Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 10/10 grafika: 9/10
fabuła: 9/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,33

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 102
Średnia: 6,98
σ=1,75

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Tablis)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Devilman: Crybaby

Rodzaj produkcji: seria ONA
Rok wydania: 2018
Czas trwania: 10×25 min
Gatunki: Horror
Postaci: Anioły/demony, Uczniowie/studenci; Rating: +18, Nagość, Przemoc, Seks; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Ekranizacja klasycznej mangi Go Nagaia, nietypowo zamówiona przez amerykański Netflix, lecz typowo jak dla reżysera Masaakiego Yuasy ambitna, oryginalna oraz intensywna.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: ukloim

Recenzja / Opis

A to ciekawostka – anime zamówione przez Netflix. Jak zdradza ocena obok, wycieczka amerykańskiej korporacji w świat japońskiej animacji zakończyła się sporym sukcesem, ale nie znaczy to, że całe przedsięwzięcie nie budziło we mnie obaw związanych z jego wewnętrznie sprzecznymi założeniami.

Netflix potrzebował nade wszystko serii efektownej i masowej. Nie sposób przebić się na nowym rynku produkcją jedynie poprawną; nie musi być dobra, ale musi zwracać uwagę. Zachodnie seriale w stylu anime od jakiegoś czasu się zdarzają, więc aby się odróżnić, Netflix potrzebował anime krwistego do szpiku kości. Pod tym względem wzięcie na warsztat mangi Devilman było strzałem w dziesiątkę. Go Nagai komiksem z 1972 r. wyprzedził swoje czasy o dobre dwie dekady; wiele z jego motywów i elementów stylistyki stało się de facto standardem w latach 90. Jednocześnie to przebogaty konglomerat dramatu, akcji i kiczu (ten ostatni widoczny jest już w tytule). Nie sposób zekranizować tego tak, aby nie wywołać dyskusji i zarazem nie dostarczyć widzom zabawy, choćby miała to być rozrywka typu kina klasy Z. O to ostatnie w przypadku adaptacji komiksu ewidentnie czerpiącego z pulpy nietrudno.

Tu wchodzi jednak drugi element sprzeczności – Masaaki Yuasa, reżyser, który samodzielnie zapełnia połowę mojej listy najlepszych anime wszech czasów. Nie odmawiając mu (ogromnych zresztą) technicznych kompetencji, kiedy widzę jego nazwisko, nie myślę o rozrywkowej i stylowej serii dla weekendowych użytkowników Netflixa. Moim pierwszym skojarzeniem są raczej wielopoziomowe historie o niuansach psychologicznych oddanych z imponującą reżyserską finezją. Myślę o autorze, który nie boi się podjąć próby wiwisekcji duszy ludzkiej, i dokonuje tego tak intensywnie, że aż dla widza boleśnie. Miałby Netflix sprowadzić wybitnego reżysera do roli wyrobionego rzemieślnika? Bo dostarczyć jednocześnie kiczu, bombastycznej rozrywki, a zarazem głębi i wnikliwości, z której Yuasa słynie, i to jeszcze w zaledwie dziesięcioodcinkowej serii – nie sposób. Nie sposób, lecz Yuasa to szaleniec – niemal mu się udało.

Po prawdzie pierwsze kilka odcinków na pierwszy rzut tego niespodziewanego sukcesu nie zapowiada, co nie znaczy, że ogląda się je źle, choćby z powodu ich intensywności. Animacja w tej serii jest wspaniała, choć trudno ją prosto podsumować. Yuasa zwykle daje swoim najlepszym animatorom znaczącą swobodę, i to widać. Styl wyraźnie zmienia się ze sceny na scenę, od relatywnie realistycznego do eksperymentalnego i surrealistycznego, pozującego momentami na animowane szkice. Nie zmienia się ogromna ekspresyjność, bez której seria straciłaby dużą część mrocznego uroku (aczkolwiek z literalnym zaciemnieniem poniektórych kadrów zdarza się jej przesadzić). Netflixowe fundusze udało się godnie spożytkować.

Mieszane uczucia można mieć za to początkowo wobec treści. Tytułowy devilman to Akira Fudo, który już we wstępie zostaje wyciągnięty do nocnego klubu przez swojego długoletniego przyjaciela Ryou Asukę, aby pomóc mu w śledztwie dotyczącym serii masakr. Na miejscu wypadki szybko wyrywają się spod kontroli, Ryou zaczyna atakować imprezowiczów, tym pokazem przemocy prowokując ekstatyczny i widowiskowo zaanimowany atak demonów, w trakcie którego Akira zostaje opętany przez potężnego demona Amona. Zamiast jednak poddać się jego woli, sam przejmuje kontrolę nad diabelskim ciałem i razem z Ryou zaczyna walkę z potworami, które pod osłoną nocy mordują ludzi dla własnej satysfakcji i zaspokojenia perwersyjnego pragnienia przemocy i śmierci. Igrania z kiczem oraz inspiracji ogranymi motywami odmówić temu wstępowi nie można.

Swoistą cechą opowieści z magazynów pulp, która znajduje tu wyjątkowo mocne odbicie, jest fascynacja połączeniem niezwykłości, przemocy i seksualności. To zmysłowy serial, a tym, co ma pobudzać zmysły, są kopulacje, nagie kopulujące ciała przemieniające się w zniekształcone, karykaturalne potwory, owe potwory rozrywające ludzi na strzępy w fontannach krwi i flaków oraz devilman robiący to samo z potworami. Niezbyt ambitna rozrywka, nieprawdaż? A jednak zajmująca, wręcz fascynująca. Czołówka wraz z technopopowym utworem Man Human doskonale to zapowiada, od początku starając się wprowadzić widza w trans, dalej podtrzymywany orgią seksu i przemocy. Kultura klubowa i związana z nią eksploracja innych stanów świadomości stanowiły istotną część mangowego oryginału, a Yuasa udanie uaktualnił i dodatkowo zintensyfikował te motywy. Nawiązania do satanizmu i religii są, zważywszy na tytuł, nieuniknione, a wraz z rozwojem akcji stopniowo zyskują na intensywności. Pożądanie rządzące życiem postaci jest, całkiem dosłownie, diabelskie. Dla Akiry zostanie devilmanem jest równoznaczne z utratą czystości i niewinności – w jednej chwili przeobraża się z dziecka w nastolatka rozpieranego męskością i seksualnością.

Nie jest to jednak anime o dorastaniu, a przynajmniej – nie ono jest głównym tematem. Bycie devilmanem nie wprowadza Akiry w społeczeństwo dorosłych, lecz przeciwnie – odcina od niego; podobnie dzieje się też w przypadku pozostałych (pojawiających się później) devilmanów. Ich nowo uzyskana natura jest dla społeczeństwa obca, więc bohaterowie starają się z nią nie zdradzać. Seria nie ukrywa specjalnie analogii do doświadczenia queer, ba, w pewnym momencie nawiązuje do coming outu w sposób aż zbyt bezpośredni jak na mój gust. Poruszanie w oryginalny i dorosły sposób tych wątków w anime zasługuje na pochwałę, jednak i to nie wydaje się osią serii, a służy raczej podkreśleniu uniwersalności poruszanych motywów. Te, jeśli chodzi o klasyfikację, mogą wydawać się banalne – to opowieść o miłości.

Mniej typowa jest realizacja, bo chodzi o miłość (zarówno romantyczną, jak i rodzinną) tragiczną i skazaną na klęskę; co zaczyna się, pozując na ciąg opowiastek o walkach z potworem odcinka, szybko zaczyna bardziej przypominać klasyczną tragedię o bohaterach daremnie walczących ze światem, i konflikcie, który ich przerasta. Na Akirę naciska z jednej strony jego diabelskie/zwierzęce ciało, z drugiej globalne siły i mechanizmy, których częścią jest Ryou, od początku zdradzający socjopatyczne tendencje. Podobnie dzieje się z pozostałymi devilmanami, choć ich poszczególne historie mają też silny wymiar indywidualny. Nawet demony zostają w dalszej części reinterpretowane jako ofiary systemu. Na styku tych dwóch stref wpływów: zwierzęcości/społeczności, diabelstwa/niebiańskości, jak można się domyślić, kryje się człowieczeństwo.

Intelektualnie jest to więc serial bogaty, powiedziałbym nawet, że jest jednym z lepszych, jakie ma w tym gatunku Netflix do zaoferowania. Jednakże powodem, dla którego tylko „niemal” udaje się Yuasie wybrnąć ze sprzeczności wbudowanych w fundamenty tej produkcji, jest warstwa emocjonalna. W tych ledwie dziesięciu odcinkach (a na więcej Netflix nie pozwolił, wszak ma się to dać obejrzeć w weekend) dzieje się tak dużo, że nie wszystkie wątki mają czas, aby właściwie wybrzmieć. Priorytety są na właściwym miejscu i najważniejsze fragmenty historii (w szczególności relacje między Akirą a Ryou) zostały odpowiednio podbudowane, ale kilka historii pobocznych jest zbyt skróconych jak na potężny emocjonalny ładunek, który starają się przekazać. Yuasa przesadził z ambicją, wybierając z mangi aż tyle materiału, choć patrząc na całokształt i tak należy docenić, jak wiele udało się zawrzeć. Nie powstał serial doskonały, ale broni się jako część dorobku Yuasy, i tym samym spokojnie kwalifikuje się jako jedna z najlepszych serii ostatnich lat w ogóle. Amerykanie jednak nie zawsze psują każdą japońską produkcję, w której maczają palce…

Tablis, 14 maja 2019

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Science Saru
Autor: Gou Nagai
Projekt: Ayumi Kurashima, Kiyotaka Oshiyama, Tomohisa Shimoyama
Reżyser: Masaaki Yuasa
Scenariusz: Ichirou Ookouchi
Muzyka: Kensuke Ushio