Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,33

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 14
Średnia: 4,71
σ=1,79

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

ēlDLIVE

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2017
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • エルドライブ
Tytuły powiązane:
zrzutka

Perypetie (nie)zwykłego nastolatka w galaktycznej policji. Seria trochę oldschoolowa i bardzo kolorowa.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Tylko mnie proszę nie pytać, po co jest ta kreseczka nad e – nie zauważyłam, żeby robiła jakąś różnicę w wymowie… Natomiast ēlDLIVE to nazwa kosmicznej policji – takiego interplanetarnego Interpolu, który zajmuje się pilnowaniem porządku we Wszechświecie. Z Ziemią na razie nie nawiązano stosunków dyplomatycznych (czytaj: Obcy nie raczyli nam powiedzieć, że istnieją), ale mimo to na naszej planecie przebywa sporo kosmitów, zarówno imigrantów, jak i zwykłych turystów. Dlatego na orbicie została zlokalizowana komenda rejonowa ēlDLIVE – nieszczególnie duża i prestiżowa jak na możliwości tej służby, ale przecież bardzo potrzebna.

O tym wszystkim pewnego dnia dowiaduje się Chuuta Kokonose, gimnazjalista, który z całych sił stara się nie wyróżniać i nie przeszkadzać nikomu, a mimo to ma wśród kolegów opinię dziwaka. Wprawdzie po wielu latach powinien się przyzwyczaić do głosu w głowie, komentującego jego poczynania, ale jednak nie potrafi się powstrzymać i czasem zaczyna się z nim kłócić – czyli, z punktu widzenia otoczenia, gadać do siebie. Cóż, ta zagadka wyjaśnia się już w pierwszym odcinku i jak łatwo zgadnąć, nie mamy do czynienia ze studium choroby psychicznej. Wewnątrz Chuuty egzystuje sobie sztucznie skonstruowana istota, tak zwany Monitalian, dzieło starożytnej i zaginionej rasy. Jest to przede wszystkim obserwator, jednak w odpowiednich okolicznościach może udzielać swojemu właścicielowi nadprzyrodzonych mocy… No i właśnie dlatego w wyniku zbiegu okoliczności i ogólnego zamieszania Chuuta zostaje wcielony w szeregi ēlDLIVE. Od tej pory musi godzić obowiązki stróża (kosmicznego) prawa z obowiązkami gimnazjalisty, a na początek udowodnić, że w ogóle się do tej roboty nadaje.

Fabuła podzielona jest na krótsze epizody poświęcone na wprowadzanie kolejnych postaci lub też pierwszych, bardzo jeszcze niejasnych wskazówek związanych z dłuższymi wątkami. Na tym właśnie polega największy problem tej serii. Z której strony by nie spojrzeć, ēlDLIVE to przygodówka w starym stylu, z gatunku tych, które w latach dziewięćdziesiątych czy też na początku lat dwutysięcznych mogłyby liczyć na dziesiątki odcinków. Owszem, w ich przypadku bolączką była zwykle rozwlekłość (tak jak w przypadku poprzedniej ekranizacji mangi Akiry Amano, Kateikyoushi Hitman Reborn), ale kawałek fabuły pokazany w ēlDLIVE to jeszcze sam wstęp i rozgrzewka, zanim zaczną się dziać naprawdę ciekawe rzeczy. W dodatku skracanie wydarzeń wydaje się czasem przesadne, w szczególności w wątku finałowym, któremu z całą pewnością przydałoby się trochę więcej czasu na wytworzenie stosownej natury zagrożenia. W rezultacie najbardziej udane wydawały mi się wątki poboczne, często prowadzone na drugim planie i poświęcone łapaniu najrozmaitszych kosmicznych kryminalistów – po prostu dlatego, że one przynajmniej były zgrabnie otwierane i zamykane.

Można też spróbować spojrzeć na fabułę pod innym kątem, ignorując powyższe zarzuty jako wady ekranizacji, ale nie materiału źródłowego. Wtedy znajdziemy tutaj dokładnie to, o czym pisałam powyżej – serię celowo staroświecką w stylu, nawiązującą do czasów, gdy science­‑fiction pełne było kosmitów w najróżniejszych kształtach i kolorach, ale zachowujących się z grubsza jak ludzie. Widać wtedy małe dziurki fabularne (które niestety mogą się rozrastać), jednak do pewnego stopnia przynależne do konwencji. Największa z nich wynika oczywiście z wymogów opowieści i polega na wypuszczaniu kompletnie niesprawdzonego (i umiarkowanie radzącego sobie w walce) żółtodzioba na kolejne misje, chociaż jako żywo ēlDLIVE nie ma aż takich kłopotów z personelem. Może też dziwić brak wsparcia dla ziemskiej bazy – jasne, z punktu widzenia centrali to komenda powiatowa na zabitej dechami prowincji, ale jednak zawierająca cenne zasoby ludzkie (oraz obiekty pod obserwacją), no i chyba atak zorganizowanej grupy przestępczej powinien być wystarczającym powodem do wysłania posiłków? To jednak są detale, które nie powinny szczególnie psuć przyjemności. Szczególnie że – umówmy się – seria nawet nie udaje, że jest superpoważna i od początku stawia na raczej lekki klimat, pozwalający wybaczyć więcej niedociągnięć.

Jako że na fabule nie można specjalnie polegać, ocena serii (oraz prawdopodobieństwo kontynuowania seansu) zależy głównie od tego, czy polubi się bohaterów. Chuuta nie robi najlepszego pierwszego wrażenia – wydaje się typowym jojczliwym i niezdecydowanym dzieciakiem, który głównie przeprasza wszystkich, że żyje, a mimo to co chwila wyrywa się przez przypadek z tekstem, który stawia go w złym świetle. Trzeba mu jednak przyznać, że stosunkowo szybko bierze się w garść i zaskakująco dobrze odnajduje się w szeregach ēlDLIVE – to znaczy faktycznie słucha rozkazów i przestrzega procedur, zamiast uznać, że teraz wszystko mu wolno. Sporo rzeczy w jego zachowaniu tłumaczy wypadek sprzed kilku lat, który przeżył jako jedyny z czwórki przyjaciół i po którym całkiem dosłownie musiał przepraszać, że żyje. Na pewno jest postacią sympatyczną i mającą spory potencjał rozwoju wraz z upływem fabuły, jednak to nie typ przebojowego protagonisty, a i jego możliwości – powiązane z rezydującym w nim Monitalianem – rozwijają się stosunkowo powoli.

Spośród pozostałej obsady warto wymienić Misuzu Sonokatę, czyli szkolną koleżankę Chuuty, która ku jego zdumieniu okazuje się także agentką ēlDLIVE. W dodatku, jako chłodno podchodząca do rzeczywistości perfekcjonistka, jest główną przeciwniczką wciągnięcia bohatera w szeregi kosmicznych służb porządkowych. Chociaż od początku widać, że jej główną rolą w fabule będzie zostanie partnerką służbową Chuuty, a także obiektem jego uczuć (przepraszam, to nie spoiler, to widać na pierwszy rzut oka!), ona także zapowiada się na postać udaną. Ponieważ ēlDLIVE to nie haremówka, Misuzu nie wpada w jedną z wygodnych szufladek, a jej postać i charakter są dość konsekwentnie rozwijane. Widać na przykład, że chociaż góruje nad Chuutą zarówno doświadczeniem, jak i (przynajmniej na tym etapie) umiejętnościami bojowymi, jest jednak nastoletnią dziewczyną i nie do wszystkiego podchodzi dojrzale i z namysłem.

Resztę towarzystwa można podzielić z grubsza na dwie kategorie. Tak się jakoś składa, że ważniejsi bohaterowie wyglądają jak ludzie, zaś czołówka od pierwszego odcinka podpowiada, komu przypadnie w udziale większa rola. Druga kategoria to „barwni kosmici”, czyli przede wszystkim personel ziemskiej komendy ēlDLIVE, którego członków da się zapamiętać bardziej po egzotycznym wyglądzie niż po indywidualnych cechach charakterów. Nie mówię, że całe to towarzystwo jest nieudane, ale znowu muszę przypomnieć, że na tym etapie fabuły bohaterowie drugoplanowi zostają najwyżej wprowadzeni na scenę, a ich osobowości pobieżnie zarysowane.

Wizualnie seria jest przyjemna dla oka, chociaż trudno ją określić jako pozycję wysokobudżetową. Ważniejsi bohaterowie są ładni – przystojni chłopcy i śliczne dziewczyny są w stylu dość klasycznym i chociaż tutaj nie sposób ich pomylić, nie jestem pewna, czy na przykład rozpoznałabym którąś z bohaterek, całkowicie wyrwaną z kontekstu. Chociaż z drugiej strony, w miarę nietypowe jest wykończenie cieniowania, czyli białe „refleksy świetlne”, nadające rysunkowi pewien charakter. Autorka mangi poszalała za to przy projektach Obcych, tworząc menażerię kolorową i chwilami mocno surrealistyczną, nawet jeśli podejrzanie często uproszczoną w kształtach. Przyznam, że mnie taka pomysłowość bardzo odpowiada, więc przyglądanie się pojawiającym się w tle kosmitom zdecydowanie umilało mi seans. Kontrowersyjny może być natomiast projekt Doru, czyli „zainstalowanego” w głównym bohaterze Monitaliana, wyglądającego jak główka maskotki osadzona na długiej szyi, wyrastającej z żołądka Chuuty. Nie chodzi mi nawet o to, że wygląda to niepoważnie – taki był zamysł i mówimy o autorce, która stworzyła postać bobasa­‑płatnego mordercy – ale jakoś tak wydaje się zarówno anatomicznie, jak i wizualnie ciut bez sensu, szczególnie wprawione w ruch. Animacja miejscami wznosi się powyżej średniej, ale w innych miejscach wyraźnie oszczędza – ogólny efekt jest przeciętny. Na pewno nie tak zły, jak na przykład w World Trigger, że przywołam pozycję z podobnego gatunku, ale jednak za bardzo polegający na zatrzymanych ujęciach i błyskach światła symbolizującego nadprzyrodzone moce.

Ponieważ Chuuta wygląda raczej smarkato, należy się cieszyć, że do jego roli nie zatrudniono kobiety, bo to już mogłaby być lekka przesada. Ayumu Murase to seiyuu interesujący i potrafiący grać zróżnicowane emocjonalnie role – słyszeliśmy go zarówno jako ekspresyjnego Hinatę w Haikyuu!!, jak i introwertycznego Ruiego Ninomiyę w Gatchaman CROWDS. To pewna sztuka, zagrać nieustannie niepewnego siebie Chuutę tak, żeby nie wpadać w jojczliwy ton, i wydaje mi się, że w tym przypadku udało się całkiem nieźle. Pewne pole do popisu miała także wcielająca się w Misuzu Saori Hayami (m.in. Saki w Higashi no Eden, Urara w Yamada­‑kun to 7­‑nin no Majo, Yukino w Yahari Ore no Seishun Love Come wa Machigatteiru, ale powiedzmy, że ona akurat nie po raz pierwszy ma okazję grać pewną siebie i nieprzystępną dziewczynę. Jako ciekawostkę można podać rolę Rie Kugimiyi, która zagrała Doru, ale niestety nie miała okazji przypomnieć, że także jest niezłą aktorką głosową – Monitalian ze swojej natury ma dość ograniczoną gamę emocji, więc niewiele dało się tu zrobić. Muzyki szczególnie nie zapamiętałam – odnoszę wrażenie, że Yasuharu Takanashi to dobry i doświadczony kompozytor, ale właśnie dlatego tworzone przez niego ścieżki dźwiękowe raczej wtapiają się w obraz niż pchają na pierwszy plan. W czołówce słyszymy Our Sympathy, podręcznikowy przykład energicznego openingu serii przygodowej, zaś napisom końcowym towarzyszy bardziej nastrojowa ballada Kimi no Koe ga…, równie typowa, chociaż przyjemna dla ucha.

Naprawdę chciałabym polecić tę serię wszystkim, którzy choć trochę tęsknią za tymi kolorowymi anime sprzed kilkunastu lat, będącymi po prostu fajnymi przygodówkami bez żadnych poważniejszych pretensji. Niestety w tej kategorii ēlDLIVE całkowicie skreśla jego długość. To nawet nie jest taki przypadek, jak Boku no Hero Academia, ponieważ tam w jednosezonowej pierwszej serii zamknięto dość wydarzeń i powiedziano dość o bohaterach, by mogła się obronić jako samodzielna całość. Tutaj widać, słychać i czuć, że fabuła nawet nie to, że się rozpędza – ona dopiero sprawdza ustawienie lusterek i zapina pas przed uruchomieniem silnika. Dlatego do samego końca wahałam się między oceną 6 a 7 – ostatecznie przyznałam wyższą po prostu dlatego, że seans wspominam przyjemnie, nawet jeśli zostawił głównie niedosyt.

Avellana, 13 kwietnia 2017

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio Pierrot
Autor: Akira Amano
Projekt: Han Seung-Ah, Keiichirou Matsui
Reżyser: Takeshi Furuta, Tomoya Tanaka
Scenariusz: Toshimitsu Takeuchi
Muzyka: Yasuharu Takanashi

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
ēlDLIVE - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl