Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 8/10 grafika: 7/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 17
Średnia: 5,53
σ=1,24

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Włane (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Karakuri Circus

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2018
Czas trwania: 36×24 min
Tytuły alternatywne:
  • からくりサーカス
Tytuły powiązane:
Widownia: Shounen; Postaci: Artyści; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Animowana podróż cyrkowym Shinkansenem przez czterdzieści trzy tomy mangi. Na pewno jest szybko, ale czy atrakcyjnie?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Masaru Saiga, młodziutki dziedzic bogatej i poważanej rodziny, w podejrzanych okolicznościach traci ojca i wkrótce staje się celem nieznanych mu ludzi. Podczas ucieczki przed nimi spotyka Narumiego, sympatycznego człowieka, który pracuje jako maskotka jakiegoś sklepu. Początkowo Narumi nie chce mieszać się w kłopoty chłopca, ale gdy dociera do niego, w jakim niebezpieczeństwie znajduje się Masaru, postanawia mu pomóc. Razem udają się do cyrku, gdzie, wedle słów dziadka Masaru, ma przebywać Shirogane, jedyna osoba zdolna ochronić Masaru…

Wkrótce wychodzi na jaw, że spadek nie jest jedynym powodem kłopotów chłopca – jego rodzina od pokoleń zajmuje się tworzeniem niezwykle skomplikowanych lalek, wykorzystywanych także do walki. Poznana w cyrku Shirogane również posługuje się jedną z nich i to w mistrzowski sposób. Niestety przeciwnicy Masaru to utalentowani lalkarze – jakby tego było mało, na scenę wkraczają jeszcze automata, czyli lalki zdolne funkcjonować samodzielnie, należące do organizacji zwanej Nocnym Cyrkiem. Wszędzie, gdziekolwiek pojawia się ten koszmarny Cyrk, cierpią ludzie, przede wszystkim z powodu syndromu ZONAPHA – choroby powodującej napady duszności, które zatrzymać może jedynie uśmiech drugiej osoby. Brzmi to niewinnie, ale większość chorych cierpi niewyobrażalny ból i umiera w agonii, zaś sytuację pogarsza fakt, że do tej pory nie wynaleziono na tę przypadłość lekarstwa. Wiadomo, że w jakiś sposób wiąże się ona z automatami, ale kiedy i skąd się wzięła, pozostaje tajemnicą. Masaru, Narumi i Shirogane będą musieli odkryć prawdę, by ocalić siebie i innych.

Nie ukrywam, że wiązałam z Karakuri Circus duże nadzieje. Po pierwsze, autorem oryginału jest Kazuhiro Fujita, który napisał też Ushio to Tora, niedawno fantastycznie odświeżone przez Satoshiego Nishimurę i studia Mappa oraz Studio VOLN. Po drugie, niemalże ta sama ekipa zajęła się ekranizacją opowieści o automatach. Po trzecie, po prostu urzekł mnie pomysł na fabułę. Pierwsze odcinki zapowiadały ciekawe i szalenie efektowne widowisko w stylu sprzed dwudziestu, a nawet trzydziestu lat – zachwycona zasiadałam do seansu, nie mogąc się doczekać, co będzie dalej. Niestety, liczby okazały się nieubłagane, trzydzieści sześć odcinków to zdecydowanie zbyt mało, by zaprezentować skomplikowany fabularnie i wypełniony postaciami świat, który autor przedstawił w ponad czterdziestu tomach mangi.

Jak wspomniałam we wstępie, intryga okazuje się wyjątkowo zawiła i pełna nagłych zwrotów akcji. W pewnym momencie historia Masaru schodzi na drugi plan, a my poznajemy życie jego przyjaciół, Shirogane i Narumiego. Oprócz nich przez anime przewija się całe mnóstwo ważnych i mniej ważnych postaci, którym również trzeba poświęć trochę czasu. Cofamy się też w daleką przeszłość, by poznać źródło choroby i pochodzenie automatów. Oczywiście wszystko to przeplatane jest kolejnymi pojedynkami z czarnymi charakterami. I tu mam problem, bo z jednej strony twórcy przycinając oryginał, pewne rzeczy potraktowali po łebkach, wrzucając widza nagle i niespodziewanie w wydarzenia, przedstawiając mu ważnych bohaterów byle jak, każąc po prostu przyjąć do wiadomości, że taka postać istnieje i jest istotna dla rozwoju fabuły. Z drugiej, marnowali czas na nic nieznaczące epizody (na przykład szkolny), które bez szkody można by wyciąć.

Trudno mi ocenić Karakuri Circus, ponieważ jest w tej serii całe mnóstwo fajnych, pomysłowych elementów, które nadal wzbudzają mój podziw. Wyjątkowo przypadł mi do gustu baśniowo­‑makabryczny nastrój i przedstawienie niektórych automatów nie tyle jako antagonistów, co istoty tragiczne. Lalki mają tylko jeden cel, a przy tym nie dostrzegają własnej tęsknoty za człowieczeństwem – mordują ludzi i jednocześnie pragną czuć tak jak oni. Wszystkie podróże w daleką przeszłość po to, by wyjaśnić pochodzenie choroby i shirogane, czyli ludzi świadomie poświęcających wszystko, co mają, żeby walczyć z Nocnym Cyrkiem, a także ukazanie historii rodu Saiga, to fabularne majstersztyki i najlepsze fragmenty anime. Do tego dochodzą pojedyncze postacie, takie jak płatny zabójca, Ashihana, czy jeden z shirogane, Guy, które gwarantują wysoki poziom odcinka. Podsumowując, jest tu całe mnóstwo drobiazgów mogących się podobać i przyciągających widza. Nie można też odmówić pojedynkom efektowności i pomysłowości, a to zawsze zaleta w tego typu serii.

Niestety, wszystkie te fajne rzeczy toną w chaosie i pośpiechu. Bohaterowie są dosłownie przerzucani z miejsca na miejsce i większość decyzji podejmują na szybko lub są one podejmowane za nich. Jednak największą wadą pozostaje dla mnie antagonista, czystej wody szaleniec, obdarzony ponadprzeciętną inteligencją, którego działania pod koniec trudno nazwać konsekwentnymi. Gdyby były nielogiczne, nie ma sprawy, nie wymagam rozsądku od wariata, ale aż taka niekonsekwencja bije po oczach. Jest jeszcze coś, co w Ushio no Tora aż tak nie raziło, ale tutaj w pewnym momencie staje się męczące – ciągła potrzeba poświęcania się jednych osób dla drugich. Większość planów bohaterów ma charakter misji samobójczej, co zawsze mnie drażni. Nie jestem fanką bezsensownego ubijania połowy obsady tylko po to, żeby pokazać, jak bardzo serio jest anime i w celu zwiększenia ładunku dramatycznego. Trochę jak w ostatnim tomie Harry'ego Pottera – nie bardzo wiemy co zrobić z postaciami, więc zabijmy je, najlepiej w głupi sposób. W efekcie bohaterowie uchodzący za inteligentnych i silnych giną w starciu z pierwszym lepszym leszczem, chociaż wcześniej dawali radę znacznie silniejszym przeciwnikom. Inna sprawa to same obrażenia – postać może stracić morze krwi i wyjdzie z tego, po czym umrzeć z powodu jednej niedużej rany. Ale jest dramatycznie! W Karakuri Circus jest zaskakująco dużo takich kwiatków, dlatego chwilami wydaje się pisane na kolanie i pozbawione jakiegokolwiek sensu, co potrafi irytować.

Trochę szkoda, że twórcy w ten sposób traktują stado całkiem sympatycznych i pozbieranych bohaterów. Zwykle dostaję uczulenia na idealistycznie nastawione dzieci wrzucone w wir dorosłego życia, ale w przypadku Masaru problem szybko znika. Z beksy i tchórza wyrasta silny i odpowiedzialny chłopak, który potrafi wziąć sprawy w swoje ręce. Generalnie podoba mi się, że konflikt między ludźmi a automatami nie pozostaje bez wpływu na obydwie strony. Masaru, Narumi, Ashihana i wielu innych z każdą kolejną potyczką zmieniają się. Podobnie jest z niektórymi automatami, które zaczynają zadawać pytania o celowość swoich działań i kwestionować odgórne rozkazy. Tak naprawdę zawiodłam się tylko na jednej postaci, a mianowicie Shirogane. Kiedy dziewczyna pojawia się w anime, ma w sobie więcej z lalki niż Arlequin, którym włada. Jest nieobecna, pusta i nie wykazuje żadnych ludzkich odruchów. Pod wpływem Masaru i Narumiego zmienia się nie do poznania – staje się otwarta i radosna, ale jednocześnie jest gotowa chronić ważnych dla niej ludzi. To silna postać, obdarzona niezwykłymi umiejętnościami i stalową wolą. Tymczasem pod koniec serii, twórcy (być może za autorem mangi) robią z niej bezwolną kukłę, kolejną „damę w potrzebie” – nagle tysiące stoczonych walk nie mają znaczenia, Shirogane jest zbyt słaba, by zrobić coś sama. I nie ukrywam, że bardzo mnie to wkurza. Nic nie boli bardziej niż sprowadzenie poukładanej, silnej kobiety do roli pięknego przedmiotu, o który biją się inni. Pomijając ten jeden niechlubny przypadek, serię wypełniają raczej pełnokrwiste i charakterne postaci. Ich relacje są ciekawe, chociaż nierzadko skomplikowane. Oczywiście wszyscy mieszczą się w jakichś schematach, ale jeżeli tylko są dobrze „podane”, to nie mam zastrzeżeń.

Pod względem graficznym seria wypada bardzo dobrze – albo inaczej, są tu elementy naprawdę udane i dużo słabsze. Projekty postaci są stosunkowo wierne oryginałowi i dopracowane, uwagę zwraca też bogata mimika. Jednak największe brawa należą się za armię automatów, z których większość została potraktowana indywidualnie. Cieszy bogactwo pomysłów i motywów – są tu nawiązania zarówno do klasycznych projektów lalek, jak i cyrkowe inspiracje. Nocny Cyrk to barwna i pełna niespodzianek grupa, która zawsze zaskakuje. Bardzo efektownie prezentują się również lalki, którymi posługują się shirogane. Na pewno największe wrażenie robią towarzysze Shirogane i Guya, są piękni i majestatyczni, a swoim wyglądem nawiązują do weneckich karnawałów. Animacja wypada dobrze, twórcy przykładali się podczas pojedynków, chociaż czasami efekty komputerowe zbytnio rzucają się w oczy. Niestety pod koniec anime widać spadek formy rysowników, pojawia się wtedy sporo niedoróbek i anatomicznych wpadek, ale przy tej długości to raczej nieuniknione. I tak jestem miło zaskoczona, że poziom utrzymano niemalże do samego finału.

Ścieżkę dźwiękową oceniam podobnie jak grafikę – muzyka przez większość czasu jest tylko tłem dla wydarzeń, ale bywają momenty, kiedy przebija się na pierwszy plan i przykuwa uwagę. Na szczęście nie ma tu dużo elektroniki, dominują brzmienia orkiestrowe, często bardzo podniosłe, ale nie powinno to dziwić – sporo tu scen dynamicznych i dramatycznych. Do gustu przypadły mi też czołówki, może z wyjątkiem ostatniej, zbyt „dyskotekowej” i przez to niepasującej do anime. To samo mogę zresztą napisać o piosenkach towarzyszących napisom końcowym, z których wyróżniają się zwłaszcza dwie pierwsze. Chylę też czoła przed seiyuu, którzy fantastycznie odegrali swoje role. W pamięć zapadli mi przede wszystkim Nozomu Sasaki jako Guy, Romi Park jako Lucille (wspaniale sprawdziła się jako starsza pani) oraz Takahiro Sakurai, grający Ashihanę. Ale lista aktorów jest wyjątkowo długa i tak naprawdę wszyscy się postarali.

Karakuri Circus nie sprostało moim wygórowanym w tym przypadku oczekiwaniom. Źle rozłożono akcenty, zawiodła kompozycja i naturalnie zabrakło czasu, by pewne wydarzenia przedstawić tak, jak na to zasługiwały. Być może nie jest to tylko kwestia liczby odcinków, ale i oryginału, niekoniecznie tak dobrego jak Ushio to Tora. Mimo wszystko, nie uważam czasu poświęconego na serię za stracony – było tu kilka rewelacyjnie poprowadzonych wątków i wiele interesujących postaci, no i oczywiście klimat, charakterystyczny dla anime z zeszłego wieku, który uwielbiam. Na pewno jest to produkcja lepsza niż większość chłamu, wypuszczanego przez japońskie studia co roku. Czy warto? Myślę, że jednak tak, zwłaszcza jeśli lubi się takie odpustowe świecidełka i nie ma się nic przeciwko nadmiarowi dramatyzmu. Seria ma sporo wad, jednak oferuje też rozrywkę na niezłym poziomie. Przeciętniak, ale klimatyczny!

moshi_moshi, 22 sierpnia 2019

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio VOLN
Autor: Kazuhiro Fujita
Projekt: Takahiro Yoshimatsu
Reżyser: Satoshi Nishimura
Scenariusz: Kazuhiro Fujita, Toshiki Inoue
Muzyka: Yuuki Hayashi