Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 3/10 grafika: 5/10
fabuła: 3/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

2/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 2,00

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 16
Średnia: 4,81
σ=1,84

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (tamakara)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Vatican Kiseki Chousakan

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2017
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Vatican Miracle Examiner
  • バチカン奇跡調査官
zrzutka

Komando ds. cudów na tropie. Ból głowy gwarantowany.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Dwaj detektywi w sutannach, bibliofil Robert Nicholas oraz Josef Kou Hiraga, młodzieniec z laptopem, jeżdżą po świecie, badając dziwne i niewytłumaczalne zdarzenia, co do których istnieje podejrzenie cudowności. Kościelni zwierzchnicy rzucają bohaterów w różne miejsca globu, ci zaś za pomocą intelektu i nauki demaskują mroczne knowania rozmaitych niecnych jednostek tudzież organizacji. Seria podzielona została na jedno lub kilkuodcinkowe historie ekranizujące, jak rozumiem, poszczególne książki lub rozdziały z tychże z powieściowego cyklu autorstwa niejakiej Rin Fujiki. Przyznam, że zapoznawszy się z równie lakonicznym jak powyższy opisem fabuły grubo przed premierą, poczułam się zaintrygowana. Może to będzie jakiś ciekawy kryminał z elementami duchowości chrześcijańskiej? Oczywiście w wydaniu fanfikowym, ponieważ miałam świadomość, że próba przeniesienia na ekran prawdziwej weryfikacji cudów polegałaby na braniu świadków w krzyżowy ogień pytań, niekończących się konsultacjach ze specjalistami i, przede wszystkim, prowadzeniu teologicznych rozważań na temat ewentualnego Bożego przesłania w badanym zdarzeniu. Potencjalny spragniony rozrywki widz umarłby z nudów przed pierwszą przerwą na reklamy. W jaki sposób można to uatrakcyjnić? Podpowiedź stanowiły grafiki promocyjne i trailer, zapowiadające dzieło pełne pięknych chłopców i kiczowatego przepychu, z dużą porcją egzotycznej tajemniczości, obrazowanej m.in. za pomocą powiewających na nieistniejącym wietrze stuł. Jednak nawet to wszystko nie przygotowało mnie na rozmiar porażki, jaką przedstawia sobą ten tytuł.

Nazywając rzeczy po imieniu: nie spodziewałam się aż takiej porcji głupot. Parada absurdów wszelkiej maści, jakie pojawiają się już w pierwszych minutach pierwszego odcinka, obnaża niewiedzę autorów nie tylko w kwestii doktryny katolicyzmu, ale też w niezliczonej liczbie innych dziedzin, ze sztuką pisania scenariusza na czele. Tym samym początkowe pozytywne nastawienie przeszło w śmiech zażenowania, a skończyło się niekontrolowaną głupawką oraz irytacją. Oglądamy bowiem cuda, ale nie takie, jakich moglibyśmy oczekiwać. Mamy cuda dziwy, cuda wianki, cuda na kiju i cyrk na kółkach. Przed naszymi oczami przewija się plątanina wszelkich możliwych symboli i treści, głównie okultystycznych, oraz, a jakże, teorii spiskowych. Nagminnie pojawiały się też wątki, które wręcz błagały o rozwinięcie, nie doczekały się go jednak. Być może liczono, że ta przytłaczająca ilość „niesamowitych”, „tajemniczych” i „skandalicznych” wydarzeń i zwrotów akcji, po części zwyczajnych zapychaczy, wprowadzi widownię w głębokie oszołomienie i nie zauważy ona, że twórcy nie wiedzą, co robią. Brak tej wiedzy nie przeszkadzał im jednak traktować swego działa całkowicie poważnie, przez co seans jest jednocześnie śmieszny i przykry. W alternatywnej rzeczywistości, w której rozgrywa się akcja anime, szkoły i szpitale buduje się w głębokim lesie, tak że byle deszcz uniemożliwia kontakt ze światem, kościoły zawsze są strzeliste, nawet jeśli stoją w sercu niczego, FBI zajmuje się poszukiwaniem ludzi zaginionych na innych kontynentach, w Ameryce Południowej są akwedukty, afrykańskie plemiona mają tradycyjne dni zabijania chrześcijan, jad czarnej mamby sprowadza narkotyczne fazy. Na samym szczycie mojej listy zgrzytów, i tu już się absolutnie nie śmieję, znajduje się wątek molestowania małoletniego chłopca. Zaprezentowano to w tak obraźliwy, kuriozalny wręcz sposób, że wyszedł z tego policzek dla każdej ofiary podobnych praktyk. Przy okazji: sceny egzorcyzmów, jakie tu przedstawiono, przebija chyba jedynie to, co można zobaczyć w niesławnych Kobietach bez wstydu Orzechowskiego.

Przez większość seansu nurtowało mnie pytanie: dlaczego w głównych rolach obsadzono „księży”? Zwłaszcza takich, którzy wszystkie badania wykonują własnymi rękoma. Równie dobrze, a nawet lepiej pasowaliby tu całkowicie świeccy poszukiwacze zdarzeń nadprzyrodzonych, będący, być może, na usługach jakiejś bliżej nieokreślonej organizacji. W takim przypadku mieliby pełne prawo do prowadzenia samodzielnych badań i nie wciskano by im w usta tego pseudoreligijnego bełkotu. Taka zmiana szczególnie pomogłaby postaci Josefa, kreowanego na gorliwe, naiwne do porzygu dziecko, gotowe wierzyć każdemu na ładne oczy. Jego pożądanie zaobserwowania „cudu” nie licuje z godnością, jaką przyszło mu pełnić. I doprawdy trudno uwierzyć, że watykańscy szefowie powierzyliby komuś takiemu zadanie wymagające przecież dużego sceptycyzmu. Ten podobno geniusz to uosobienie infantylizmu, które do każdego posiłku zasiada w śliniaczku, potrzebuje pomocy w ubieraniu się, a być może również w wycieraniu nosa. Do kompletu dodajmy jeszcze bliżej niesprecyzowaną traumę i otrzymujemy maskotkę serii oraz kulę u nogi Roberta. Denerwował mnie do tego stopnia, że nie mogłam nawet go słuchać, a przecież Nobuhiko Okamoto to jeden z moich ulubionych seiyuu. Na takim tle drugi z panów, Roberto, chciał nie chciał, musi prezentować się w lepszym świetle. Jest co prawda nieco kartonowy i twórcy każą mu robić głupie rzeczy, do których przede wszystkim należy matkowanie Josefowi. Ofiarowano mu jednak więcej niż dwie szare komórki i widać, że naprawdę stara się z nich korzystać przy wykonywaniu swojej roboty. Jednocześnie brak mu jakichś wyrazistych cech osobowości, który to fakt próbuje się zakamuflować monoklem, dziwactwami w postaci bibliofilstwa i, niespodzianka, traumatycznym dzieciństwem.

Dobrze byłoby wspomnieć jeszcze o innych bohaterach, ale mogę to zrobić jedynie w kontekście zmarnowanego potencjału. Bardzo po macoszemu potraktowany Lauren, uwięziony (w lochach Watykanu?) geniusz, mający (prawdopodobnie) pełnić rolę przeciwieństwa Josefa. Tak naprawdę to narzędzie fabularne, gadająca głowa na ekranie laptopa, która podsuwa potrzebne w danym momencie informacje albo przedmioty i czasem wygłasza jakieś aroganckie uwagi. On jednak coś robi, w odróżnieniu od atrapy, jaką okazał się ojciec Julia. Świetlisty ojciec Julia, kreowany trochę na Obatalę i trochę na jakiegoś Borgię – już na plakacie promującym serię sugeruje się, że to postać istotna, być może nawet kluczowa. Koniec końców okazuje się mniej niż statystą. Nie zrozumcie mnie źle, ma swoje wielkie pięć minut, ale przedstawione jest to w taki okropnie niesatysfakcjonujący sposób, że szkoda słów. Jego wątki dzieją się na drugim planie, albo wręcz poza kadrem, a przybliżają je nam retrospekcje. Myślę, że byłby doskonałym antagonistą, ale niestety zmarnowano jego potencjał.

Oprawa audiowizualna to ewidentnie próba celowania w estetykę kampu, ale wynik tych działań okazał się raczej blady. Projekty postaci są ładne, to jednak jest zasługą ilustratorki light novel, animacja natomiast nie zachwyca. Z początku wszystko wygląda jak należy, ale im dalej w serię, tym gorzej. Sylwetki robią się krzywe i kanciaste, rysy twarzy rozjeżdżają się, przedmioty zmieniają rozmiar. Natomiast efekt panelowania, czyli przesuwanie kamerą nad nieruchomą planszą, pojawia się tak często, że po prostu stał się normą. Całość utrzymana jest w dość ponurej palecie barw, a wnętrza, w których pracują nasi specjaliści, są okropnie ciemne. Ktoś musiał uznać, że praca przy jednej świeczce jest bardzo romantyczna i odpowiednio tajemnicza. Przejawy odważnej wizji artystycznej, jak na przykład postimpresjonistyczne niebo nad Afryką, sprawiają wrażenie tak bardzo przypadkowych, że jedynie pogłębiają ogólny chaos panujący na ekranie.

Muzycznie jest za to wyjątkowo różnorodnie. SCREEN mode, wykonujący opening, pozują tu najwyraźniej na biedniejszą wersję abingdon boys school. Przykro mi panowie, za wysokie progi. O mysterium mogę powiedzieć tylko tyle, że jest hałaśliwe i zupełnie nieklimatyczne. Ending zaś jest piosenką śpiewaną przez seiyuu, co dla wielu stanowić będzie wystarczającą informację. Ja nie przesłuchałam tego utworu ani razu. Chociaż pana Okamoto darzę wielką sympatią i w innych okolicznościach chętnie bym posłuchała jak śpiewa, moim priorytetem było zakończyć kontakt z tą serię najszybciej jak to tylko możliwe. Muzyka wewnątrz odcinków to miks wszelkiego rodzaju utworów chóralnych w części południowoamerykańskiej, nieco rytmów afrykańskich w części afrykańskiej, odrobina smętnego zawodzenia solistki w części o klaunie, wszystko przeplatane utworami kojarzącymi mi się ze ścieżką dźwiękową z Psychozy oraz sporadycznymi krzykami mordowanych ofiar, pełniącymi rolę klasycznego i bardzo niesubtelnego efektu mającego na celu przestraszenie widza. Gra seiyuu jest poprawna, w końcu nie mamy w obsadzie byle kogo, ale doprawdy, czy mogę ich chwalić? Mogę tylko pojechać po Okamoto za przestylizowaną ekscytację. Podobała mi się za to scena w jednym z pierwszych odcinków, kiedy trzej sekciarze wołali swoje kwestie chórem, co brzmiało jak żywcem przeniesione partie tłumu z wielkopiątkowego czytania męki Chrystusa. Ciekawy zabieg, ale za mało, bym mogła wystawić za „muzykę” wysoką notę.

Jak podsumować tę abominację? Anime nadaje się tylko do oglądania w sposób ironiczny, jest to bowiem dzieło z gatunku produkcji tak złych, że aż dobrych. Zabawa jest przednia, niestety tylko do momentu, w którym zrozumiemy, że obrażana jest nasza inteligencja. Nie polecam, chyba że ktoś ma skłonności masochistyczne.

tamakara, 26 września 2017

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: J.C.STAFF
Autor: Rin Fujiki
Projekt: Kazunori Iwakura, Shibamoto Thores
Reżyser: Yoshitomo Yonetani
Scenariusz: Seishi Minakami
Muzyka: Yoshiaki Fujisawa

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Vatican Kiseki Chousakan - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl