Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 4/10
fabuła: 6/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 45
Średnia: 5,64
σ=2,11

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Karo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Qualidea Code

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • クオリディア・コード
Widownia: Shounen; Postaci: Obcy, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Przyszłość; Inne: Supermoce
zrzutka

Na pierwszy rzut oka – kolejna sztampowa historia o obdarzonych supermocami nastolatkach, broniących Ziemi przed Obcymi. Po dokładniejszym rozpoznaniu – interesujący eksperyment narracyjny, do którego powodzenia zabrakło odrobinę lepszej fabuły.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

W bliżej nieokreślonej przyszłości Ziemia zaatakowana została przez tajemniczą rasę „Nieznanych”. Znajdująca się na straconej pozycji ludzkość (a ściślej Japonia), celem ratowania gatunku, podjęła dramatyczną decyzję o wprowadzeniu wszystkich nieletnich obywateli w stan hibernacji i ukryciu ich w specjalnych podziemnych bunkrach. Parę dekad później, kiedy sytuacja militarna staje się nieco bardziej ustabilizowana, małoletni cywile zaczynają być powoli wybudzani. Okazuje się jednak, że podczas hibernacji ich ciała z niewiadomych przyczyn nabrały nadnaturalnych właściwości. W zależności od osobnika wybudzeni wykazują się np. znacznie zwiększoną siłą fizyczną, wyostrzeniem zmysłów, umiejętnością kontroli grawitacji czy telepatią. Szybko pojawia się więc pomysł uczynienia z nich trzonu armii do walki z Obcymi, w dalszym ciągu nękającymi Ziemię. Młodzi rozmieszczeni zostają w trzech obsadzonych przez ludzkość miastach Japonii: Tokio, Kanagawie i Chibie. Przy użyciu nadprzyrodzonych mocy i pod nadzorem będących obecnie w mniejszości dorosłych mają za zadanie prowadzić zaciętą defensywę.

Sama fabularna koncepcja zaprezentowana w pierwszych odcinkach Qualidea Code ma raczej niewielkie szanse, aby wywrzeć na chociażby średnio wyrobionym odbiorcy jakiekolwiek pozytywne wrażenie. Nie dość, że nawet po uwzględnieniu reguł gatunkowych jest ona absurdalna i skrajnie niewiarygodna, to jeszcze z miejsca kojarzy się z czymś do bólu banalnym, przewidywalnym i wtórnym. Ma się bowiem poczucie oglądania kolejnej, absolutnie niczym niewyróżniającej się serii o obdarzonych supermocami nastolatkach walczących z pozaziemskimi najeźdźcami, wykrywających spiski w obozie broniącej się ludzkości i okazjonalnie zmagających się z problemami dorastania – schemat znany i poza kilkoma wyjątkami, chyba nawet nie jakoś szczególnie lubiany. Początkowo twórcy nie wydają się nawet w żaden sposób maskować tej wtórności, ponieważ wstępne odcinki opierają się na wręcz oburzająco wysłużonym schemacie „potwora tygodnia” – bohaterowie otrzymują informacje o nowym zagrożeniu i z mniejszymi bądź większymi trudnościami stawiają mu czoło, przechodząc przy tym bardzo nieznaczne zmiany charakterów i zacieśniając wzajemne relacje. I kiedy już skrajnie wynudzony brakiem jakiejkolwiek oryginalności widz zaczyna rozważać przerwanie seansu i zajęcie się czymś choć odrobinę ciekawszym, wówczas, gdzieś w okolicach czwartego odcinka, z serią zaczyna dziać się coś zaskakującego.

Dokładne opisanie zastosowanego tutaj zabiegu bez jednoczesnego zdradzania istotnych elementów fabuły z całą pewnością nie jest zadaniem prostym. Objawiająca się w późniejszych odcinkach oryginalność serii nie zawiera się bowiem w samej historii, ale w narracji, jaka zastosowana została do jej opowiedzenia. Na pierwszym planie Qualidea Code znajduje się sześciu bohaterów, podzielonych w pary i przypisanych do poszczególnych miast: inteligentny, ale leniwy Kasumi Chigusa i jego zblazowana młodsza siostra Asuha z Chiby, energiczna i porywcza Maihime Tenkawa wraz z emocjonalnie wstrzemięźliwą przyjaciółką Hotaru Rindou z Kanagawy oraz połączeni przedziwną więzią z pogranicza romansu i relacji brat­‑siostra – wieczna optymistka Canaria Utara i do przesady apodyktyczny Ichiya Suzaku z Tokio. Choć wszystkie postacie mają równorzędne znaczenie dla całości fabuły, to jednak niewiele jest momentów, w których „narracyjny obiektyw” poświęcałby każdemu z duetów jednakową ilość uwagi. I tak np. na samym początku anime subtelnie sugeruje, jakoby to para z Tokio stanowić miała wyłącznych bohaterów pierwszoplanowych. Widz szybko przekonuje się jednak, że to, co w pierwszej chwili uznał za główny leitmotiv serii – rozwój charakteru Suzaku i jego relacji z Canarią – postępuje w bardzo niekonwencjonalnym tempie i już po paru odcinkach znajduje satysfakcjonującą puentę. Obserwujące pierwszy plan „oko narratora” wykonuje wówczas gwałtowny zwrot i natychmiast zaczyna śledzić losy kolejnej pary, która do tej pory funkcjonowała jedynie na planie drugim, jako z pozoru mało istotne urozmaicenie głównego wątku. W zabiegu tym nie byłoby absolutnie niczego innowacyjnego, gdyby nie fakt, że kiedy dana postać przestaje funkcjonować w centrum opowiadanej historii, to przestają ją również obowiązywać wszystkie fabularne klisze przynależne protagonistom tego typu anime. Nie ma zatem żadnych przeciwwskazań, aby bohater, którego rozwój śledziliśmy przez kilka odcinków, został momentalnie uśmiercony, zapadł na chorobę psychiczną czy po prostu na pewien czas zniknął z ekranu, bez żadnej wyraźnej przyczyny ani szkody dla dalszego rozwoju fabuły. Ten w moim odczuciu eksperymentalny manewr ma zarówno bardzo wyraźne zalety, jak i wady. Z jednej strony sprawia, że całe anime staje się swego rodzaju grą z konwencją i oczekiwaniami odbiorcy, dzięki czemu momentami ogląda się je z naprawdę dużym zainteresowaniem. Z drugiej strony jednak, na dłuższą metę okazuje się tylko narracyjnym fortelem, odrobinę urozmaicającym śledzenie wyjątkowo przewidywalnej intrygi. Kiedy w finałowych odcinkach twórcy przestają prowadzić narracyjne eksperymenty i próbują budować napięcie w oparciu o samą fabułę, seans ponownie staje się odstręczająco nużący.

W podobny sposób zabieg ten oddziałuje na samych bohaterów. Sami w sobie nie są ani oryginalni, ani jakoś szczególnie skomplikowani (co chyba udało mi się wykazać w poprzednim akapicie, poprzez dość wyczerpujące scharakteryzowanie ich przy użyciu jednego zdania). Naprzemienne poświęcanie każdemu z nich niemal wyłącznej uwagi sprawia jednak, że w krótkim czasie prezentowani są oni w wielu skrajnie różniących się od siebie i wymagających odmiennych zachowań sytuacjach. Dzięki temu ich charaktery wydają się momentami zaskakująco plastyczne, a wzajemne relacje bardzo dynamiczne. Dany bohater nieraz potrafi zadziwić swoim zachowaniem, nawet jeśli w rzeczywistości nie wykracza ono poza przynależny jego stereotypowi fabularny schemat. Nie mamy tutaj zatem do czynienia z postaciami ciekawie napisanymi, a jedynie niekonwencjonalnie przedstawionymi. Przyznać jednak trzeba, że twórcy posługują się tym wybiegiem z dużą wprawą, unikając większości potencjalnych niedopowiedzeń czy niekonsekwencji. Po skończonym seansie widz nie ma wątpliwości co do przeszłości, motywacji czy kierunku rozwoju żadnego z pierwszoplanowych bohaterów, co biorąc pod uwagę długość serii, uważam za spore osiągnięcie. Szkoda tylko, że mocno odbiło się to na postaciach drugoplanowych. Te, o ile się okazjonalnie pojawiają, prezentują jedynie szczątkowe charaktery, a ich wkład w rozwój fabuły jest najczęściej znikomy.

Oprawa audiowizualna serii to natomiast od początku do końca równia pochyła. W pierwszych odcinkach animacja jest płynna i nie nadużywa widocznych efektów komputerowych, choć jednocześnie operuje raczej skromną ilością detali i bardzo ubogą paletą barw – odcieniami niebieskiego dla scen spokojniejszych i ciemnym czerwonym dla momentów, w których historia staje się bardziej dramatyczna. Z czasem jednak ilość klatek animacji spada tak drastycznie, że niektóre potyczki zaczynają przypominać pokazy slajdów, których dokładnego przebiegu trzeba się domyślać z kontekstu wypowiedzi bohaterów. Nijako wypada również warstwa stylistyczna. Projekty bohaterów to w większości przypadków połączenie szkolnych uniformów i wyposażenia bojowego z pogranicza science­‑fiction i fantasy. Nie najgorzej sprawdza się to u postaci pierwszoplanowych, którym ewidentnie poświęcono najwięcej uwagi, ale już w przypadku statystów wygląda po prostu idiotycznie. Armia jednakowo ubranych licealistów, latających na miotłach lub uzbrojonych w karabiny maszynowe, potrafi niezwykle skutecznie pozbawić powagi niemal każdą scenę. Tła, o ile pojawiają się w formie innej niż niebo czy ocean, są uproszczone do granic możliwości i prawie zawsze statyczne. Zdecydowanie najgorzej prezentują się jednak projekty „Nieznanych”, którzy niezależnie od rodzaju jednostki, czy to powietrznej, czy naziemnej, za każdym razem wyglądają jak pozbawione jakiejkolwiek wizualnej koncepcji, jasnoróżowe bryły. Muzyka natomiast – głównie całkiem przyjemna, okazjonalnie urozmaicana wokalem elektronika – robi dobre wrażenie do momentu, w którym widz uświadamia sobie, że cała ścieżka dźwiękowa składa się może z dziesięciu utworów, czasem tylko nieznacznie remiksowanych. W pamięci zostały mi jedynie: pierwszy opening Brave Freak Out, który dzięki bardzo chwytliwej melodii trafił na moją playlistę jako swego rodzaju „guilty pleasure” oraz śpiewany po angielsku przez jedną z bohaterek utwór Time To Go, którego tekst subtelnie nawiązuje do fabuły serii, brzmiąc jednocześnie tak, jak gdyby został napisany z myślą o byciu dzwonkiem do telefonu.

Być może nadinterpretuję, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że Qualidea Code miało być w zamyśle twórców serią eksperymentalną. O ile jednak w odniesieniu do anime termin ten oznacza najczęściej zastosowanie niekonwencjonalnej animacji, o tyle tutaj mamy do czynienia z eksperymentem na gatunkowej konwencji i narracji. Wielka szkoda, że w ostatecznym rozrachunku eksperyment ten okazał się nie do końca udany, a emisja serii przeszła raczej bez większego odzewu ze strony widowni. Kilka zastosowanych tu rozwiązań narracyjnych naprawdę mi się podobało i chętnie zobaczyłbym je w jakiejś ambitniejszej produkcji, wykorzystane w celu opowiedzenia autentycznie ciekawej historii, a nie jedynie jako wyszukany kamuflaż dla fabularnej wtórności i przewidywalności. Gdybym jednak miał Qualidea Code komukolwiek polecić, to paradoksalnie skierowałbym je przede wszystkim do widzów wyrobionych, którzy podobnych serii o nastolatkach ratujących Ziemię przed Obcymi kilka już w życiu widzieli. Tylko ktoś dobrze zaznajomiony z występującymi w tego typu anime fabularnymi kliszami będzie w stanie zauważyć i ewentualnie docenić niekonwencjonalny sposób prowadzenia bardzo schematycznej intrygi. Zaznaczam jednak, że nie rekomenduję tej produkcji jako wysokiej klasy rozrywki, a jedynie jako wartą sprawdzenia w wolnym czasie ciekawostkę. Ostrzegam też, że jest to rekomendacja ostrożna i w dużym stopniu subiektywna. Tam bowiem, gdzie ja doszukuję się odważnych innowacji, ktoś inny dostrzec może jedynie rozpaczliwe próby uzyskania jakiegokolwiek zainteresowania ze strony odbiorcy.

Karo, 27 października 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: A-1 Pictures
Autor: Koushi Tachibana, Sou Sagara, Wataru Watari
Projekt: Hisayuki Tabata, Matsuryuu
Reżyser: Ken'ichi Kawamura
Scenariusz: Koushi Tachibana, Sou Sagara, Wataru Watari
Muzyka: Taku Iwasaki

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Qualidea Code - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl