Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 3/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,25

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 60
Średnia: 6,27
σ=1,98

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Death March kara Hajimaru Isekai Kyousoukyoku

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2018
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Death March to The Parallel World Rhapsody
  • デスマーチからはじまる異世界狂想曲
Gatunki: Fantasy, Komedia
zrzutka

Dorosły Japończyk przenosi się do świata fantasy i ląduje w ciele piętnastolatka oraz otrzymuje niemal boską moc… czy trzeba pisać coś więcej?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Nie wiem, czy ktokolwiek jest się w stanie doliczyć się, ile to już razy twórcy korzystali ze schematu, w myśl którego będący w różnym wieku protagoniści przenosili się w magiczny sposób do świata fantasy. Już nawet nie mam ochoty żartować na temat stopnia zużycia pomysłu wyjściowego, bo zwyczajnie nie wypada. Niestety większość tego typu historii nie zachwyca ani fabularnie, ani też rozbudowanymi charakterami postaci. A jak jest w przypadku Death March kara Hajimaru Isekai Kyousoukyoku? Mam co do tego mieszane uczucia, bowiem widać, że autor miał jakiś pomysł, ale nie potrafił go odpowiednio wykorzystać, przez co powstała opowieść o bardzo zwyczajnej codzienności w innym, nie tak bardzo fantastycznym świecie. Jak da się zauważyć, jak ognia unikam słowa „nuda”, choć wiem, że część widzów tak odbierze tę serię.

Ichirou Suzuki to trzydziestoletni programista pracujący w firmie tworzącej gry. Podczas tytułowego „marszu śmierci”, który jest niczym innym jak pracą nad całą serią pracochłonnych projektów, główny bohater zasypia pod biurkiem, po czym budzi się w świecie do złudzenia przypominającym tworzoną właśnie grę. Satou, bo takiego nicka używa zwykle podczas testowania gier, ma ciało piętnastolatka, rozładowany telefon komórkowy (złośliwe nawiązanie do pewnej siostrzanej serii) oraz interfejs gry przed oczami. Na szczęście dla niego ma możliwość skorzystania z zaklęcia przywołującego deszcz meteorytów oraz z „odkrycia mapy” co sprawia, że po pokonaniu armii jaszczurów już na starcie osiąga niemal boski poziom mocy. Od tego momentu jest już raczej typowo, więc kto widział choć jedną podobną historię, wie, czego należy się spodziewać, acz jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach.

Niestety sam protagonista, teoretycznie dorosły mężczyzna, jest raczej umiarkowanie interesujący. Ma swoje lepsze momenty i stara się logicznie i sensownie analizować sytuacje, w których się znajduje, ale ogólne poczucie braku zagrożenia wynikające z różnicy w poziomach mocy pomiędzy nim a osobami, które spotyka na swojej drodze i obdarowanie go wszystkimi możliwymi przedmiotami, jakie widziały gry RPG, niweczą jakiekolwiek napięcie. Twórcy ewidentnie przesadzili z ekwipunkiem i poziomem mocy głównego bohatera, wyposażając go nawet w pistolet laserowy, który ma jedną niezaprzeczalną zaletę: radykalnie zmniejsza wydatki na animację walk. Oczywiście Satou ma także szereg typowych cech zarezerwowanych dla protagonistów tego typu serii, czym również nie odbiega od przyjętego standardu. Ma dobre serce, jest uczciwy, chętny do pomocy, a gdy staje się właścicielem kilku niewolnic, traktuje je z szacunkiem i ani myśli o tym, aby w jakikolwiek zdrożny sposób wykorzystać którąś z dziewczyn. To ważne, ponieważ przy takiej konstrukcji haremu łatwo byłoby o skojarzenia niebezpieczne, niesmaczne i nielegalne, bowiem część dziewczyn jest nieletnia nawet jak na standardy świata, w którym dzieje się akcja (a co dopiero na nasze). Cóż, twórcy starali się jak mogli, ale koniec końców wyszła im postać nudna i schematyczna, choć mająca kilka zalet.

Opis pozostałej części obsady zacznę od postaci, bez której ta seria chyba nawet mnie by zanudziła na śmierć. Jest nią jedna z niewolnic Satou – Arisa. Nazywana dawniej szaloną księżniczką (faktycznie nią była), pełna energii, niepełnoletnia, ale żywo zainteresowana swoim właścicielem. Wszędzie jej pełno, kocha swojego pana miłością szczerą, acz z powodu jej wieku nielegalną w obu światach. Skrywa też pewną tajemnicę, której nie chcę zdradzać, aby nie psuć zabawy widzom, zaś jej bardzo trafne i celne wypowiedzi były najbardziej udanym elementem komediowym całej serii.

Niestety reszta haremu nie dorasta Arisie do pięt, nad czym szczerze ubolewam. Wszystkie towarzyszące Satou dziewczyny są odrobinę nijakie, choć sympatyczne. Pochi i Tama, czyli dwie najmłodsze dziewczynki, w momentach, kiedy akurat nie konsumują mięska, stanowią element pocieszno­‑komediowy. Opiekująca się nimi Liza w zasadzie nie wnosi nic konkretnego do fabuły swoim żołnierskim typem charakteru. Podobnie jak starsza siostra Arisy – Lulu, która ze względu na zbliżony do japońskiego typ urody uchodzi w tym świecie za nieatrakcyjną. Nieco lepiej wypada nieśmiała Zena, choć w momencie, gdy relacja między nią a Satou trochę zaczyna się rozwijać, autor chowa ją (prawie dosłownie) do szafy. Natomiast elfka Mia i homunkulus Nana pojawiają się stosunkowo późno i nie mają szansy rozwinąć skrzydeł. Z jednej strony mam wyrzuty sumienia, że tak zdawkowo potraktowałem całkiem liczny harem, ale szczerze mówiąc, dziewczyny wypadają bardzo bezbarwnie, acz nie można też powiedzieć, żeby któraś irytowała mnie swoją obecnością.

Reszta obsady stanowi tło, w które na szczęście wlano nieco życia. Sami antagoniści są raczej nieciekawi i ze względu na pośpiech w prowadzeniu akcji dostają zbyt mało czasu, by się zaprezentować. Plusem jest to, że świat, do którego trafia protagonista, nie jest wyludniony, jak to często bywa w tego typu produkcjach (głównie z powodu oszczędności). Miasto, w którym dzieje się większość akcji, jest pełne życia i ludzi zajętych swoimi codziennymi obowiązkami, co nadaje historii więcej realizmu. Aż nóż się w kieszeni otwiera na myśl o tym, że to całkiem nieźle nakreślone miejsce akcji pozostaje niewykorzystane, a twórcy po raz kolejny pokazują scenę spożywania z zachwytem jakiegoś posiłku.

Opowiadana historia usilnie próbuje koncentrować się na realizmie życia w innym świecie, co jest o tyle niefortunne, że raz za razem strzela sobie pod tym względem w kolano. W związku z tym sceny akcji i bardziej dynamiczne wątki są spychane na margines poprzez codzienne życie. Wielu widzów z przekąsem twierdzi, że seria opowiada o jedzeniu, z czym nie sposób się nie zgodzić, bowiem lwią część czasu antenowego zajmuje po prostu zwykłe spędzanie wolnego czasu. Zostają poruszone takie kwestie, jak nauka technik handlu i poznawanie wartości pieniądza, konieczność zapewnienia sobie dachu nad głową i wizy, która pozwala legalnie przebywać w mieście. Ważnym motywem jest też ukazanie niewolnictwa jako czegoś powszechnego w tym świecie. Rzadko się zdarza, by w tak lekkiej produkcji poruszano tak trudny temat, więc jego obecność oceniam na plus, choć ponownie uważam, że dałoby się go przedstawić lepiej.

Graficznie seria prezentuje się całkiem nieźle, z ładnymi, choć prostymi projektami postaci, oraz bardzo ładnymi i w miarę bogatymi w detale tłami, które charakteryzuje pewne rozmywanie się dalszych planów, co było efektem zamierzonym i bardzo udanym. Anime nie próbuje udawać, że dysponuje ogromnym budżetem, co szczególnie widać podczas nielicznych, słabo animowanych walk. Na pochwałę zasługuje interfejs użytkownika, który cały czas widzi bohater, wiernie odwzorowujący to, co widzi gracz podczas gry i będący najlepiej dopracowanym elementem tej serii. Fanserwis, mimo że występuje, nie jest elementem dominującym, nie powinien też zniesmaczać (pomimo młodego wieku dziewczyn), głównie za sprawą ogarniętego i trzymającego żądze na wodzy protagonisty. Ścieżka dźwiękowa jest taka sobie, a utwory otwierający i zamykający są przyjemnie brzmiącymi kawałkami, które jednak nie zapiszą się widzom w pamięci. Największym zarzutem wobec udźwiękowienia jest seiyuu Satou – młody i niedoświadczony Shun Horie pogrążył tę postać sztucznym i źle modulowanym głosem.

Death March kara Hajimaru Isekai Kyousoukyoku miało być w moim odczuciu lepszą wersją Isekai wa Smartphone to Tomo ni, ale w ogólnym rozrachunku wypadło chyba nieco gorzej, ponieważ stara się traktować wszystko bardziej poważnie. Oczywiście wiele elementów jest tu lepszych niż we wspomnianej produkcji, ale czego by nie pisać i jak by nie zaklinać rzeczywistości, opisywana tu seria jest w najlepszym razie przeciętna. Zadowolone z seansu będą tylko osoby lubiące poza haremami okruchy życia, które są tutaj elementem dominującym. Niestety pocięcie materiału źródłowego, pomijanie obszernych elementów oryginału i nijacy bohaterowie szwendający się bez celu w nijakim świecie są gwoździami do trumny tego anime. Największym grzechem serii jest obiecywanie czegoś, czego potem nie oferuje – te wszystkie opowieści o smokach, królu demonów, bohaterze, wydarzeniach z przeszłości, które podsuwa się widzowi w pierwszych odcinkach, nijak się mają do prezentowanych później wydarzeń. Cóż… a miało być tak pięknie.

KamilW, 17 kwietnia 2018

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Connect, Silver Link
Autor: Hiro Ainana
Projekt: Shouko Takimoto, Shri
Reżyser: Shin Oonuma
Scenariusz: Kento Shimoyama
Muzyka: Monaca

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Death March kara Hajimaru Isekai Kyousoukyoku - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl