Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 4/10 grafika: 8/10
fabuła: 4/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 61
Średnia: 6,7
σ=1,87

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kujira no Kora wa Sajou ni Utau

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2017
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Children of the Whales
  • クジラの子らは砂上に歌う
Tytuły powiązane:
zrzutka

Przerwana podróż wielorybich dzieci zagubionych na bezkresnym oceanie piasku.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Błotny Wieloryb to wyspa przemierzająca bezkres piaszczystego oceanu, a znaczna większość z jej nieco ponad pięciuset mieszkańców jest obdarzona telekinetycznymi zdolnościami. Choć niezwykły talent okupiony jest krótkim życiem, wszyscy zdają się pogodzeni ze swoim losem. Moce czternastoletniego Chakuro są całkiem silne, ale brak kontroli sprawia, że chłopak rzadko z nich korzysta i znacznie lepiej odnajduje się w roli kronikarza. Wszystko jednak zmienia się, kiedy na horyzoncie pojawia się inna wyspa, a podczas jej przeszukiwania grupa zwiadowcza spotyka tajemniczą dziewczynę. Wraz z jej przybyciem w niektórych mieszkańcach zaczynają budzić się wątpliwości i pytania na temat reszty świata, na które starszyzna nie ma zamiaru udzielić odpowiedzi. Jakie mroczne sekrety skrywa pustynny świat i jaką cenę trzeba zapłacić za ich poznanie?

W roku 2017 trafiło się kilka smakowitych kąsków spod znaku fantasy, ale trudno nazwać go pod tym względem szczególnie urodzajnym. Nie wiem, jak to było w Waszym przypadku, Drodzy Czytelnicy, ale moją uwagę zwróciły dopiero dwie premiery październikowe, a jedna z nich to właśnie Kujira no Kora wa Sajou ni Utau. Przyznam, że początkowe zapowiedzi oraz informacje o scenariuszu bardzo mnie zaciekawiły, a i ładna oprawa techniczna dawała nadzieje na miłą dla oka produkcję. Cóż, oczekiwania oczekiwaniami, a jak wyszło w praktyce?

Bardzo łatwo jest ocenić rzecz w większości udaną lub w większości słabą, prawdziwy problem pojawia się, kiedy każdy z elementów ma w sobie coś obiecującego, ale niedostatecznie dużo, by stworzyć w pełni udany produkt. Kiedy ma się przeczucie, że gdzieś tam kryje się prawdziwy potencjał, tylko ktoś opakował go w materiał bardzo wątpliwej jakości.

Jedną z rzeczy, jakie uwielbiam we wszystkich opowieściach spod znaku fantasy, jest możliwość odkrywania kolejnych warstw świata przedstawionego, ponieważ w przypadku fantastyki scenografia to równie ważny element, jak scenariusz i gra aktorska. Naprawdę nie ma dla mnie nic przyjemniejszego niż możliwość zanurzenia się w inny świat, który potrafi zachwycić swoim bogactwem. Oczywiście niektórzy autorzy za bardzo skupiają się na zbudowaniu sceny i kompletnie ignorują resztę elementów, ale fascynujące tło wydarzeń jeszcze żadnej produkcji nie zaszkodziło. Zarys świata w Kujira no Kora wa Sajou ni Utau sprawiał początkowo bardzo ciekawe wrażenie, choćby dlatego, że tak jak w starym dobrym fantasy był w pełni samodzielnym tworem, niepołączonym z naszą rzeczywistością przez jakiś dziwny portal lub komputer. Na pewno nie zaszkodziła również spora doza egzotyki, która może z początku nieco dezorientować, ale przecież nie ma nic ciekawszego, jak odkrywanie kolejnych warstw obcego i nie w pełni zrozumiałego dla odbiorcy świata.

Wizja piaskowego pustkowia, którego sekrety powoli odkrywają odizolowani od reszty świata bohaterowie, dawała nadzieję na fascynującą i odpowiednio egzotyczną podróż w nieznane. Obietnica ciekawych odpowiedzi na liczne pytania sprawiała, że niecodzienne dekoracje bardzo zachęcały. I już nawet nie chodzi o to, że odpowiedzi okazały się niepełne i zdecydowanie niesatysfakcjonujące, bo anime jest ekranizacją niewielkiej części publikowanego nadal materiału, wstępem do prawdziwej historii. Problem tkwi w tym, że już drugi rzut oka na całość bardzo wyraźnie obnaża jej wszelkie niedoskonałości, a nawet tak mały wycinek rzeczywistości, jak sam Błotny Wieloryb, pełen jest niekonsekwencji i głupot. O całej reszcie nawet nie warto wspominać, bo jedyne, co można o niej powiedzieć, to że ktoś zdecydowanie przesadził z ilością dziwactw, a niemożliwość zapoznania się z całym obrazem sprawia, że trudno ocenić celowość i sens poszczególnych rozwiązań, które same w sobie są momentami zupełnie niedorzeczne. Umowność umownością, ale bez przesady… Pewnie, że znajdziemy również drobne, ale bardzo ciekawe elementy, które definiują rzeczywistość, ale w starciu z ogromem wręcz karykaturalnego ekscentryzmu i niekonsekwencji przegrywają w przedbiegach.

Jak na tak kolorowych, ale chwiejnych posadach zbudować ciekawą historię? Cóż, „Wielorybie dzieci” na pewno nie będą w stanie na to pytanie odpowiedzieć, bo podobnie jak świat przedstawiony, również fabuła jest na pierwszy rzut oka ciekawa, a już na drugi – kompletnie niedorobiona. Ma ona trzy podstawowe problemy. Jednym z nich jest bardzo, ale to bardzo umowny łańcuch przyczynowo­‑skutkowy, bo większość scenariusza to zbitek scen, których twórcy nie potrafili płynnie połączyć i momentami wyraźnie widać, że fabuła dąży do konkretnego celu, po drodze kompletnie ignorując wewnętrzną spójność. Historia próbuje poruszać bardzo istotne czy wręcz górnolotne problemy natury egzystencjalnej i w związku z tym korzysta m.in. z zapożyczeń (tutaj z greki), co samo w sobie stanowi fajny i egzotyczny ozdobnik, ale w połączeniu z nieudolnym wprowadzeniem zamierzonej wizji w życie prowadzi donikąd.

Trzeci i dla mnie najpoważniejszy problem stanowi dysonans, jaki seria funduje odbiorcom na wielu poziomach. Dostajemy bowiem kolorowy, brutalny świat z całym dobrodziejstwem inwentarza, ale niekonsekwencje i brak logiki zabijają celowość wielu scen (podobnie jak w kreacji samego świata przedstawionego). Bardzo trudno również wczuć się w opowiadaną historię, ponieważ klimat zmienia się między scenami tak nieudolnie, że nie sposób wyczuć, co mamy traktować poważnie, a co nie… Znaczy, widać wyraźnie, że tak ogólnie to miało być poważnie i refleksyjnie z okazjonalnymi dodatkami humoru. Gorzej, że niemal wszystkie żarty albo są słabej jakości, albo sposób ich wprowadzenia sprawia, że widz będzie zgrzytał zębami lub z politowaniem patrzył na próbę rozluźnienia atmosfery, która kończy się jej całkowitym zniszczeniem. Sam dramat potrafi być również wyjątkowo płytki i przesadzony, podczas gdy prawdziwe problemy zamiatane są przez twórców pod dywan i skutecznie ignorowane, co wywołuje poczucie niekonsekwencji.

Potencjalnych widzów może również zniechęcić brak należytej konkluzji i nie mówię tu o zakończeniu jakiegoś etapu podróży z planami na przyszłość. Postanowiono wziąć na warsztat jeden większy wątek, zakończyć go i potem sięgnąć po kolejny, by ostatecznie porzucić go przed rozwinięciem, co sprawia, że serial ma nie tyle otwartą furtkę dla kontynuacji, co w ogóle jest pozbawiony zakończenia. Teoretycznie gdzieś tam pojawia się zawoalowana informacja, że to nie koniec, wszak zostało sporo materiału źródłowego, ale kiedy i gdzie się doczekamy następnej części? Tego nie wiem i szczerze pisząc, po tym seansie zupełnie do kontynuacji mnie nie ciągnie.

Ofiarą niedorobienia padła również obsada, zarówno jako całość, jak i w indywidualnych przypadkach. Sama w sobie jest całkiem liczna i zróżnicowana, ale już ogólne wrażenie wpływa na zdecydowanie nieprzychylny odbiór. Naprawdę, bardzo, ale to bardzo fascynuje mnie poziom niewinności, ignorancji czy przejawianej chwilami czystej głupoty. Odizolowane społeczeństwo odizolowanym społeczeństwem, ale w jego przedstawieniu zapomniano o jakimkolwiek pomyślunku, gdyż w zderzeniu z rzeczywistością postaci albo zachowują się jak stado kurczaków z obciętymi głowami biegających chaotycznie po scenie, albo są niesamowicie twardogłowe i bez jakiejkolwiek refleksji ignorują zdrowy rozsądek. Naprawdę trudno polubić czy nawet tolerować stado tak wyraźnie pozbawione instynktu samozachowawczego.

Być może wśród zaprezentowanych bliżej widzom jednostek znajdziecie swoich ulubieńców, ale również ich charaktery nie są pozbawione poważnych wad konstrukcyjnych. Protagonistów mamy w sumie trójkę, ale narratorem i punktem odniesienia dla widza jest czternastoletni Chakuro, który pełni rolę kronikarza wyspy. Funkcja teoretycznie sugerowałaby spostrzegawczość oraz umiejętność wyciągania odpowiednich wniosków, ale w praktyce chłopak jest wprawdzie świadkiem wszystkich istotnych wydarzeń, jednak nie tylko nie pełni w nich istotnej roli, ale jest też pozbawiony wyrazu i charakteru, czy raczej brak w jego osobowości jakichkolwiek cech, które by go pozytywnie wyróżniały. Bo niezdecydowanie i nadmierna płaczliwość, która teoretycznie ma świadczyć o wrażliwości, w połączeniu z brakiem odpowiednich umiejętności zdecydowanie nie zachęca do bliższego poznania. Można powiedzieć, że nieco lepiej prezentuje się pozostała dwójka, w postaci Lykos i Ouniego, ale ich urok polega głównie na pewnej dozie tajemniczości. Kiedy mimo tak małej ilości czasu poznajemy ich nieco bliżej, czar pryska.

Enigmatyczna przybyszka z obcego świata początkowo jest pozbawiona emocji, ale w przeciwieństwie do mieszkańców Błotnego Wieloryba potrafi logicznie myśleć i podejmować właściwe decyzje, a stoicyzm zdecydowanie wypada w jej przypadku na plus. Niestety dosyć szybko zostaje zredukowana do roli informatora na temat reszty świata, a wątek powolnego odzyskiwania przez nią emocji schodzi na drugi plan i nie ma wpływu na fabułę. Również tajemniczy i obdarzony potężną mocą wyrzutek Ouni dosyć szybko traci na atrakcyjności, kiedy zamienia się w narzędzie fabularne, którego umiejętności są bardzo wygodne. Owszem, jego charakter nie jest pozbawiony odpowiedniej ilości zdrowego rozsądku i charyzmy, ale ma za mało czasu, żeby się jakoś rozwinąć.

Dlatego tak boli fakt, iż większy nacisk położono na paradoksalnie nie dość, że mniej interesujące, to w dodatku zbędne jednostki. Młody Suou, który teoretycznie ma być przyszłym przywódcą wyspy, zupełnie się do tego zadania nie nadaje, bo pełen jest dobroci i chęci wybaczania, ale zupełnie brak mu pragmatyczności i umiejętności podejmowania decyzji, tak potrzebnych do zajęcia odpowiedzialnego stanowiska. Starano się również przybliżyć widzom bohaterów z drugiej strony barykady, ale przykłady, które wybrano, wołają o pomstę do nieba. Naprawdę nie dało się wymyślić niczego lepszego niż narwany psychopata z tendencjami sadomasochistycznymi i tragiczną przeszłością? Serio? Chociaż w sumie nie powinno mnie to dziwić, zważywszy, iż o subtelności tutaj nie słyszano. Gdzieś tam na trzecim planie pojawiają się przebłyski ciekawych charakterów, ale niestety ostatecznie nikną wśród innych albo pozbawionych wyrazu, albo stworzonych w jasno określonym celu (głównie komediowym i wyjątkowo irytującym).

Tak na dobrą sprawę to właśnie od tego akapitu powinnam zacząć, żeby czymkolwiek zachęcić ewentualnych widzów, bo pomijając kilka drobnych potknięć, oprawa techniczna zdecydowane zasługuje na uznanie (aczkolwiek nie powinno to dziwić, biorąc pod uwagę finansowe zaangażowanie Netflixa). Bardzo ładne i szczegółowe, przede wszystkim niesamowite pod względem kolorystycznym tła od razu przykuwają oko, dla którego miłe będą również charakterystyczne, ale nieudziwnione i różnorodne projekty postaci. Dodajmy do tego jeszcze płynną animację i już mamy cukierek dla oka. To znaczy… byłoby prawie idealnie, gdyby nie zastosowanie grafiki 3D, której jest sporo, bo otaczające Błotnego Wieloryba piaskowe pustkowie zachowuje się jak ocean i jakoś trzeba było to wprawić w ruch. Efekt końcowy jest mocno taki sobie, ale teoretycznie można się do tego przyzwyczaić. Przyjemną niespodzianką okazała się też klimatyczna i całkiem zróżnicowana ścieżka dźwiękowa, która dobrze komponuje się z resztą (znaczy, jeśli akurat ma z czym). Zdecydowanym faworytem są dla mnie piosenki towarzyszące serii – przede wszystkim śpiewany przez Rionos nastrojowy ending Hashitairo, ale również bardziej energiczny i też wpadający w ucho opening Sono Saki e w wykonaniu Ririko.

Jak pisałam na początku, ocena tak niezbalansowanej serii to nie lada wyzwanie, bo trzeba brać pod uwagę wiele sprzecznych ze sobą elementów. W przypadku Kujira no Kora wa Sajou ni Utau mamy ciekawą i zachęcającą wizję świata w towarzystwie efektownej oprawy technicznej, która tę bogatą paletę jeszcze podkreśla, kontra słabe wykonanie z powodu nieumiejętności pogodzenia ze sobą skrajnych składników. Rozrzut nastrojów między dramatem a komedią to jedynie wierzchołek góry lodowej, bo prawdziwy problem stanowią niedopowiedzenia, błędy logiczne i zmuszanie bohaterów do podejmowania kompletnie bezsensownych decyzji celem osiągnięcia zamierzonego efektu fabularnego. Brak zakończenia to w obecnych czasach prawie standard, ale rozgrzebanie scenariusza już niekoniecznie, więc czujcie się ostrzeżeni. Mamy tutaj kolorowy płaszczyk w skomplikowane i śliczne wzory, który po dotknięciu okazuje się zrobiony z bardzo słabej jakości materiału. Efekt? Serial wyjątkowo nijaki, którego seans można sobie spokojnie darować, tym bardziej że wśród całkiem niedawno powstałych anime można znaleźć produkcje o podobnej tematyce, a znacznie lepiej wykonane. Chociażby Shin Sekai Yori czy Shingeki no Kyojin, które są teoretycznie od siebie całkiem różne, ale startują z podobnego punktu wyjściowego i w bardzo ciekawy sposób odpowiadają na pytanie, jak mała, odizolowana społeczność może poradzić sobie w starciu z ogromem nieznanego świata, który ją otacza.

Enevi, 5 kwietnia 2018

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: J.C.STAFF
Autor: Abi Umeda
Projekt: Haruko Iizuka
Reżyser: Kyouhei Ishiguro
Scenariusz: Michiko Yokote
Muzyka: Hiroaki Tsutsumi

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Kujira no Kora wa Sajou ni Utau - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl