetto oglądało mi się dość opornie, gdy musiałam czekać na kolejne odcinki, ponieważ historia przedstawiona w anime nie jest szczególnie wciągająca i bardzo wolno się rozkręca, a wydarzenia nabierają tempa dopiero gdzieś tak od połowy serii. Poczekałam więc, aż ukaże się wszystko – i tym oto magicznym sposobem fabuła stała się bardziej przyswajalna, zdecydowanie lepiej oglądać więc większą porcję naraz. To taka rada dla tych, którzy tego tytułu jeszcze nie widzieli, a chcieliby. Chociaż nie wiem, czy po przeczytaniu tej recenzji ktoś dojdzie do wniosku, że warto. Za to jedna rzecz Norn9 się zdecydowanie udała – dzięki prześlicznym tłom oraz temu, że można sobie wybrać bohaterkę z charakterem, a nie różową kukłę, teraz mam straszliwą ochotę zagrać w grę i gdybym mieszkała w Japonii, już pewnie stałaby u mnie na półce. I kontynuacja też. Tym samym studio Otomate zdobyłoby nową fankę i osobę skłonną do wydawania pieniędzy na jego produkty.

Easnadh, 9 czerwca 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Kinema Citrus, Orange
Autor: Otomate
Projekt: Kaori Seki, Kei Ajiki, Nozomi Imamura, Teita, Toshiki Nishi, Yukari Takeuchi
Reżyser: Takao Abo, Tetsuo Ichimura
Scenariusz: Natsuko Takahashi
Muzyka: Kevin Penkin

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Norn 9: Norn + Nonetto - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl