Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Komentarze

lasagna777

  • Avatar
    A
    lasagna777 12.03.2017 14:27
    rozmiar ma znaczenie
    Komentarz do recenzji "Pokémon"
    Korzystając z urlopu oglądam stare bajki, w tym Pokemony…

    Pamiętam, że zawsze dziwiło mnie, czemu w szpitalach Pokemon wszystkie łóżka zaprojektowane są do wielkości dorosłego mężczyzny, mimo że zawsze (!) pacjentami są maluchy wielkości Pikacza… Gdzie tu sens, gdzie logika? :P

    P.S. Zauważyłam drobne różnice w mundurkach poszczególnych Joy i Jenny… a myślałam, że to niemożliwe.
  • Avatar
    A
    lasagna777 10.12.2016 06:13
    Pomimo CGI
    Komentarz do recenzji "Berserk [2016]"
    Pozytywne zaskoczenie. Pomimo CGI serię oglądałam z przyjemnością. Być może z powodu sposobu cieniowania rysunku, przywodzącego na myśl mangę? A może z powodu nieruchomych scen, przypominających te malowane ręcznie z pierwszego sezonu? Nie bez znaczenia było również wyprostowanie fabuły tak, aby mniej więcej zgadzała się z pierwowzorem. Świetnie dobrana muzyka, podobnie jak w „jedynce”, dzięki czemu zachowany został klimat serii. Jedyne minusy dla mnie to CGI oraz twarz Gutsa – co oni zrobili z jego wydatną przedtem szczęką?… Jednak te wady nie były w stanie zepsuć mi przyjemności oglądania. Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon.
  • Avatar
    lasagna777 20.11.2016 02:18
    Re: Informacja a ankiecie i pocieszenie dla fanów - mogło być gorzej...
    Komentarz do recenzji "Bishoujo Senshi Sailor Moon Crystal"
    Serdeczne dzięki za nazwę serialu o muzycznych nastolatkach – oglądałam to jakieś sto lat temu, chciałam odświeżyć, a za Chiny ludowe nie pamiętałam tytułu.

    Zaś zjawisko, o którym piszesz, już miało miejsce w odniesieniu do Sailor Moon:
    [link][link][/link]
    Seria została sprofanowana w identyczny sposób jak Jem i hologramy. Całe szczęście, że nie ujrzało to światła dziennego…
  • Avatar
    lasagna777 20.11.2016 02:01
    Re: Kim jest Chibiusa?
    Komentarz do recenzji "Bishoujo Senshi Sailor Moon Crystal"
    Co ta Naoko ma w głowie…

    Ano, pewnikiem to samo co Usa, która z angielskiego zbierała same dwóje… Podobno główny bohater zawsze jest wzorowany na osobie swego autora. Gdyby bowiem pani Takeuchi miała choćby śladowe pojęcie o tym języku, poddani tytułowaliby królewnę „Little Lady” lub „Young Lady” (mała/młoda dama), a nie „Small Lady” (mała wzrostem dama)...

    Tak, Usagi Small Lady Serenity to jej pełne imię

    Też oglądałam SMC, ale takiego motywu nie pamiętam. Raczej zrozumiałam to tak, że Usagi „Small Lady” Serenity było połączeniem imienia z pseudonimem (tak jak np. Dariusz „Tiger” Michalczewski, Arthur „Dwie Szopy” Jackson itd.). Może któreś z nas oglądało wersję z jakimś dziwnym tłumaczeniem? Powstało wtedy wiele wersji napisów, z czego wiele było koszmarnie przetłumaczonych (np. HorribleSubs naprawdę były horrible)...
  • Avatar
    lasagna777 12.10.2016 16:06
    CGI
    Komentarz do recenzji "Berserk [2016]"
    Oj nie… jeśli szukasz okropnego CGI, obejrzyj filmy kinowe – ja tu widzę postęp od tego czasu.
  • Avatar
    lasagna777 8.10.2016 23:01
    manga
    Komentarz do recenzji "Berserk [2016]"
    Nie czytałem mangi i nie mam nigdy zamiaru tego robić.


    Nie wiesz, co tracisz… tyle w temacie.
  • Avatar
    lasagna777 8.05.2016 20:50
    zgoda
    Komentarz do recenzji "Pan Głowa"
    Również nie zgadzam się z opinią: „Człowiek Zachodu zamiast fabułą będzie się tu raczej zachwycał formą – animacją i rysunkiem.”

    Nieprawda. Od samego początku podobała mi się konwencja ballady snutej przez narratora ze shamisenem, zaś od pewnego momentu zaczęłam się nieźle bawić i niemal do końca banan nie schodził mi z ryja. Wiadomo, że w japońskim występuje wiele homonimów, więc  kliknij: ukryte 

    Teoria o schizofrenii, zaczynającej się od zbieractwa i dziwactw, może być słuszna. Jednak dla mnie chodzi raczej o karę za skrajny egoizm.  kliknij: ukryte 

    Mogę zgodzić się co do tego, że nie jest to „komedia”, raczej słodko­‑gorzka surrealistyczna opowieść z morałem, w której mieszają się elementy komiczne z tragicznymi. Podobnie jak „wiejski lekarz Franza Kafki”, jak już ktoś wspomniał.
  • Avatar
    lasagna777 4.01.2016 18:11
    Disney?
    Komentarz do recenzji "W krainie bogów"
    Masz rację z ekoprzesłaniem, ale posądzanie Ghibli o zrzynanie z Disneya to przesada. Japończycy mają swoją własną, bogatą mitologię i naprawdę nie muszą zrzynać od Amerykanów – śmiem twierdzić, że jest wręcz odwrotnie, o czym świadczą liczne hollywoodzkie remaki japońskich i innych azjatyckich filmów.

    Jeśli szukasz zrzynki z  kliknij: ukryte , to raczej w produkcjach typu Avatar, gdzie głównym wątkiem jest napaść białych agresorów na szlachetnych nie­‑białych dzikusów. Symboliczne przeprosiny twórców skierowane do Indian za grzechy konkwistadorów, czy jakoś tak.

    Mononoke zaś jest baśnią ludziach i bogach; a także opowieścią o przemijaniu, ustępowaniu starych praw przed nowymi. W świecie Miyazakiego nikt nie jest jednoznacznie dobry ani zły:  kliknij: ukryte  a osąd należy do widza. Nie ma za to żadnego przepraszania „szlachetnych dzikich” przez „tych złych białych”.

    Dlatego nie dopatrywałabym się w tym na siłę podobieństw do Disneya – to jest naprawdę zupełnie inna bajka.

    Podejrzewam, że autor zdania "...po jego obejrzeniu ma się ochotę rzucać butami w ekran, jeśli pojawi się na nim jakieś dzieło Disneya…" zestawił oba studia w jednym zdaniu raczej jako przeciwieństwo, niż podobieństwo.
  • Avatar
    lasagna777 4.01.2016 16:37
    Re: Aż się człowiekowi niedobrze robi
    Komentarz do recenzji "Stalowy alchemik"
    Przepraszam, że na Ciebie wtedy naskoczyłam.

    W pierwszym FMA podobały mi się pierwsze odcinki – te, które były przynajmniej trochę zgodne z mangą:  kliknij: ukryte .

    Później nastąpiła tworzona „na gorąco”, chaotyczna akcja z licznymi zagraniami deus ex machina, co pod koniec było dla mnie nużące. Choć spodobał mi się film wieńczący serię – Conqueror of Shamballa.

    Zgodzę się z tym, że niektóre pomysły były ciekawe. Gdyby jednak twórcy anime dołożyli nieco staranności (lepsze rozplanowanie fabuły z logicznymi następstwami poszczególnych wydarzeń, odpowiednie stopniowanie napięcia) – całość prezentowałaby taki sam poziom jak pierwsze odcinki, które widać, że robiono z wielką starannością.

    PS. W realu nie jestem taką wiedźmą, jak w necie.
  • Avatar
    lasagna777 29.11.2015 21:33
    CHORE I WYPACZONE
    Komentarz do recenzji "Nekojiru-so"
    Mam podobne zdanie. Rozumiem, iż autor silił się na głębię godną Dalego czy innych mistrzów surrealizmu… a wyszła, no cóż, kocia zupa – z dodatkiem składników, których potencjalny zjadacz raczej znać nie chce…

    Tak naprawdę szybko można się zorientować, że to jest opowieść o ludziach, z niewiadomych powodów „przebranych” przez autora za koty. Najbardziej szokował mnie widok owych sympatycznych wielkookich zwierzątek zachowujących się jak  kliknij: ukryte  ludzie. Odczuwałam odrazę, gdy np.  kliknij: ukryte  Jednak nie byłam w stanie im nie współczuć właśnie ze względu na ową zwierzęcą postać –  kliknij: ukryte  – wredny chwyt poniżej pasa, szantaż emocjonalny autora zmuszający do obejrzenia całości, mimo iż film zaczął nudzić mnie w połowie…

    Oczywiście w pewnym momencie autor zaczął silić się na „głębokie przesłanie”  kliknij: ukryte . Generalnie owe podniosłe nawiązania mają chyba wmusić w widza przekonanie, iż nie jest to taki zwykły bełkot, tylko coś więcej – bełkot hipsterski i antymainstreamowy.

    Mniej więcej tak samo chora jest kreskówka Salad Fingers, stworzona przez jakiegoś hamerykańskiego geeka na kwasie, wrzucającego swoją twórczość na youtube. Niesmak po „Sałacianopalcym” miałam mniej więcej taki sam jak po tym.
  • Avatar
    lasagna777 23.11.2015 07:18
    Re: dobra seria, niepokojące refleksje
    Komentarz do recenzji "Tajemniczy opiekun"
    W porządku, edwardiańska (dopiero przeczytałyście to na Wikipedii, wielka sztuka) – co nie zmienia faktu, że w tamtych czasach również istniały liczne związki stary mąż­‑młoda żona – i mówiąc „stary” nie chodzi o 25­‑latka. Zamiast narzekać, co też „ona” napisała – poczytaj proszę jakiekolwiek książki tej autorki, czy jakichkolwiek współczesnych autorek. Poczytaj książki zamiast Wikipedii. A przede wszystkim przeczytaj Tajemniczego Opiekuna. Nie czytałaś, a pałasz świętym oburzeniem… Chyba do końca życia nie zapomnę, co piszesz nie znając lektury…

    Pytanie nr 1: gdzie w Tajemniczym opiekunie miłość rodzicielska???

     kliknij: ukryte  Ale tego na świętej Wikipedii nie piszą.

    Jedyną wadą filmu dla mnie jest zakończenie, może powinnaś czytać ze zrozumieniem? Pisałam, że gdyby nie ta jedna rzecz, anime byłoby świetne.

    Głównym przedmiotem moich dywagacji na temat facetów z kompleksem Lolity jest książka. Tam nie było żadnych młodzieńców o duszy małego chłopca, ani wyzwolonych młodych kobiet. Tylko tego rodzaju „niedzielna dobroczynność”, jaką filmowa Judy wyszydziła w wypracowaniu.

    Nadal uważam, że World Masterpiece Theater był jednym wielkim nieporozumieniem, nie tylko ze względu na różnice w mentalności – bez względu, czy to epoka wiktoriańska, edwardiańska czy inna. A także ze względu na zmiany fabularne – jak to miało miejsce np. w Księżniczce Sarze.
  • Avatar
    A
    lasagna777 22.11.2015 20:44
    dobra seria, niepokojące refleksje
    Komentarz do recenzji "Tajemniczy opiekun"
    Świetnie oddano perypetie miłosne, a także proces dojrzewania młodych dziewcząt – zmieniających się z dzieci w kobiety.

    Jest tylko jedno ale… które pojawiło się również w książce… ano, relacja rodzic­‑dziecko pomieszana z relacją kobieta­‑mężczyzna. Nawet pal licho różnicę wieku między bohaterami, i tak została złagodzona w filmie. Chodzi o to, że opiekun biorący pod opiekę dziecko nie powinien wdawać się z nim w tego typu związki.  kliknij: ukryte 

    Dlatego bajka byłaby świetna, gdyby nie zakończenie.  kliknij: ukryte  Widać, że twórcy anime starali się unowocześnić bohaterów i ich relacje, zatem Judy jest chłopczycą i emancypantką, a Jervis jest dwudziestoparolatkiem o duszy psotnego chłopca, socjalistą i feministą. Podczas gdy  kliknij: ukryte 

    Pomimo niewątpliwego uroku, pięknych projektów postaci, świetnie zarysowanych osobowości – sam pomysł przenoszenia wiktoriańskich książek na współczesny japoński ekran nie był najlepszym pomysłem. Właśnie ze względu na pierwotne przesłanie pierwowzorów, dyktowane hipokryzją tamtej epoki, wcale nie tak niewinnej jak większość myśli.
  • Avatar
    lasagna777 21.11.2015 10:27
    Re: Aż się człowiekowi niedobrze robi
    Komentarz do recenzji "Stalowy alchemik"
    Co do „cudu”... obawiam się, młoda damo, że na razie wypowiadasz się jak ślepy o kolorach. Dlatego lepiej zaczekaj z tym „prawem” jak sama będziesz mieć dzieci, bo naprawdę piszesz głupstwa. Interesujące, że tego typu natchnione teksty słyszałam przeważnie od osób, które własnych dzieci nie mają. Natomiast matki jakoś nie poruszają tego tematu. Bardzo dziwne, prawda?
    Nie demonizuję, po prostu widziałam trochę więcej niż Ty. Nieładnie krytykować cudze doświadczenie, samemu go nie mając. To tortury, mimo iż powątpiewasz i pogardliwie się o nich wypowiadasz. Ich sprawcą jest bezlitosna natura, Boga w to nie mieszaj. A trwają one, bagatela, jakieś 18­‑20 godzin, począwszy od samego początku imprezy.
    To, że niektóre kobiety decydują się na kolejne dziecko, nie ma nic wspólnego z „cudem” czy jedynie słusznym światopoglądem, to jest złożona sprawa. U niektórych jest to kwestia instynktów – wiele kobiet odczuwa silną potrzebę posiadania dzieci. To też kwestia natury, a nie żadnych cudów.
    Inne z kolei zaś nie mają nic do powiedzenia w tej sprawie, nie mają ani dostępu do antykoncepcji i aborcji, ani nawet głosu w kwestii odbywania stosunków – mężowie i konkubenci pewne rzeczy na nich wymuszają. Jak myślisz, dlaczego tyle rodzin z marginesu jest wielodzietnych? Silny instynkt macierzyński? Religijność? Wolne żarty. Ale widzę, że ten problem też dla Ciebie nie istnieje.
    P.S. Rodziny wielodzietne w Polsce? Ile takich znasz poza własną? Teraz jeśli ktoś ma jedno, to już jest wielki sukces; są pary, które w ogóle się na to nie decydują. Może zanim coś napiszesz, sprawdź statystyki GUSu? Problem spadku dzietności dotyczy zresztą całej Europy.
     kliknij: ukryte 

    A skoro już jesteśmy przy niewinnej młodzieży męskiej – irytują mnie (między innymi) jego ciągłe fochnięcia. Skoro nawet obcy ludzie (panowie chimery) zauważają problem, to coś tu jest na rzeczy. Ciekawe, że Al został tak samo osierocony i opuszczony, a jakoś potrafił mówić do ojca ludzkim głosem.

    Czyli Winry jednak jest tsundere? Wpierw mówiłaś co inszego…

    Rozumiem równoważną wymianę, ale nie wtedy, kiedy słowo to pada praktycznie w co drugiej kwestii. Tok rozumowania, który podałaś, też nie do końca jest logiczny. Skoro A równa się B, to A nie równa się B, wniosek: C = D. Baardzo logiczne.

    Tak, oglądałam. Jest to kiepskie ze względu na owe Deus ex machina i nielogiczne zachowania bohaterów, o czym pisał recenzent, a pod czym podpisuję się obiema rękami.

    Żarty z krwi w mandze są mniej więcej na tym samym poziomie co walenie Eda kluczem francuskim w łeb. Brutalne = śmieszne.

    Żart z Hughesa jako aniołka dla mnie był w złym guście. To była jedna z najbardziej sympatycznych postaci, jej śmierć była tragedią, więc spychanie tego do roli głupiego żartu jakoś mnie nie śmieszy.
  • Avatar
    lasagna777 16.11.2015 03:09
    Re: Aż się człowiekowi niedobrze robi
    Komentarz do recenzji "Stalowy alchemik"
    1. Czy Brotherhood jest faworyzowany… być może. Ale mniej chodzi o grafikę czy wierność, bardziej o staranność i konsekwencję. Pani Arakawa stworzyła uniwersum rządzące się swoistymi prawami fizyki, nie po to, by je łamać co i rusz. A tutaj mam wrażenie, że nie wystarczy istnienie magii (alchemii), trzeba co i rusz udziwniać owe prawa jeszcze bardziej…
    Może pozwolę sobie zacytować recenzenta:
    twórcom również zabrakło zaangażowania i konsekwencji. Problem staje się bardziej zauważalny w miarę zbliżania się anime do końca – dążąc do zaplanowanego finału, niejednokrotnie na jego rzecz poświęcano logikę. Trafiają się nieoczekiwanie wyskakujący i równie szybko znikający ze sceny bohaterowie, absurdalne deus ex machina, niektóre wydarzenia wołają o pomstę do nieba, zaś uczestnicy są częściowo pozbawiani wolnej woli (by nie rzec dosadniej – inteligencji). Wszystko, by dotrzeć do spektakularnego końca.
    To właśnie miałam na myśli mówiąc o topornie skleconych wątkach – to jest po prostu niestaranne. Zgadzam się również z recenzentem co do „nierówności fabuły”, „momentów, w które wkracza nuda”. Wierność czy grafika są najmniejszymi dla mnie minusami.
    Zresztą, przeinaczasz moje słowa. Nie chodzi mi o „modlenie się” fanów na całym świecie przez cały czas trwania ludzkości, a tylko i wyłącznie hymny pochwalne na forum, tu i teraz.

    2. Fanowska twórczość, mówisz?
    Twórcy chyba zdecydowali się sprawdzić, ile jeszcze można przywalić bohaterom (zwłaszcza braciom) i ile z tego wytrzymają. Taki masochizm wobec tworzonej fabuły
    Ale ileż można? Tora­‑uma dawkowana na hektolitry przestaje kogokolwiek wzruszać, a zaczyna drażnić i nudzić.
    W recenzji do Brotherhood autor wyraża żal, że Arakawa nie odważyła się na mocniejsze położenie nacisku na dramatyczną sytuację braci oraz innych bohaterów, że nie zrobiła z tego „głównego tematu” fabuły. Przecież to jest właśnie proszenie się o takie podejście, jakie zastosowano w przypadku pierwszej serii!
    A w którym miejscu konkretnie? Zajrzałam do onej recenzji, ale nie udało mi się znaleźć tego, co sugerujesz, doszukałam się jedynie krytyki końcówki, że niby „zbyt shounenowa”. Może po prostu nadinterpretujesz intencje autora?

    3. Krytyka niestosownych wypowiedzi Eda „co najmniej dziwna”? Uso yo?
    Całe życie jest bolesne, ktoś tu chyba marzy o utopii.
    A ile takich „cudów” widziałaś? Bo ja całkiem sporo i wierz mi, jest to męczarnia porównywalna jedynie do bólu nowotworowego czy operacji jelit bez znieczulenia. Nie chodzi o żaden wydumany przez Goethego i jemu podobnych „ból egzystencji”, tylko o jedną z najgorszych tortur, jakie można zadać ludzkiemu ciału. Jeśli usiłujesz to bagatelizować, umniejszać, spychać do jednego worka z jakimś miałkim „bólem życia”, to wybacz, ale sama nie wiesz, co piszesz.
    Nie twierdzić, że cud narodzin jest cudem tylko dlatego, że rodzenie boli?
    „Tylko”? Naprawdę nie rozumiesz, skoro piszesz coś takiego. Może się bardzo zdziwisz, ale znakomita większość rodzących ma czelność nie twierdzić powyższego „tylko” dlatego, że boli. Gdybyś próbowała uświadamiać rodzącą kobietę w kwestii „cudu”, sklęłaby Cię tak, żeby Ci uszy zwiędły – taka jest bowiem reakcja większości pacjentek na takie bzdu… na ową „cudowność”. Doprawdy, ich niesłuszne podejście jest „co najmniej dziwne”...
    Dlatego też one i tylko one mają prawo zabierać głos w sprawie rzeczy, za którą zapłaciły tak wysoką cenę, a tym bardziej do gloryfikowania jej. A nie osoby, które tego bólu nigdy nie zaznały i nigdy nie zaznają, np. z racji płci, celibatu czy innych przyczyn. A już na pewno nie jakiś niedorostek z warkoczem i ADHD.  kliknij: ukryte 
    Tego typu słodkopierdzące banały wygłaszane tonem wielkiego znaffcy były co najmniej nie na miejscu w ustach takiego smarka. I tylko tego faktu się czepiłam, gdyż zbliżone poglądy nie raziły mnie u jego mistrzyni – w odróżnieniu od niego miała do tego prawo (i nie plotła przy tym andronów)...
    Domyślam się, że autorka chciała ukazać kontekst alchemiczny: narodziny i śmierć to dwie strony medalu, część całości, gdyż jedno jest wszystkim itd. Zdrzaźniła mnie jeno Edziowa jenterpretacja, jako żywo przypominająca tłumaczenie niejakiego Maślany niejakiemu Anusiakowi skąd się biorą dzieci…

    4. Kreacja Winry jest ewidentnie nierówna. W jednej scenie wali Eda w głowę żelastwem (wyobraź sobie skutki takiego uderzenia u żywego człowieka). W drugiej, np. u Hughesów, siedzi grzeczniutko ze spuszczonymi oczętami i niewinną minką, sprawiając wrażenie złotowłosego aniołka. „Lolitka” w sensie „młodziutka, niedojrzała dziewczynka, jeszcze nie kobieta, a już nie dziecko, niewinna i śliczna” – taki wyidealizowany obraz mają m.in. Garfiel, państwo Hughes czy Mustang, nie znający jej drugiego, mniej „anielskiego” oblicza. Zauważ, że większość dorosłych nabiera się na owe pozory, odczuwając silną potrzebę chronienia owego „bezbronnego dzieciątka”, chyba przed nią samą?…
    Z pewnością nie ma fałszu w jej zachowaniu czy jakiejkolwiek próby przypodobania się innym
    Nie twierdzę, że to świadoma manipulacja otoczeniem, raczej niedopracowanie postaci. Chwilami autorka serwuje nam jakby dwie różne osoby: jedną słodką i delikatną, drugą brutalną i niezrównoważoną. Przez większość mangi zachowanie tej komusume irytowało mnie niepomiernie. Dopiero od  kliknij: ukryte , kiedy te jazdy psychiczne w miarę ustąpiły (agresję zastąpiło wylewanie potoków łez), starałam się ją przynajmniej trochę zrozumieć…

    5. ...Gdyż później na miejscu wnerwiającej postaci numer jeden zastąpił ją pewien kusogaki, ciągle boczący się na ojca i marudzący o strrraszliwej trrraumie, jaką kusooyaji mu jakoby wyrządził. Nieważne, że ten miał swoje powody, że minęły całe lata, smark i tak nie da ojcu drugiej szansy (ani nawet dojść do słowa), muri da yo, zettai ni, dai kirai na wieki wieków amen. Bo tak. Bo nie. Bo prawdziwy muczo­‑maczo nigdy nie ustąpi, nie wybaczy ani nie przyzna się do błędu. Ileż można stroić fochy, jak długo?  kliknij: ukryte  To mnie od niego odstręcza, nawet przy pominięciu całej listy innych wad. Ed jako „najlepsza postać męska”? Chyba w 2004 musiała panować jakaś posucha i nieurodzaj na postaci męskie…

    6. Nie do końca wiem, czemu usprawiedliwiasz niedoskonałości mangi przede mną, skoro szydzę głównie z anime i tylko z pierwszego? (Manga miała dla mnie niewiele wad, głównie dwie zasadnicze: herosa i jego wybrankę.)
    Dana kwestia staje się banałem, jeśli postać rzuca nią jak z rękawa, bez uprzedniej refleksji.
    Kiedy właśnie w tym serialu ma miejsce takowa czynność!!! Jak słyszałam powtarzające się niemal co chwila słowiańsko brzmiące „tołka­‑kołka”, ogarniał mnie wariacki rechot. To było rzucane jak z rękawa, czego nie zauważyłam ani w mandze, ani w Brotherhood. I jeśli była w tym refleksja, to długo to nie trwało…
    Wiem, to że nieładnie tak nabijać się z obcego języka, ale tym, co wyszydzam, nie jest język sam w sobie, tylko nadużywanie jednego konkretnego słowa. Tak samo w trakcie oglądania Pollyanny doznałam ciężkiej i długotrwałej alergii na słowo yokatta, powtarzane co 5 minut (jakieś 5­‑6 razy na odcinek) lub częściej, odcinków było 51, co daje 250­‑300 powtórzeń, a być może więcej, bo nie liczyłam, tylko szacowałam… Otóż tutaj jest to samo!!!
    To, o czym mówi Ed (...) jest to poparte (...) głębokimi przemyśleniami.
    W tym miejscu opadła mi kopara. Ed i skomplikowane czynności myślowe? Owszem, jest na tyle kumaty, żeby wykuć na blachę książki alchemiczne, co stawia go jeden szczebel wyżej na drabinie ewolucyjnej od takiego np. Naruto czy młodego Son Goku. Ale przemyślenia? To jest przede wszystkim człowiek czynu, który najpierw bije, a potem pyta. (W sumie jak większość bohaterów shounenów…) Mądrości, którymi raczy otoczenie, brzmią dla mnie tak naturalnie, jakby napisał tekst na kartce, a potem wyuczył się go na pamięć. Tak jak samo sztucznie brzmią dla mnie slogany wspomnianego już Naruto o „ratowaniu najlepszego przyjaciela”.

    Wiem, że to co piszę, jest mega złośliwe (nie ukrywam, że wredna szydera jestem). Po prostu FMA była jedną z moich pierwszych mang, którą oceniam na co najmniej 8, więc miałam pewne oczekiwania wobec anime. Wśród nich nie było wierności – olbrzymi sukces Sailor Moon pokazuje, że nie jest niezbędna. Oczekiwałam po prostu dobrej zabawy, wartkiej akcji, inteligentnego humoru, wiarygodnych psychologicznie postaci. A tu wiele odcinków jest zwyczajnie nudnych, postaci irytujące i nie do końca wiarygodne, zwroty akcji nie do końca przemyślane. A że jestem nałogowcem, nigdy nie jestem w stanie porzucić raz napoczętego anime, choćby nie wiem jak mnie irytowało/nudziło/zniesmaczyło, to chyba kwestia ciekawości co było dalej. (Choć przyznam, że przy niektórych wyjątkowo niestrawnych anime przesuwałam akcję lub puszczałam bez dźwięku (np. Saikano). Miałam pewne oczekiwania, które niestety nie sprawdziły się. A że zmarnowałam kilka dnie swojego życia, które mogłam poświęcić na co innego (choćby na wcześniejszą sesję Brotherhood), byłam nieźle wkurzona. Zawsze, kiedy zmarnuję kawałek życia na kiepską produkcję, mam ochotę zażądać od autora zwrotu owego straconego czasu. A że jest to niemożliwe, wkurzam się przełokropnie… Stąd moje wredztwo.

    PS. Żarty z krwi??? Pamiętam jedynie żarty ze śmierci (obrazki z japońskiej obwoluty pokazujące super­‑deformed Hughesa jako aniołka lecącego do nieba)
  • Avatar
    lasagna777 27.10.2015 08:07
    Re: Walkure Romanze
    Komentarz do recenzji "Walkure Romanze"
    Nie Japonia, ale niektórzy uczniowie są Japończykami, podobnie jak szkolna higienistka. Tak „dziwnym trafem” są nimi główny bohater i jego prawdopodobna wybranka, obowiązkowo najgłupsza…

    Zgadzam się z Tobą co do joty. Chamowaty fanserwis, wymyślone problemy, niezrozumienie europejskiej kultury, przekomputeryzowane efekty – dawniej nie było techniki komputerowej, a powstawały świetne baje, na których wychowały się całe pokolenia…

    A przede wszystkim ten okropny styl rysowania: haczykowata broda, przerywana krecha zamiast ust, ślepia na pół twarzy, oczywiście dziki kolor oczu i włosów. Piszcząca cycatka Mio jest Japonką, ale włosy ma różowe, a oczy niebieskie, mutant jakiś…?

    Zaczęłam oglądać Rose of Versailles – niebo a ziemia, tak powinno wyglądać anime o kobiecie­‑rycerzu.

    Ale świetne anime robiono dawno temu, a po 2000 r. widzów zalewa się chłamem robionym na jedno kopyto. Walkure Romanze to po prostu mdła papka bez smaku, do której oglądania momentami musiałam się zmuszać, bo ziewałam z nudów…
  • Avatar
    A
    lasagna777 19.10.2015 22:28
    Jokatta Łaaj dwojga imion
    Komentarz do recenzji "Ai Shoujo Pollyanna Monogatari"
    Ciężko opisać tasiem… ahem, serial, nie pojeżdżając po całym World Masterpiece Theatre, będącym kwintesencją niezrozumienia zachodniej literatury przełomu XIX i XX wieku przez Japończyków.

    W jednej rzeczy książkowy oryginał był bardziej „japoński” niż serial – otóż był tam motyw rodem ze szkolnej haremówki: on kocha ją – bez wzajemności bo, ona kocha innego – też bez wzajemności, bo on kocha inną – i tak dalej.
    W serialu owo miłosne poplątanie zostało bezlitośnie przecięte niczym węzeł gordyjski mieczem Aleksandra. Serialowe wytłumaczenie jest niesłychanie sztuczne, podobnie jak spłycone zostały łączące postaci relacje. Jak smarkaty musi być widz, żeby to kupić?
    Książkowe wyjaśnienie jest o niebo bardziej wiarygodne,  kliknij: ukryte 

    Nie licząc urzezania fabuły, serial ma trzy zasadnicze wady:

    1) długość – na jeden odcinek fabuły właściwej przypadają 2­‑3 fillery!!!

    2) Pollyanna – alias panna Jokatta Łaaj dwojga imion. Z każdą ekstatycznie wywrzaskiwaną przez heroinę yokattą coraz bardziej dziwiłam się jej otoczeniu, iż nie wykazuje chęci uduszenia pannicy po pięciu sekundach słuchania jej świdrującego pisku. Rozumiem, że wszystkie te hontonijokatty były w miarę zgodne z wymogami fabuły, ale to łaajczenie? Książkowa Pollyanna była bardziej dziewczęca, co za cembał wymyślił to wrzaskliwe chłopczysko? W klocowatych portkach, w których wygląda jak w ciąży? Z wiewiórem na głowie? (Osoby znające obyczaje gryzoni wiedzą, że jest to bardzo zły pomysł…)

    3) Głupota Pollyanny – zjawisko tak potężne, iż stało się odrębną dramatis persona – choć nigdy nie wymienianą z imienia, to jednak wszechobecną i nieuchronną niczem śmierć i podatki. Żywioł równie niebezpieczny jak tsunami, niszczący wszystkie mózgi i móżdżki na swojej drodze. Ni dorosły, ni dziecko nie oprze się jego miażdżacej sile – wszelkie naturalne reakcje obronne (Polly, Pendleton, pani Carew) padają po krótkim i słabym oporze, po czym kolejne zarażone zonbi powtarzają: „honto­‑ni­‑yokatta, honto­‑ni­‑yokatta”. Braaiins, braaiins!

    (Einstein stwierdził kiedyś, że istnieją dwie rzeczy nieskończone: kosmos i głupota. Z tym, że miał wątpliwości – co do kosmosu… Ciekawe, czy czytał oryginał?)

    Plusy:

    1. Grafika. Zdecydowanie ładne projekty postaci, z proporcjonalnymi oczami i kończynami. Jakże inne od późniejszych anime…

    2. Etiopczycy wyobrażają sobie, że ich bogowie mają czarną skórę i zadarte nosy; bogowie Traków mieli oczy błękitne i włosy rude[...]. (Ksenofanes) Cóż więc dziwnego, że w japońskiej kreskówce bohaterowie wyglądają japońsko?

    Główne postaci są oczywiście amerykanizowane. Jednak postaci poboczne posiadają cechy charakterystyczne dla rasy żółtej – lśniące czarne oczy z lekko opadniętymi powiekami i zmarszczkami nakątnymi, cera jasna i żółtawa, szerokie kości policzkowe i zmarszczki mimiczne w charakterystycznych miejscach. Zwłaszcza widoczne jest to u osób starszych. Na przykład u pani Snow, która oprócz owych rysów posiada również fryzurę przypominającą tradycyjne uczesanie kobiece, obecnie spotykane rzadko, np. u gejsz z Gion. Cudo! Po prostu starsza japońska dama, która kiedyś była piękna.

    (Dla niektórych jest to pewnie wada. Dla mnie zaleta, gdyż uwielbiam oglądać naturalną urodę Japończyków, a nie androgyniczne roboty o kanciastych rysach i nieludzkich proporcjach.)

    3. Wygląd Pollyanny, kiedy zdejmie te wstrętne różowe gacie i ubierze się jak dziewczyna. (I to mówię ja, wieloletnia chłopczyca.) W marynarskim mundurku jest śliczna!

    4. Niewinność Pollyanny –  kliknij: ukryte  nie jest złą dziewczyną. Wręcz przeciwnie – ma dobre serce, kocha ludzi i zwierzęta. Jest całkowicie bezinteresowna i szlachetna.  kliknij: ukryte 

    Komu warto polecić? Na pewno osobom spragnionym oglądania bohaterów wyglądających jak istoty ludzkie – bez spiczastych bród, kresek w miejscu ust oraz oczu wielkości talerzy.

    Komu nie warto? 1) Zwolennikom wierności książkowemu oryginałowi – fabuła została zmieniona, podobnie jak w wielu innych częściach cyklu. 2) Osobom uczulonym na piszczące, głupiutkie bohaterki. W razie zlekceważenia ostrzeżenia mogą pojawić się bowiem: facepalmy, skoki ciśnienia, uczucie wiercenia w uszach i długotrwała alergia na pewne słowo użyte w serialu ponad 100 razy…
  • Avatar
    lasagna777 19.10.2015 18:38
    Re: Dno, dno i jeszcze raz dno...
    Komentarz do recenzji "Itazura na Kiss"
    Rozumiem, że chcesz mieć ostatnie zdanie, jednak sama ów offtop zaczęłaś (wtręt o wężoustych wiedźmach i siekierach). Zaś sugestia, że „mnie coś boli” i „dotyka personalnie”, właśnie JEST zaczepką psycho­‑socjologiczną. Nie zapominaj o tym, jeśli ganisz innych za to samo.

    (A nie „boli” mnie sam temat przemocy domowej, tylko bronienie jej, wybielanie, uznanie za normę.)

    Co do anime, uważam głównego bohatera za skończonego tyłczaka pomiatającego żoną fizycznie i psychicznie. Co do fizycznego aspektu, nie jestem jedyną osobą na forum, która go dostrzega – vide post Mayu.

    Tyle w temacie tego „arcydzieła”.
  • Avatar
    lasagna777 18.10.2015 13:30
    Re: Dno, dno i jeszcze raz dno...
    Komentarz do recenzji "Itazura na Kiss"
    Zgadzam się, że każda przemoc jest patologią. Jednak w tym serialu występuje jedynie wobec kobiet i – uwaga – jest traktowana przez autorkę jako metoda wychowawcza (dorosłej osoby!), a nie przestępstwo. W scenie, o której mówisz, oboje zachowali się jak debile, jeśli już. Ona mu po prostu odpysknęła, a on nie tolerował niesubordynacji. I nie jest to jedyny przypadek, na końcu występuje inna parka – zapracowana salarywoman i jej kochaś­‑stalker, który stosuje podobne „metody wychowawcze”.

    Nie jestem feministką, stwierdzam jedynie fakt – większość ofiar przemocy to kobiety, a większość sprawców to mężczyźni.

    „To jakby mówić, że Rowling jest wężoustą czarownicą albo że Dostojewski mordował starsze panie siekierą.”

    Rozumiem więc, że nie czytałaś ani Kinga, ani Koontza?

    Dean Koontz jako mały chłopiec był maltretowany i molestowany przez własnego ojca. Dlatego jego bohaterowie to często ofiary gwałtu lub innej przemocy ze strony własnych rodziców, zaś bohater negatywny to zawsze dojrzały mężczyzna, który jest odrażającym gwałcicielem, a w niektórych przypadkach ojcem protagonisty. Przypadek?

    Ojciec Stephena Kinga był pijakiem i tyranem. To jego sportretował jako szalonego Jacka w Lśnieniu. Jego matka w końcu uzyskała rozwód i wyrzuciła go z domu, do którego zaczęła spraszać kobiety (zmieniła orientację) – ją również King opisał w powieści Bezsenność, jako maltretowaną żonę religijnego fanatyka. A ponieważ matka zamieniła dom w żeński harem, wysoce prawdopodobne jest, że dojrzewający Steven został uwiedziony przez którąś z tych dam, gdyż w co drugiej książce King zamieszcza wątek uwiedzenia nastoletniego chłopca lub młodego mężczyzny przez dojrzałą i doświadczoną kobietę – zbyt często, żeby mówić o przypadku. Ponadto King sam borykał się z alkoholizmem, co również odbijało się na protagonistach (np. w kontynuacji Lśnienia). Podobnie jak z dolegliwościami wieku bardziej niż średniego (np. prostata, bezsenność, utrata urody i męskiej sprawności) – jego ostatnie powieści pisane są zwykle z perspektywy starca „kiedy byłem małym chłopcem”, a główny bohater cierpi na wspomniane dolegliwości. Gdy King był młody, jego bohaterowie również byli jego rówieśnikami.

    Dostojewski nie musiał mordować staruszek, ale zapewne był ubogim studentem podziwiającym Nietzchego na pewnym etapie życia. To on był również poszczególnymi braćmi Karamazow – najpierw naiwnym, pobożnym Aloszą, następnie zgorzkniałym ateistą Iwanem. Przemyślenia, włożone w usta bohaterów, są zbyt osobiste, niemal intymne, żeby nie były bliskie autorowi przynajmniej na pewnym etapie życia.

    Co do Rowling, nie wypowiadam się, bo nie znam jej biografii. Spotkałam się jednak z opiniami, iż Harry Potter był bezczelną zrzynką z Pana Kleksa.
  • Avatar
    A
    lasagna777 10.10.2015 16:59
    at last!
    Komentarz do recenzji "B Gata H Kei"
    Wreszcie skończyłam seans. Po dłuższej przerwie postanowiłam jeszcze raz do tego podejść. Zasada pierwsza: przed oglądaniem wyłączyć mózg! Inaczej człowieka szlag trafi przez głupotę głównej bohaterki, a następnie jej konkurentek.

     kliknij: ukryte 

    Podchodziłam do całości dość sceptycznie ze względu na fabułę głupią jak kilo gwoździ, jednak po pewnym czasie miałam problemy z opanowaniem rechotu – sprawił to zarówno humor sytuacyjny, jak i dowcipna cenzura oraz postaci erogami. Potem jednak zaczęło robić się nudno, tempo akcji spadło. Jednak nie było to tak tragiczne, jak się obawiałam. Dlatego czwórka.
  • Avatar
    lasagna777 23.09.2015 21:58
    Re: o Rin
    Komentarz do recenzji "Naruto Shippuuden"
    Nie tylko Twoja. Czytałam mangę – aż do momentu, w którym akcja Shippuuden sflaczała i stało się to, o czym piszesz – za dużo pitolenia o przyjaźni i miłości, łzawe sceny (dla mnie raczej nudne/niesmaczne niż wzruszające), Naruto jako święty aniołek z nieba (skonam ze śmiechu) i reminiscencje z reminiscencji (postać wspomina, że wspomina), sceny myślowe rodem z serialu o przygodach Stirlitza… Wtedy, zbrzydzona poziomem „dno i pół metra mułu”, rzuciłam mangę w cholerę.

    Jednak domyślam się, że anime Shippuuden jest JESZCZE gorsze – widziałam pojedyncze odcinki na youtube zarówno pierwszej, jak i drugiej części. Pierwsza seria – epickie pojedynki np.  kliknij: ukryte . A w drugiej – nudy na pudy,  kliknij: ukryte 

    Może dobrze, że poza tymi pojedynczymi odcinkami nie widziałam całości…
  • Avatar
    lasagna777 21.09.2015 19:59
    Re: brakujące
    Komentarz do recenzji "Bia - czarodziejskie wyzwanie"
    Masz rację, ja sprawdzałam jedynie według dostępności na różnych podejrzanych portalach :P i brakuje mi 11. Podobno faktycznie są mroczniejsze, skoro np. angielski tytuł jednego brzmi Abused Girl.

    Niby mogę uzupełnić braki, ale tylko w wersji japońskiej bez napisów i/lub włoskiej bez napisów. Japoński znam szczątkowo (pojedyncze zwroty w stylu Franka Kimono – Daj dziobu, deska itd.), ale tylko w hiperpoprawnym tokijskim, a tego gardłowego dialektu nie kumam ani w ząb. Włoskiego zaś nie znam w ogóle, chyba że takie oczywiste jak w pysk strzelił internacjonały jak bataliero, terra, princessa itd. Więc przyjemność z oglądania będzie słabsza…

    Jakimś cudem nie znałam Bii/Meg jako dziecko, mimo iż miałam Polonię. Znałam Sailor Moon, Kapitana Tsubasę, Candy Candy, Maludę i te, których w ogóle nie uważałam za anime – Ulissesa i Złote Miasta, ale tego akurat nie. Więc dopiero zaczynam przygodę z tą serią. A Ty to oglądałaś?
  • Avatar
    lasagna777 21.09.2015 01:52
    brakujące
    Komentarz do recenzji "Bia - czarodziejskie wyzwanie"
    Chyba chodzi o: 13, 14, 22, 25, 28, 29, 34, 55, 56, 59, 66. Reszta została przetłumaczona na włoski, niektóre odcinki zamieniono miejscami.
  • Avatar
    A
    lasagna777 21.09.2015 00:17
    akcent
    Komentarz do recenzji "Bia - czarodziejskie wyzwanie"
    Pierwsze, co mi się rzuciło w uszy, to akcent. Zaczęłam oglądać pierwszy odcinek (w oryginale) i uszom nie wierzę – co oni gadają? To na pewno nie włoski? Ale nie, to japoński, tylko jakiś inny. Dopiero, kiedy jedna z postaci powiedziała wyraźnie sensej zamiast sense:, upewniłam się, że to na pewno nie dialekt tokijski. A już myślałam, że głuchnę na starość, albo taki ze mnie leszcz, że nie znam podstawowych japońskich słów (bo podstawowe znam)... Ale nie, to tylko akcent.

    Niestety, tylko część została przetłumaczona. Większość odcinków zatem obejrzę po włosku z polskim lektorem, a część w oryginale bez napisów… nie rozumiejąc dialektu… :P
  • Avatar
    lasagna777 18.09.2015 22:30
    Re: Co za dużo, to nie zdrowo
    Komentarz do recenzji "Oniisama E..."
    Masz rację co do Kaoru, może trochę za mocno po niej pojechałam. Miała powody do obaw o własne zdrowie, ale nie trawię wybuchów i histerii. Motyw ze  kliknij: ukryte  był dla mnie szczytem egoizmu, a nie szlachetnością. Chyba ta scena mnie najbardziej zirytowała.

    Róży Wersalu nie znam, ale może się zainteresuję.

    Co Nanako robiła w moim avatarze? A może ja też lubię ryzyko? Choćby przez to, jak lokuję swoje uczucia :P  kliknij: ukryte  Tak naprawdę, chodzi wyłącznie o fizyczne podobieństwo do bohaterki, bo taką gąską nigdy nie byłam.

    Co do Mii i Rei – jak najbardziej. Seriali czy filmów, do których nawiązujesz, nie oglądałam.
  • Avatar
    lasagna777 12.09.2015 12:06
    Re: Dno, dno i jeszcze raz dno...
    Komentarz do recenzji "Itazura na Kiss"
    Ależ liczy się, liczy. To nie była „histeria”, tylko normalna kłótnia małżeńska, w której panna wykrzyczała gnojkowi, co o nim myśli. A że suka nie ma prawa odszczekiwać się swojemu panu, trzeba ją zlać smyczą lub ręką… Pan i władca po prostu postanowił pokazać niewolnicy, kto rządzi. Bo wiadomo, że jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije…

    Miałam do czynienia z bitymi żonami na SORze i w przychodni, i ZAWSZE się to zaczynało od jednego klapsa „na otrzeźwienie” (choć częściej to oprawca był nietrzeźwy niż ofiara). A jak już taki psychol raz zacznie bić, to się w tym rozsmakuje. Za pierwszym razem kobieta wnosi skargę na policję, robi obdukcję, oprawca klęka z kwiatami i błaga o przebaczenie… Kobieta wycofuje skargę… a on robi swoje od nowa! A niektóre głupie czekają, a może jednak „on się zmieni”... no i zmienia się, ale na gorsze.

    I zawsze się zaczyna od „to tyko jeden raz cię leciutko uderzyłem” i „na uspokojenie”, mimo iż sprawca sam jest najbardziej pobudzony, i to on najbardziej wymaga solidnego plaskacza… A niektórzy są tak zwyrodniałymi socjopatami, że okładając żonę, wmawiają jej mentorskim, niemal łagodnym tonem: „no i widzisz, coś narobiła; co ty ze mną robisz (sic!); to wszystko przez ciebie; to dla twojego/naszego dobra (sic!)".

    Autorka mangi najwyraźniej uważa bicie za sposób wychowania żony/narzeczonej, bo pod koniec serii inny brutal również bije narzeczoną – leżącą w łóżku i schorowaną! A że bohater zawsze odzwierciedla osobę autora, mogę się tylko domyślać, że jej rodzice przypominali Greya i Anę…

    Dlatego proszę, nie broń patologii, jaką jest bicie kobiet.