Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 6/10
fabuła: 5/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 71
Średnia: 5,65
σ=2,26

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Saijaku Muhai no Bahamut

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Undefeated Bahamut Chronicle
  • 最弱無敗の神装機竜[バハムート]
zrzutka

Kolejna adaptacja haremowej light novel. Tym razem szkoła prawie wyłącznie żeńska, mechy ukryte w mieczach i… zaskakująco mały ból głowy.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Pewnej księżycowej nocy młodzieniec imieniem Lux Arcadia goni po dachu kota. Niespodziewanie dla niego drewniana konstrukcja wali mu się pod nogami i spada on przez dziurę prosto do żeńskiej łaźni, lądując idealnie na nagusieńkiej Lisesharte Atismacie – latorośli królewskiego rodu. Bardzo niezadowolonej z tego powodu latorośli. Na szczęście chłopak nie traci zimnej krwi i zamiast panikować, komplementuje ciało dziewczyny. To, jak wydostał się stamtąd żywy, pozostanie tajemnicą.

Tradycją stało się już, że każdy sezon przynosi przynajmniej jedno anime typu „harem w magicznym liceum” i zima 2016 nie była tu wyjątkiem. Nudny plakat, niejapońsko brzmiące nazwiska, głupawy opis – nie trzeba było sprawdzać, żeby wiedzieć, że oto kolejna sztampowa light novel została przetworzona na anime. Początek serii nie próbuje nawet tego ukrywać, tylko radośnie serwuje nam pojedynek Luxa z Lishą, ich wspólną walkę z potworem i pogodzenie się. Potem chłopak oficjalnie zostaje przyjęty do Akademii Rycerskiej – szkoły, do której uczęszczają jedynie panie. Tani chwyt, który oczywiście owocuje zebraniem się wokół niego wianuszka dziewcząt, w różnym stopniu romantycznie zainteresowanych jego personą. Od tego momentu anime lekko wariuje, jako że, niespodzianka, posiada fabułę, która, o zgrozo, jest ciągła. Twórcy pojechali po bandzie i postanowili przeplatać wątki członkiń haremu, zwiedzanie magicznych Ruin i walkę z planami zamaskowanego antagonisty. Żadna z tych części nie dominuje znacząco nad resztą, a gdy łączą się, wychodzi to w miarę zgrabnie. Dla przykładu czwarty i piąty odcinek to jednocześnie rajd w poszukiwaniu artefaktów i część poświęcona rozwinięciu postaci należącej do haremu Krulcifer Einfolk, a znalazło się też miejsce na pokazanie charakteru i przeszłości Luxa.

Oczywiście ten styl narracji niesie ze sobą problemy, a największy z nich to słabość poszczególnych części, które napisane są bardzo sztampowo i raczej nudno. Mieszanie wątków złagodziło to, przynajmniej w moim przypadku, ale wywołało z kolei duże problemy z tempem akcji, która w ciągu jednego odcinka potrafi przejść od pokazu strojów kąpielowych (w tym próby wepchnięcia Luxa w bikini), przez honorowy pojedynek ze skomplikowaną motywacją, do ataku wielkiego mackowatego potwora. Trochę dużo naraz, prawda? Do wad serii zalicza się też fanserwis, którego ofiarą padają panie, ale również Lux (bo nie wiem, jak inaczej nazwać przebieranie go przez dwa odcinki za dziewczynę). Jest on uciążliwy, choć trzeba przyznać, że poza klejącą się do Luxa cycatą Philphie i incydentem z meido cafe nie drażnił mnie jakoś mocno. Nawet scena w łaźni nie była aż taka zła; właściwie w tym przypadku mogło być dużo, dużo gorzej.

Trochę lepiej wypadają w moich oczach postacie. Harem w Saijaku Muhai no Bahamut składa się z rozsądnej liczby czterech pań wyraźnie zadurzonych w Luxie i kilku pobocznych, których rola sprowadza się głównie do komentowania i wspierania poczynań reszty, a także okazjonalnych scen komediowych. Zanim jednak przejdziemy dalej, należałoby chyba wspomnieć coś więcej o Luxie Arcadii. Z samej natury „haremu w magicznym liceum” jest on postacią kiepsko zarysowaną. Poza chęcią ochrony przyjaciół i mroczną przeszłością, niemającą żadnego wpływu na jego teraźniejsze poczynania, nie ma on właściwie żadnych ciekawszych cech osobowości. Przyznam jednak, że nie zniechęciłem się do niego podczas serii. Bawiła mnie jego słodycz i niewinność, a jednocześnie podobało mi się to, że miał nieco więcej odwagi cywilnej niż początkowo zakładałem. Spodziewałem się typowego uciekania od jakichkolwiek erotycznych interakcji, jak to zwykle bywa, a jednak Lux zostawił mnie z przekonaniem, że gdyby w piątym odcinku Krulcifer nie zamierzała poprzestać na całowaniu, nasz bohater nie miałby nic przeciwko. Zapomnę o nim bardzo szybko, ale jak na serię haremową był to całkiem przyzwoity protagonista.

Opiszę adoratorki Luxa w kolejności od najlepszej do najgorszej, dlatego zacznę oczywiście od Krulcifer Einfolk. Ta niebieskowłosa młoda dama to bezsprzecznie najciekawsza postać serii. Ze swoją smutną przeszłością i matrymonialnymi problemami wchodzi w życie Luxa z butami i szantażem zmusza go do udawania jej chłopaka przed przyjeżdżającym w odwiedziny służącym jej rodu. Jeśli ktoś zastanawia się, czemu akurat on (poza oczywistymi powodami), to zapomniałem chyba wspomnieć, że Lux jest eks­‑księciem, co czyni z niego niczego sobie partię (przynajmniej w teorii, bo tak naprawdę ma to mało sensu, ale załóżmy, że to nieistotny szczegół). Krul zostaje przedstawiona jako zraniona emocjonalnie, ale generalnie dojrzała już kobieta i przez swoje uwodzicielskie zachowania i odczuwalną chemię z głównym bohaterem zupełnie przyćmiła resztę dziewcząt. Jej sceny pocałunków z Luxem są pod względem seksualnego napięcia jednymi z najlepiej pokazanych, jakie zdarzyło mi się widzieć (seksualnego podkreślam, nie romantycznego).

Reszta pań niestety nie przedstawia się nawet w połowie tak interesująco. Najsilniejsza w szkole Celistia, wprowadzona jako wróg wszystkich mężczyzn i ogólnie nieszczególnie miła osoba, szybko okazuje się ofiarą złej prasy i nieśmiałą nastolatką, mającą trudności z rozmawianiem z płcią przeciwną. Miała kilka porządniejszych scen, jej gadanie do siebie albo kota o tym, że jest samotna, było odrobinę wzruszające, a motywacja każąca jej trzymać Luxa z dala od niebezpieczeństw od biedy trzymała się kupy. Oprócz niej tolerowałem jeszcze Philphie Aingram – przyjaciółkę Luxa z dzieciństwa. Z początku niezmiernie mnie irytowała fanserwisowym „a pamiętasz jak w dzieciństwie…” i następującymi potem demonstracjami spania w jednym łóżku czy włażenia Arcadii do kąpieli. Do tego przez większość serii pokazywana była jako cycata, pozbawiona emocji lalka, celująca w dziwnie pojętą słodycz. Moja niechęć do niej została zneutralizowana jednak do obojętności, kiedy okazało się, że jej rola przyjaciółki z dzieciństwa nie sprowadzała się do mieszkania po sąsiedzku w nieokreślonej przeszłości, a do realnej pomocy Luxowi i jego rodzinie, gdy kilka lat wcześniej zostali wygnani z królewskiego dworu.

Ostatnią istotną członkinią haremu jest oczywiście Lisesharte Atismata – należąca do kategorii postaci, które określam jako spalone tsundere. Spalone, tak jak spalona może być fałszywa tożsamość, co jest określeniem bardzo adekwatnym do jej osoby. Jeśli chodzi o mnie, cały urok dziewcząt początkowo nastawionych do głównego bohatera negatywnie leży w ich powolnej przemianie i bezwiednym zakochiwaniu się w nim. Tak budowany kontrast zawsze mnie bawił, ostatnio jednak widzę bardzo niepokojący trend polegający na drastycznym przyspieszeniu tego procesu. To właśnie ma miejsce w przypadku Lishy, która na początku pierwszego odcinka została odarta z godności przez scenę w łaźni, zaś jej wrogość do Luxa pod koniec rzeczonego odcinka zostaje zastąpiona… dotykaniem miejsc erogennych z myślą o nim. Bardzo szybko zniechęciłem się do tej postaci i zaczęła mi ona przeszkadzać w każdej scenie, w jakiej się pojawiała, irytując niedojrzałością. Co gorsza, jako tsundere jest przez twórców traktowana jak domyślny wybór Luxa, co – patrząc na kompletny brak chemii pomiędzy tą dwójką – jest po prostu wzięte z sufitu. W narracji tej serii poza sceną w łaźni nie ma właściwie nic, co wiązałoby tę dwójkę jako parę i zarówno jako recenzent, jak i widz uważam ewentualny związek z Krulcifer za dużo bardziej satysfakcjonującą opcję.

Jeśli chodzi o oprawę audiowizualną Saijaku Muhai no Bahamut wypada przeciętnie. Projekty postaci są równie standardowe, co historia – wszystkie mają bardzo podobne twarze, a dziewczyny daje się rozróżnić praktycznie tylko po kolorach włosów, jako że noszą jednakowe mundurki. Wyjątkowo zauważalne jest to w przypadku Lisesharte i Celistii, dwóch blondynek, które zdarzało mi się pomylić, co w przypadku głównych bohaterów jest absolutnie niedopuszczalne, nawet z dużej odległości. Mało ambitne były też tła, narysowane niby całkiem ładnie, ale zupełnie statyczne, a do tego miejscami z rzucającymi się w oczy efektami trójwymiarowymi. Seria nadrabia odrobinę projektami Dragon Ride’ów, bojowych strojów bohaterów. Szczególnie przypadł mi do gustu minimalistyczny, biało­‑niebiesko­‑szary Fafnir, doskonale pasujący do korzystającej z niego błękitnowłosej Krulcifer. Moje wewnętrzne dziecko zachwyciły też umiejętności tychże maszyn. Mając ich mało do wymyślenia, twórcy starali się je jak najbardziej zróżnicować – i tak wspomniany wcześniej Fafnir to przewidujący przyszłość snajper, Tiamat Lisesharte to latający arsenał manipulujący grawitacją, a Lindworm Celistii nie dość, że strzelał błyskawicami, to jeszcze umiał się teleportować.

Zupełnie rozczarowała mnie za to muzyka. Choć opening był całkiem dobry, a ending z pewnością nadawał się na kandydata do czołówki sezonu, reszta ścieżki dźwiękowej okazała się bardzo nudna. Pomijając może ze dwa lepsze bitewne utwory, większość brzmiała, jakby kompozytor nie włożył zupełnie serca w jej tworzenie, a bywały i momenty, które kojarzyły mi się z tandetnymi podkładami muzycznymi, prosto z otchłani „gry online” wpisanego do Google’a. Japońscy aktorzy głosowi jak zwykle stanęli na wysokości zadania, przy czym można zwrócić uwagę na występ Mutsumi Tamury, podkładającej zarówno męską, jak i żeńską wersję głosu Luxa. Przeszkadzały mi jednak, i to dość mocno, niejapońsko brzmiące nazwy – od imion bohaterów po potwory nazywane Otchłaniami (Abyss w oryginale). Nie tylko brzmią one śmiesznie obco i wymuszenie „epicko”, ale sprawiają również oczywiste problemy w wymawianiu aktorom, przez co dostajemy drażniącą uszy dawkę „engrisza”.

Podczas pisania recenzji spędziłem sporo czasu, myśląc o tym, jaką notę dać Saijaku Muhai no Bahamut. Z jednej strony, gdyby ktoś zapytał mnie, czy jest to dobre anime, padłoby szybkie, zdecydowane „nie”, a z drugiej, zapytany o to, czy oglądało się przyjemnie, prawdopodobnie wybąkałbym jakieś ciche, nieśmiałe „tak”. Niemęski i przesłodzony Lux z trudnych do opisania powodów przypadł mi do gustu, z jego haremu drażniła mnie tylko Lisesharte, historia sprawnie maskowała swoje największe słabości, a komediowe wstawki bawiły mnie bardziej, niż jestem gotowy przyznać. W takich chwilach bardzo brakuje mi idealnie środkowej oceny na skali i chyba skończy się na tym, że ten nieszczęsny „harem w magicznym liceum” dostanie pozytywną ocenę.

Ao desu, 21 kwietnia 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Lerche
Autor: Senri Akatsuki
Projekt: Ayumu Kasuga, Keiko Kurosawa
Reżyser: Masaomi Andou
Scenariusz: Yuuko Kakihara
Muzyka: Akito Matsuda

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Saijaku Muhai no Bahamut - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl