Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

1/10
postaci: 1/10
fabuła: 2/10 muzyka: 1/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 2
Średnia: 6
σ=2

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (tamakara)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Doushitemo Furetakunai

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 84 min
Tytuły alternatywne:
  • どうしても触れたくない
Tytuły powiązane:
Gatunki: Dramat, Romans
Postaci: Pracownicy biurowi; Rating: Seks; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Live action, Shounen-ai/yaoi
zrzutka

Aktorska ekranizacja porządnej mangi BL. Film do opisania jednym słowem… Na P.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: tamakara

Recenzja / Opis

Co jakiś czas na naszym kochanym portalu pojawia się w różnej formie stwierdzenie, że ekranizuje się tylko głupawe komedie BL, a na poważniejsze tytuły nikt z producentów­‑decydentów nawet nie spojrzy. Sama tak chyba nawet powiedziałam raz czy dwa razy… stwierdzenie to jednak nacechowane jest straszliwą krótkowzrocznością, bo przecież te „poważniejsze tytuły” są jak najbardziej ekranizowane. Dostają ekranizacje aktorskie! Cieszcie się więc i radujcie… ci, którzy oglądacie coś więcej niż tylko anime. Albo i się nie cieszcie, bo te produkcje to prawdziwa kolekcja koszmarów kinematografii, przy których jedyne, co warto, to upić się z żalu. Doceńcie więc proszę, że do pracy nad poniższym tekstem zasiadłam całkowicie na trzeźwo.

Fabuła omawianego filmu stanowi dość wierne odzwierciedlenie mangowego pierwowzoru, znanego w naszym nadwiślańskim kraju jako Labirynt uczuć. Poznajmy Shimę, zamkniętego w sobie chłopaka po dwudziestce, który zaczyna nową pracę. Pierwszego dnia natyka się w windzie na mocno wczorajszego, śmierdzącego papierosami typa. Typ nazywa się Togawa i okazuje się luzackim szefem Shimy. Pierwsze wrażenie nie jest najlepsze, ale nie zapominajmy – to jest BL. A skoro BL, to panowie szybko zaczynają czuć do siebie „coś więcej”. Dla Togawy jest to zupełna nowość, do tej pory uważał się bowiem za hetero i chciał założyć zdrową, normalną rodzinę, zawierającą żonę i dzieci. Shima, świadomy swojego homoseksualizmu, wie, że związek z kimś takim jak Togawa może skończyć się jedynie katastrofą i boleśnie złamanym sercem. Tym bardziej że ledwo pozbierał się po zerwaniu z kimś bardzo podobnym. Czy warto to ciągnąć? Czy warto się angażować? Czy coś z tego w ogóle będzie? Do tego wszystko zostaje podlane bolesnymi wspomnieniami tragicznych wydarzeń z dzieciństwa. Jednym słowem: Dramat przez olbrzymie D! Jednak jakimś cudem wyszła z tego składna i wzruszająca historia. Manga to naprawdę porządny kawał romansu, pozbawiony natrętnej naiwności i odświeżający kilka startych klisz. Przyzwoite, nieobrażające inteligencji czytadło, które bez wstydu można wpisać na listę ulubionych. Jest to oczywista zasługa Kou Yonedy, która potrafi pisać scenariusze do swoich mang i potrafi przenieść je na karty komiksu. I w mandze to zadziałało, w filmie wręcz przeciwnie. Prawdopodobnie dlatego, że z Yonedy został tylko scenariusz, a wszystko inne zastąpiono drewnem i tekturą. Ha, a przed premierą wierzyłam, że tak dobrego materiału wyjściowego po prostu nie da się zepsuć. Naiwna! Wszystko da się zepsuć i ten film to udowadnia.

Napisałam wyżej, że film jest wierną adaptacją, ale właściwsze byłoby jednak stwierdzenie, że to parodia, albo wręcz karykatura. Ktoś wziął oryginał, wyprał go z emocji, wdzięku i humoru, a aktorom powiedział „panowie, gramy powoli”. No i panowie grają powoli. Powoli chodzą, powoli oddychają, bardzo ostrożnie wypowiadają swoje kwestie. Odtwórca roli Shimy, Kousuke Yonehara, zachowuje się karykaturalnie. Wiemy, że Shima ma być zdystansowany, zamknięty w sobie i sarkastyczny, Yonehara przez większość czasu robi więc minę à la sfochany przedszkolak, ewentualnie przybiera pozę kogoś naprawdę poważnie przestraszonego. Prawdziwa tragedia zaczyna się jednak, kiedy próbuje wyrazić inne emocje, np. smutek. Nie sposób też nie zauważyć, że Shima Yonehary utracił całą zdolność odszczekania się, jest płaski i irytująco cielakowaty. Obawiam się, że zastąpienie go deską wiórową nie zrobiłoby różnicy, a może nawet dałoby lepszy efekt artystyczny. Lepiej wypada Togawa, czyli Masashi Taniguchi – być może jest lepszym aktorem, być może jego rola była mniej wymagająca, być może jego ekranowy partner był tak słaby, że Taniguchi nie musiał się nawet specjalnie starać. Cholera jasna, nie mamy tu do czynienia z oskarową rolą, w żadnym wypadku, jest najwyżej średnio, ale patrzenie na niego nie wywołuje chęci ukrycia twarzy w dłoniach! No, przynajmniej nie cały czas. I… to tyle, co można powiedzieć o obsadzie.

Obecny na ekranie drugi plan w postaci Ryou Onodery i sztucznego tłumu innych kolegów z pracy, sprawia wrażenie nieco bezradnego narzędzia fabularnego. Ich zadanie sprowadza się jedynie do wyklepania wyuczonych kwestii. Spora w tym oczywiście wina reżysera, który nie potrafił pokierować obsadą. Ani w ogóle kręcić filmów. Wiecie, to jest romans i dramat. Dramat, więc wykastrowano historię ze wszystkich scen o zabarwieniu komediowym. Dostajemy jeden wielki smęt, bo trzeba się Wzruszać. Czym wzruszać? Romansem, rzecz jasna, bo Traumę z Dzieciństwa Togawy potraktowano strasznie po macoszemu. Romansem, ale między głównymi bohaterami nie ma żadnej chemii, nic, zero, null. Ja rozumiem oczywiście, że dostali te role z przydziału i że (miejsce na niezręczny chichot) to takie kłopotliwe, że się z facetem trzeba całować, no ale litości. Pocałunki, które tu mamy wątpliwą przyjemność oglądać, w niczym nie odbiegają od standardów w japońskich dramach, czyli zamykamy oczy, przyciskamy usta do ust na sztywno i czekamy na zbawienie. Nikomu korona z głowy nie spadła. Jednak ten film idzie o krok dalej, pokazuje bowiem scenę erotyczną! Scenę erotyczną pełną namiętności i pasji… Nie, chwila, jednak muszę się napić. Ludzie, to jest takie kuriozum, że klękajcie narody. Inspiracją były chyba tańce godowe żurawi lub czegoś podobnego plus obligatoryjna dawka przemocy, bo uke zawsze musi zostać sponiewierany, nawet jeśli w oryginale niekoniecznie tak to wyglądało.

Wspominałam już o braku chemii między postaciami? Oni się w sobie podobno zakochali, czy coś? Ale nie, nie dałam się nabrać. Tak sobie na to wszystko patrzyłam, walcząc z przemożną ochotą przewijania, zupełnie nie mogłam wczuć się w wydarzenia dziejące się na ekranie i rozmyślałam. Co się stało? Dlaczego? Czy Japończycy nie potrafią kręcić filmów? No przecież potrafią, widziałam, że potrafią! A może nie potrafią ekranizować mang? No niekoniecznie, to też im się udaje, zwłaszcza kiedy biorą się za to prawdziwi filmowcy. Czasami adaptacja bywa nawet lepsza niż oryginał! Czyli może chodzi o to, że „yaoi”, trzeba się z innym facetem obściskiwać i Bóg wie co jeszcze? Kurczę blade, ale w takim Kokuhaku dało się pokazać prawdziwy pocałunek, a w Ikari wyszli Tsumabuki z Ayano i odegrali wiarygodną scenę łóżkową, że o takim klasyku jak Mayonaka no Yaji­‑san Kita­‑san nawet nie wspomnę. A jeśli nawet film, w którym jednym z kluczowych aspektów fabularnych jest bycie zjadanym przez grzyby, okazuje się lepszy niż to tutaj… To znaczy, że naprawdę nie jest dobrze. Czyli co? Ano to, że twórcom Doushitemo Furetakunai nie chodziło o zrobienie prawdziwego filmu z prawdziwymi bohaterami, którzy żyją, mają swoje problemy, robią różne rzeczy i między innymi uprawiają seks. Nic do oglądania dla tzw. normalnego widza. Grupą docelową jest zbiorowisko fujoshi, najwyraźniej postrzegane przez twórców jako podludzie, których wolno i należy karmić taką właśnie przemieloną paszą z tekturą zamiast bohaterów i fabuły. Bycie traktowanym w ten sposób boli.

Jak już ustaliliśmy, znane z mangi wydarzenia wyglądają topornie i niemrawo, jednak zrzucenie całej winy na obsadę będzie straszliwą niesprawiedliwością. To jest tak strasznie źle opowiedziane! Doushitemo Furetakunai powinno być pokazywane na wszystkich uczelniach filmowych wraz z komentarzem, że „tak nie”. Mamy wątpliwą przyjemność obserwować mnóstwo nic niewnoszących, rozciągniętych poza granice przyzwoitości scen i to już od samego początku, kiedy to przez pół minuty obserwujemy, jak w głuchej ciszy Shima skrupulatnie pakuje torbę, tudzież szalenie porywające schodzenie po schodach. Film się straszliwie, niemiłosiernie wręcz wlecze i obserwowanie toczących się na ekranie wydarzeń szybko zaczyna męczyć. Sporą zasługę ma w tym fenomenalna praca kamery. O tak, jakby to ująć? Jest ona po prostu żadna. Statyczne ujęcia z jednej perspektywy, koszmarne zbliżenia i zerowa płynność, co uwidacznia się szczególnie pięknie w momentach, kiedy operator nie nadąża za aktorem! Jezusie Nazareński, czy ktoś w ogóle to kontrolował? Czy na planie był w ogóle reżyser? Dobór kadrów naprawdę nie jest przypadkowy? Światło, scenografia, montaż jak z movie makera, ogólnie strona realizacyjna to przykład tragicznej biedy. Biedy, podejrzewam, dosłownej, bo braki budżetowe są wręcz boleśnie widoczne. Z tego samego powodu film jest praktycznie wyludniony, nie licząc miejsca pracy bohaterów i kilku scen ulicznych z „ukradzionymi” statystami. Szczególnie boleśnie prezentuje się scena na pustym placu zabaw, na którym po prostu znikąd pojawiają się na moment chłopiec z piłką oraz jego matka. No bo w mandze była taka scena, nie? Wszyscy też bardzo grzecznie kładą się spać zaraz po dobranocce, bo wieczorami nie spotkasz na ulicy żywego ducha. Na muzykę najwyraźniej również nie było pieniędzy. Jakikolwiek podkład dźwiękowy pojawia się w tym dziele chyba cztery razy i nieodmiennie jest to jakieś smętne, zupełnie niezapadające w pamięć plumkanie. Przez resztę czasu – dzwoniąca w uszach cisza.

Mogę sobie wyobrazić, że gdzieś na świecie istnieją ludzie, którym ten film się naprawdę spodoba. Właściwie nie muszę sobie wyobrażać, czytałam komentarze. Wyobrażam sobie, że można oglądać go dla tzw. beki. W moim odczuciu jednak jest to całkowita porażka, płacz i zgrzytanie zębów. Więcej, jest to film szkodliwy, psuje bowiem gusta docelowej grupy odbiorców. Przy tym nawet historie pokroju Sekai­‑ichi Hatsukoi stają się dziełami wybitnymi, a to powinno zapalić wszystkie możliwe czerwone lampki. Takie rzeczy powinny być palone kwasem… Mieć coś takiego w portfolio to prawdziwy wstyd. Z wielkim żalem wystawiam ocenę jeden, bo powinno być zero. Nie polecam. Odradzam!

tamakara, 19 stycznia 2017

Twórcy

RodzajNazwiska
Autor: Kou Yoneda
Reżyser: Chihiro Amano