Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Komentarze

Sezonowy

  • Avatar
    Sezonowy 8.06.2015 15:44
    Re: Nie wiem o co tyle szumu
    Komentarz do recenzji "Grobowiec świetlików"
    Nie mam najmniejszego problemu z tym, że nie widzisz tego samego co ja. Namaluj na kartce kółko i jeden zobaczy w nim tylko kółko, ktoś inny – symbol solarny, jeszcze inny – znak wskazujący damską toaletę. Naturalna kolej rzeczy i jak napisałem, kwestia gustu i indywidualnego odbioru. Nie musimy zgadzać się ze sobą, to oczywiste. Wyjaśniłem Ci natomiast, na czym polega różnica między moim a Twoim spojrzeniem na Grobowiec Świetlików, żebyś lepiej mogła zrozumieć punkt widzenia drugiej strony i ewentualnie odnieść się do niego. Gdyby tej różnicy nie było, nie byłoby o czym pisać i każdy zgadzałby się z każdym we wszystkim, a świat byłby przeraźliwie nudny. Na szczęście, przynajmniej na Tanuki, nie jest. :)
  • Avatar
    Sezonowy 8.06.2015 12:13
    Re: Nie wiem o co tyle szumu
    Komentarz do recenzji "Grobowiec świetlików"
    Nie ma nic złego w tym, że film Ci się nie podobał: to kwestia gustu i każdy ma tu prawo do własnego zdania. Ale nie rozumiem, jak mogłaś nie dostrzec pacyfistycznego przesłania? Krzywda dzieci, które cierpią i umierają na wojnie rozpętanej przez dorosłych w imię „dorosłych” idei? Żadne z nich niczym nie zawiniło, a oboje ponoszą najcięższą z możliwych karę za grzechy dorosłych, którym nie dość mordowania się nawzajem w okopach, na wodzie i w powietrzu. Gdzie tu sens, gdzie rozsądek, gdzie sprawiedliwość?

    Dla widza z tzw. Zachodu film może mieć też dodatkowe, drugie dno, jeśli ma się pewne kompleksowe pojęcie o historii drugiej wojny światowej i umiejętność rozsądnego słuchania i ważenia głosów obu stron konfliktu. Grobowiec Świetlików dotyka niewygodnej prawdy o uprawianym przez lotnictwo strategiczne aliantów ludobójstwie na cywilnej ludności Japonii, a w Europie – na ludności Niemiec. Fajnie ogląda się filmy o bohaterskich lotnikach w rodzaju „Memphis Belle”, ale kiedy niespodziewanie zdasz sobie sprawę, że duża część ich działań sprowadzała się do tego, żeby z premedytacją zabić jak najwięcej Seitów, Setsuko i ich rodziców, a tych co przeżyją pozbawić dachu nad głową i całego dobytku, to może odezwie się w widzu coś z pacyfistycznego ducha i refleksja, że może, jako zwycięzcy, nie byliśmy w tej wojnie tacy znowu wspaniali, dobrzy i cudowni, jak nam to pokazywano przy okazji innych filmów, w szkole, na wykładach. To dodatkowa, gorzka pigułka, którą niejednemu niełatwo będzie przełknąć.
  • Avatar
    Sezonowy 27.05.2015 14:49
    Komentarz do recenzji "Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo"
    „Ale ja nie polemizuję z recenzją, tylko krytykuję jedno, konkretne zdanie, którego wydźwięk mi się bardzo nie podoba. "

    I tu jest prawdopodobnie pies pogrzebany. Wydźwięk. Bo skoro recenzent pisze, że od serialu dorośli odpadną, a Ty przecież nie odpadłeś, to brzmi to tak, jakby zarzucił Ci, że nie jesteś dorosły, a przynajmniej nie dość, żeby prawidłowo ocenić ten serial. Nie pomyślałem o tym wcześniej, przyznaję, ale rozumiem wywołane podobną sugestią emocje i Twoją reakcję.

    W gruncie rzeczy – to mało istotny drobiazg. Tak pół żartem pół serio: gdyby Gamer sformułował rzecz inaczej, np. „od której niektórzy dorośli odpadną” albo „od której dorośli mogą odpaść”, byłaby jakaś droga ucieczki od paskudnej a nieuniknionej etykietki niedorosłego, prawda? A tak, przyszło bronić honoru.

    Jeśli już współwyznawcy animowanego kościoła zarzucają nam zdziecinnienie, to dopiero powiedzieć o mugolach, takich co to tylko Kieślowski, Polański i „Dom nad rozlewiskiem”? :)
  • Avatar
    Sezonowy 27.05.2015 13:53
    Komentarz do recenzji "Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo"
    Sam też namieszałem z tym czytaniem ze zrozumieniem. :)

    „I wysublimowany gust (...) w stanie się cieszyć”?
    Naprawdę jestem w kropce. "

    Zignoruj ten akapit, proszę. Brak wyrafinowanego gustu u starego widza pozwala się cieszyć tanią rozrywka, rozumiem. :)
  • Avatar
    Sezonowy 27.05.2015 13:29
    Komentarz do recenzji "Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo"
    Cthulhoo napisał(a):
    No, ale taki widz jest tylko stary, a nie dorosły, bo nie ma wysublimowanego gustu i jest w stanie się cieszyć prostą i łatwo przyswajalną rozrywką.


    Nie rozumiem.

    „Stary” widz nie ma wysublimowanego gustu? Nie pojmuję. Ale wcześniej, kiedy był młodszy, to miał? A teraz już nie? Dlaczego? Ukradli? Zabrali? Zgubił? Pożyczył komuś i już mu go nie oddano? Niby że im dłużej ogląda anime, to tym bardziej psuje mu się gust? (akurat z tym stwierdzeniem wiele osób, które same anime nie oglądają, mogłoby się zgodzić).

    I wysublimowany gust pozwala cieszyć się oglądaniem typowej rozrywki klasy B? Czyli że osoba bez wyrafinowanego gustu skazana jest na Mushishi i produkcje eksperymentalne? O co chodzi? Chyba że opuściłeś jedno „nie” i miało być „nie jest w stanie się cieszyć”?
    Naprawdę jestem w kropce.

    Ale wracając do rzeczy i tego, co w Twoich komentarzach zwróciło moją uwagę. Na podstawie krótkiego sformułowania: „dorosły widz”, przypisałeś recenzentowi, moim zdaniem wzięte z powietrza, myśli, jakoby zarzucał serii raz, że jest niepoważna i płytka, a dwa, już w odpowiedzi na mój komentarz, że kino akcji nie jest dla niego i dlatego nie wystawił wysokiej oceny. Tymczasem w recenzji padają zarzuty infantylizmu i naiwności, a nie prostoty czy braku powagi. Jeśli dobrze zrozumiałem recenzenta, to jego zdaniem serial jest głupawy, a nie za mało poważny, za prosty, a już na pewno nie jest wadą to, że to rozrywkowy serial akcji. I wszystko byłoby nie tak znowu źle, gdyby serial nie próbował mieszać konwencji i uśmiechać się do starszej publiczności, co zdaniem Gamera, wyszło źle.

    Mam wrażenie, że chcąc polemizować z recenzją Gamera, powinieneś raczej polemizować z jego argumentami, a nie z jego subiektywną opinią i zarzucać mu, że się do tego akurat serialu, jako widz, zwyczajnie nie nadaje. Jestem przekonany, że jako wielokrotny recenzent na pewno sam doceniłbyś taką postawę, gdybyś spotkał się kiedyś z podobnymi zarzutami.
  • Avatar
    Sezonowy 27.05.2015 10:49
    Komentarz do recenzji "Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo"
    Mam wrażenie, że niepotrzebnie szydzisz. Nie oglądałem recenzowanego serialu, ale przeczytałem recenzję i zwróciłem uwagę na powtarzające się zarzuty wobec naiwności i infantylności fabuły, bohaterów, ich zachowań. Może właśnie tu jest pies pogrzebany?

    Może recenzentowi nie chodzi o to, że seria nie jest poważna i głęboka, jak piszesz, bo co to zarzut i skąd go wytrzasnąłeś? Może chodzi przede wszystkim o to, że ze względu na wspomniane słabości seria jest najzwyczajniej w świecie głupawa?

    I akurat ten zarzut: głupota i dziecięca naiwność fabuły i bohaterów w serialu, który puszcza oko w stronę doroślejszej części publiczności, jestem w stanie zrozumieć.
  • Avatar
    Sezonowy 18.05.2015 09:43
    Re: Rozczarowałam się :<
    Komentarz do recenzji "Arslan Senki [2015]"
    Dziękuję za wyjaśnienie jak się rzeczy mają. Teraz widzę, że mój pomysł z purgatorium nie ma racji bytu, mogę przestać zawracać nim sobie głowę. Pozostaje, jak zawsze, zważać na język, kierować się zdrowym rozsądkiem i nie dawać Moderacji pretekstu do interwencji.
  • Avatar
    Sezonowy 18.05.2015 05:50
    Re: Rozczarowałam się :<
    Komentarz do recenzji "Arslan Senki [2015]"
    Mam wrażenie, że to co proponujesz, praktycznie równa się zakończeniu dyskusji. Raz, bo trzeba się skrzyknąć i umówić, a dwa że tu zostałaby istotniejsza połowa dyskusji, zaś jej ewentualna reszta już znajdowałaby się gdzie indziej. Jak znam życie, to nie zadziałałoby, bo sprawa byłaby zbyt błaha, żeby do jej kontynuowania chciało się ludziom skakać z miejsca na miejsce w internecie. A już nie daj boże po raz kolejny logować się. Na pewno jest jakaś reguła mówiąca, że im więcej kliknięć trzeba wykonać, tym większa szansa na to, że osoba przed monitorem oleje sprawę. Ja bym olał.

    No i najważniejsze: zamiast zatrzymywać czytelników na miejscu i zachęcać do wypowiadania się, a innych do czytania, domyślną opcją jest w tej chwili ucinanie dyskusji, z iluzoryczną i niepraktyczną opcją „idźcie gdzie indziej”. Co zaś do samego Kotatsu, które podlinkowałaś, to o ile mnie pamięć nie myli, kiedyś było ono częścią Tanuki, a później, z tych czy innych powodów, przestało. Teraz, kiedy patrzę na jego dział „manga i anime”, widzę jeden, góra dwa komentarze dziennie, a czasem nie pojawia się tam żaden przez kilka dni. Jakikolwiek był faktyczny powód rozwodu, tematyka m&a nie wyszła na tym najlepiej.

    Dla mnie, czytelnika Tanuki, konsekwencje wyglądają tak, że rozmawiając teraz na Tanuki o funkcjonalności portalu Tanuki, łamię regulamin, jasno przestrzegający przed pisaniem komentarzy nie dotyczących utworu, przy którym zostały zamieszczone. Owszem, moglibyśmy rozmawiać o tym na profilu moim czy Twoim , ale wtedy pies z kulawą nogą by tego nie przeczytał. Żeby było dziwniej, w regulaminie Tanuki jest parokrotnie mowa o Forum Tanuki, którego już nie ma.

    Może więc pomysł z fikcyjnym tytułem purgatorium, który umożliwiałby skanalizowanie offtopów i pozwolił czytelnikom piszącym kontynuować co ciekawsze dyskusje nie na temat, a lurkerom czytać je, nie jest taki zły? Tym bardziej, że prawdopodobnie nie wymagałby wprowadzania jakichkolwiek zmian technicznych w strukturze czy funkcjonalności portalu. I gdyby teraz Moderacja zechciała przerwać tego offtopa, to zamiast jak najbardziej słusznie go zamykać (w końcu nie piszemy tu o Arslan Senki), mogłaby go przenieść do purgatorium i nasza publiczna dyskusja trwałaby w najlepsze, a my nie musielibyśmy kryć się z nią gdzieś po zakamarkach internetu, jak jacyś spiskowcy.
  • Avatar
    Sezonowy 17.05.2015 22:29
    Komentarz do recenzji "Arslan Senki [2015]"
    Zapewniam Cię, że moje zdanie nie bierze się z tego, co wyczytałem, a jedynie z tego, co obejrzałem. Nadzwyczaj cenię sobie samodzielne myślenie. Zauważ, że zawsze popieram moje słowa konkretnymi przykładami, bardzo często porównaniami, wyciągam i przedstawiam wnioski, nawet jeśli w żartobliwym tonie. Przy odrobinie dobrej woli możesz prześledzić mój tok rozumowania. Zaś to, że więcej osób wyraża podobne zdanie o tym czy innym aspekcie serialu dowodzi tego, że nie jestem w swoich poglądach osamotniony, co cieszy.

    Detale, którymi radzisz mi się nie przejmować, jeśli stanowią część fabuły czy charakterystyki bohaterów, naprawdę potrafią podziałać jak kubeł zimnej wody. Sam wspominasz o kiksach fabularnych, o których tu zresztą już pisałem. Potknięcia fabuły, uproszczenia, ordynarne przerabianie postaci i scen, byle tylko trafić do widzów określonej płci, w określonej grupie wiekowej, to już wystarczająco wiele, żeby kręcić nosem na tę adaptację. Tym bardziej, jeśli widziało się wersję poprzednią i ma się na jej temat dużo lepsze zdanie. Szkoda, bo miałem nadzieję na wciągającą opowieść, a spotkało mnie tylko bolesne rozczarowanie. Cóż, będę z tym żył, a dla poprawy nastroju sięgnę po coś innego.
  • Avatar
    Sezonowy 17.05.2015 21:58
    Komentarz do recenzji "Arslan Senki [2015]"
    To, że doczepiłem się to Twego komentarza nie znaczy, że chcę polemizować (znam Twoje zdanie odnośnie starej wersji i szanuję je). Jak Ci pisałem wcześniej: „nie to dobre, co dobre, ale co się komu podoba”. Nawiązaniem do pani F. zainspirowałaś mnie do podzielenia się myślami. Jak muza, proszę pani. :D

    Co do Gieve'a, to jest to również moja ulubiona postać, choć znowu w wersji staroarslanowej, ze zdroworozsądkowym dystansem do siebie i świata, z lekko cynicznym uśmieszkiem w kąciku ust. Taki… jakie by tu oryginalne porównanie zrobić… może z LoTHG, ze względu na osobę autora powieści: takie skrzyżowanie brygadiera Schönkopfa (dużo) z komandorem Poplanem (mniej).

    Co do zalotów królewskich: zgadzam się w całej rozciągłości i nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej, bo przecież nie takich tuzów Tahamenay wcześniej owijała sobie wokół palca. Król nie wygląda na osobę silnego, a co najwyżej obrzydliwego charakteru, kobieta zje go w całości na dwa łyki, bez popitki. Może nawet widziałbym w Tahamenay coś z egipskiej Kleoptary? Byle tylko wcześniej się nie przeziębiła w tych skąpych szatkach, bidula. :P
  • Avatar
    Sezonowy 17.05.2015 18:49
    Komentarz do recenzji "Arslan Senki [2015]"
    A ja im dłużej oglądam nowego Arslana, tym bardziej tego żałuję. I po raz pierwszy chyba na czoło zarzutów wysuwa się grafika, a konkretnie projekty postaci. I właśnie wspomniana przez Ciebie Farangis stała się zapalnikiem, który zainicjował u mnie wybuch złości. Co oni tu najlepszego zrobili z kobietami? Co jedna, to wygląda jak ostatnia dziwka. Farangis paraduje półgoła, z ledwie zakrytymi cyckami, w przepasce na biodrach. Naprawdę? Gdybym nie wiedział, że to kapłanka to bym pomyślał, że uciekła z zamtuza. Aż się boję co dalej będzie w scenach, w których pokażą ją grającą na flecie, jak w oryginale. Ze względu na oczywiste podteksty seksualne modlę się, żeby grała na flecie poprzecznym, a nie prostym. Do tego, chociaż śmiga prawie na golasa pod palącym bliskowschodnim Słońcem, cała jest blada jak upiór, ani cienia opalenizny. Dlaczego? Przecież jasne paski nieopalonej nagiej skóry, wyłaniające się spod przekrzywionego ramiączka stanika na pewno spodobałyby się shounenom? A, prawda: w tej wersji Farangis nie nosi stanika.

    A królowa Tahamenay? W starym Arslanie, w cenie posłuchania udzielanego bardowi w nagrodę za honorowy strzał do torturowanego Parsa, królowa jest egzotyczną, tajemniczą pięknością i pozostaje nią do końca. Nie dość, że ubrana od stóp do głowy, to jeszcze twarz schowana za nieprzejrzystą woalką i jej legendarnej urody możemy się tylko domyślać. Zwyczajnie nie jesteśmy godni, żeby dostąpić zaszczytu oglądania jej oblicza. W nowym Arslanie nie ma mowy o choćby cieniu królewskiej godności. Tahamenay siedzi na tronie ubrana w stanik, stringi i praktycznie przezroczysty peniuar czy inną piżamę. Jeśli tak ubiera się królowa, to jak ubierają się dziewczyny z domów publicznych? W listek strategicznie przyklejony w kroku i pawie pióro zatknięte w tyłku? No gdzieś chyba jest jakaś granica zdrowego rozsądku, której nie powinno się przekraczać?

    Kiedy do starego Arslana projektowano postaci bohaterów, starano się oddać je tak, jak zostały opisane w powieści. Manga, na podstawie której powstał nowy Arslan ma już postaci zaprojektowane tak, aby spodobały się shounenom, stąd golizna i cyckomania. I jeszcze te karykaturalne przerysowania charakterów w stronę dobra lub zła. Król Lusitanii, w starym Arslanie zwyczajny mężczyzna w średnim wieku, z racji tendencji do popadania w dewocję raczej kiepski materiał na władcę, tutaj jest monstrualnie otyłym oblechem. Niedojrzałym, głupim, i ewidentnie złym królem, który wygląda i zachowuje się jak syn Yubaby z „W krainie bogów”, a nie jak władca kierujący dynamicznie rozwijającym się, agresywnym imperium. Gruby oblech i półnaga piękność w kajdanach: chciałbym zobaczyć scenę, w której Jego Wysokość Salceson będzie przekonywał Tahamenay, żeby była posłuszna jego woli, bo jak nie…

    Kpię tu sobie i żartuję, ale tak naprawdę wcale nie jest mi do śmiechu. To była taka fajna opowieść fantasy… I komu to przeszkadzało, no komu?
  • Avatar
    Sezonowy 16.05.2015 14:20
    Komentarz do recenzji "Durarara!!x2 Shou"
    Pozwolę sobie wtracić trzy grosze.

    Vorona to po rosyjsku wrona (ворона). W języku Puszkina pierwszą sylabę tego słowa pisze się „wo-", ale już czyta się „wa-", tak że moim zdaniem kwestia omawianej tu różnicy wynika nie z (braku) talentów językowych Japończyków, a z chęci dochowania wierności oryginalnym (rosyjskim) pisowni i brzmieniu słowa.

    ворона

    Podobnie ze słowami wojna (война), fala (волна) itp.: co innego czytasz, co innego słyszysz.
  • Avatar
    Sezonowy 15.05.2015 14:48
    Re: Rozczarowałam się :<
    Komentarz do recenzji "Arslan Senki [2015]"
    Szczerze mówiąc, szkoda. Śledziłem tę wymianę zdań z zainteresowaniem i żałuję, że ją uśmierciłaś. Dyskusja prowadzona na poziomie, przez ludzi na poziomie, na temat jak najbardziej związany z anime. Chętnie poczytałbym dalszą wymianę myśli, a tu raptem ciach! i koniec wątku. Dalsza dyskusja w profilach? Nawet jeśli zdarzały się wcześniej takie pojedyncze przypadki kontynuacji, w co trudno mi uwierzyć, to osoby nie będące jej uczestnikami, nie mówiąc już o niezalogowanych, stracą ją z oczu i więcej jej nigdy nie zobaczą.

    Rozumiem, kiedy wątek zejdzie na politykę, utarczki słowne ad personam czy o duszy Maryni, wtedy tak, wtedy kill them all. Ale to było naprawdę fajne, psiamać. A że Tanuki nie ma swego forum, to gdzie mają się wypowiadać czytelnicy, jeśli chcą zboczyć nieco z oryginalnego wątku? Iść do konkurencji? Bo przecież nie na profile, z powodu, o którym wspomniałem. I nie na IRC'a, z powodów, mam nadzieję, oczywistych.

    Ja rozumiem, że regulamin rzecz święta, ale może jednak większa odrobina tolerancji przyniosłaby więcej pożytku niż szkody?

    Chciałbym być nie tylko narzekaczem, ale i czytelnikiem produktywnym. Może więc zamiast zabijać interesujące dyskusje, kiedy tylko odbiegną mniej lub bardziej od tematu, przenosić je do innego wątku, tak aby mogły toczyć się dalej, a wszelkiej maści lurkerzy mogli je dalej śledzić? Jako że tanuki.pl to nie forum i pozbawione jest jego funkcjonalności, to może dałoby się stworzyć w tym celu jakiś fikcyjny tytuł w rodzaju „All about anime and mayhem” i do niego przenosić podobne dyskusje, o ile na to zasługują, wcześniej nadając im adekwatny tytuł? Sterować ruchem komentarzy, zamiast go uśmiercać?

    Niechby nawet to „All about anime and mayhem” działało jak purgatorium, gdzie wszystkie komentarze są kasowane po upływie tygodnia od chwili pojawienia się wątku, ale niech dane będzie rozmówcom dokończyć dyskusje, które na takie dokończenie zasługują, a czytelnikom doczytać ją do końca.
  • Avatar
    Sezonowy 11.05.2015 19:36
    Komentarz do recenzji "Dungeon ni Deai o Motomeru no wa Machigatte Iru Darouka"
    blob napisał(a):
    chociaż mordercą bym jej nie nazwał, ostatecznie to nie ona przecież zabiła(by)


    Żaden tam ze mnie karnista, ale jestem pewien, że zabójstwo popełnia ten, kto zabija człowieka działając w zamiarze bezpośrednim lub ewentualnym. Tak że myk w rodzaju „panie sędzio, przecież to nie ja go zabiłam tylko orki” nie uratowałbym Lili przed krzesłem elektrycznym czy inną magiczną gilotyną.

    Całkowicie zgadzam się z Tobą, że Lili jeszcze odkupi swoje winy. Mogę nawet zgadywać, jak potoczą się dalsze losy duetu Lili­‑Bell, bo przecież Lili to nie tylko killerdere, ale i damsel in distress. Najpierw będzie jeszcze trochę fochów i tarć, następnie Bell – jak na błędnego rycerza przystało – uwolni Lili od ścigających ją prześladowców i kłopotów, które przecież nie bez powodu nam wcześniej pokazano. Porażona bezinteresownością i ofiarnością bohatera dziewczyna straci dla niego głowę i tym samym dołączy do wianuszka wielbicielek i followerek Bella, z całej siły starając się mu „wynagrodzić” popełnione wcześniej winy. Oczywiście, choćby nie wiem jak bardzo się starała, nie ma szans na wyjście na czoło, bo bogini Hestia ma na swoje poparcie dużo większe „argumenty”. Easy :)
  • Avatar
    Sezonowy 11.05.2015 11:27
    Komentarz do recenzji "Dungeon ni Deai o Motomeru no wa Machigatte Iru Darouka"
    Obawiam się, że scena z Lili zostawiającą bohatera na pastwę losu to jednak jest scena morderstwa z zimną krwią i nie ma w tym cienia przesady. Cytowane przez Ciebie słowa dziewczyny zostały wypowiedziane z zimną satysfakcją, były cyniczne i okrutne, ponieważ wcześniej zadbała o to, aby Bell nie miał szans wyjść cało z pułapki, którą na niego zastawiła. Oglądałeś Matrix'a? Jest tam scena na dachu, w której Trinity przystawia do głowy agenta lufę pistoletu i pociąga za spust, ze słowami: „dodge this”. Obie sceny, z filmu fabularnego i z anime, mają praktycznie tę samą wymowę.

    Spójrz na to w ten sposób: wcześniejsza próba kradzieży magicznej broni zakończyła się niepowodzeniem. Lili została złapana i zdemaskowana, choć formalnie rzecz cała została obrócona przez Bella w nieporozumienie. Być może postanowił jej wybaczyć i puścić rzecz całą w niepamięć, a być może po prostu jest głupkiem i jego naiwna natura wypiera oczywistą myśl, że słodka supporterka nie jest taka niewinna, bezbronna i słodka, na jaką wygląda.

    Możemy mówić o Lili co chcemy, ale na pewno nie jest głupia. Nawet ona zdaje sobie sprawę z tego, że gdy magiczny scyzoryk Bella znowu „zniknie” bez śladu, ona będzie pierwszą podejrzaną i kradzież sprowadzi na nią same kłopoty, a tych ma przecież aż nadto. I nawet jeśli jakimś cudem udałoby się jej po raz kolejny otumanić Bella i uniknąć kary, to chłopak ma swoje dziewczyńskie followerki, z boginią na czele, które głupie nie są i nie darują konkurentce zamachu na ich lubego.

    W tej sytuacji Lili planuje morderstwo doskonałe.

    Najpierw gra słodką i niewinną, żeby urobić Bella do eksploracji poziomu podziemi, na który jest ewidentnie za słaby. Miejsca, gdzie zabicie jednego potwora automatycznie ściąga w to miejsce kolejne. W końcu, gdy jest już otoczony przez przeważające siły wroga, podstępnie kradnie mu jedyną broń, która daje mu choćby teoretycznie jakąkolwiek szansę na wyjście z tego cało.

    Gdyby wszystko poszło według planu Lili, Bell poległby w walce z potworami, z dala od ludzi i bez świadków. Kto w tej sytuacji podejrzewałby supporterkę? Przecież chłopak sam polazł tam, gdzie nie powinien, w miejsce, które powinien omijać szerokim łukiem. Zginął jak wielu przed nim, którzy przecenili swoje siły i tyle. Pewnie zobaczylibyśmy scenę, w której Lili przez przyjaciółkami Bella przekonująco odgrywa rolę zrozpaczonej po stracie bohatera, może nawet opisuje jaki był dzielny aż do końca, prawdopodobnie uroniłaby też łzę czy dwie. A kiedy opadłyby emocje, poszłaby do lombardu spieniężyć łup.

    Taaa, Lili: skrzyżowanie pijawki ze skorpionem, zimna i wyrachowana złodziejka i morderczyni.
  • Avatar
    Sezonowy 27.04.2015 09:55
    Komentarz do recenzji "Arslan Senki [2015]"
    Oglądanie nowej wersji Arslana tuż po tym, jak odświeżyłem sobie wersję sprzed ćwierćwiecza, dostarcza mi niespodziewanie dodatkowych atrakcji. Porównuję ze sobą oba seriale i z każdym następnym odcinkiem nowej wersji utwierdzam się w przekonaniu, że została poddana zdecydowanym przeróbkom z myślą o widzach z młodszej grupy wiekowej. Nie wiem, czy to kwestia mangi, na podstawie której powstała, czy robota scenarzystów pracujących nad anime, ale ktoś pofatygował się, żeby do opowieści i jej bohaterów na siłę wprowadzić zmiany i „uatrakcyjniacze”. Pisałem już we wcześniejszym komentarzu o tym, jak odmiennie wygląda w obu wersjach scena spotkania Daryuna z Kharlanem na polu bitwy, że stara jest zdroworozsądkowa i trzyma się kupy, a nowa jest widowiskowa, heroiczna ale też bez sensu. Teraz, w odcinku, w którym Arslan spotyka Narsusa, zobaczyliśmy to znowu. W nowej wersji sceny, w której do domu Narsusa przyjeżdżają żołnierze Kharlana, Narsus odmawia przyłączenia się do zdrajcy i dochodzi do konfrontacji, i gdyby nie zapadnia (kto w domu na odludziu buduje zapadnię pośrodku pokoju?!), doszłoby do walki; w starej wersji nikt nie domaga się od Narsusa opowiedzenia się po jednej ze stron i żołnierze nie znalazłszy Arslana i Daryuna po prostu odjeżdżają. To, jak się domyślam, okazało się dla scenarzysty za mało widowiskowe i heroiczne, stąd akcja z zapadnią.

    Wrażenie, że twórcy próbują na siłę uatrakcyjniać świetną historię, odbieram jako przykre. Fabuła Arslana z powodzeniem obroniłaby się sama, choćby tylko dzięki szerokiemu wachlarzowi bohaterów, z których nie zobaczyliśmy jeszcze nawet mniejszej części, a naprawdę są tego warci. Nie mogę zrozumieć, dlaczego wepchnięto na ekran elementy komediowe, jak slapstikowa scena z Arslanem zerkającym na „malarstwo” Narsusa i upadkiem na plecy, jak od niechcenia rzucanie talerzem w żołnierza próbującego wydostać się z zapadni pod jadalnią itd.), które pasują tam jak pięść do nosa, zwłaszcza w kontekście pojawiających się równolegle scen dramatycznych, jak choćby ta, kiedy Daryun dowiaduje się o śmierci ojca. Nieprzyjemnie przypomina mi to podobne zabiegi stosowane w Broken Blade, gdzie zdarzało się np., że postać wygłaszała dramatyczną, chwytającą za serce przemowę, by na koniec potknąć się o własne nogi i malowniczo paść twarzą na glebę. Takie momenty należały do najsłabszych w Broken Blade i teraz, w Arslanie, podobne sceny niebezpiecznie zbliżają się do tego poziomu.

    Nie piszę tego wszystkiego wyłącznie po to, żeby dać upust swemu rozczarowaniu, bo serial na dobre jeszcze się nie rozkręcił i na w pełni miarodajną ocenę jest za wcześnie. Chcę jednak uczulić widzów, którzy starego Arslana nie oglądali, żeby mieli świadomość tego, iż są w jakimś stopniu manipulowani, że mają do czynienia z wersją nie tyle poddaną renowacji, co z premedytacją poddaną przeróbkom pod niewyszukane gusta bardzo konkretnej grupy widzów. Napisałbym, że chodzi o wersję tuningowaną, jak w przypadku samochodu, ale dodanie spoilerów, fałszywej rury wydechowej, zamontowanie subwooferów i pociągnięcie wszystkiego lakierem metalic to żaden tuning. Mam obawy co do tego, czy takie majstrowanie wyjdzie serialowi na dobre, bo stanowczo zbyt często oglądam na ekranie fiasko podobnych koncepcji. Obym się mylił, bo naprawdę chciałbym dla Arslana jak najlepiej.
  • Avatar
    Sezonowy 20.04.2015 16:21
    Komentarz do recenzji "Arslan Senki [2015]"
    tamakara napisał(a):
    stara wersja zupełnie mi się nie podobała.


    Nie to jest dobre, co dobre, ale co się komu podoba. So, no sweat. :)

    Stara wersja anime oparta na innej mandze, a nie bezpośrednio na powieści? Wiem, że była inna manga, ale że posłużyła za podstawę do pierwszej ekranizacji… Nie trafiłem na odniesienia do tego faktu, ale jeśli to prawda, to to się robi jeszcze dziwniejsze. Głowiłem się nad tym, czy sceny z pierwszego odcinka nowej wersji anime, w których to Arslan bez oporu daje się ciągnąć zbiegowi po dachach i murach jak tłumok, nie wyrażając słowa sprzeciwu, a jedynie zdziwienie i zaskoczenie, są w powieści, czy pojawiły się dopiero w mandze. Zmilczałem, bo nie miałem pojęcia, jaki jest stan rzeczy, choć nie wyobrażam sobie „starego” Arslana robiącego za bezwolnego zakładnika. A może to tak jak we wspomnianej przeze mnie scenie z Daryunem i Kharlanem? Niby jest ona w obu wersjach anime, ale w każdej wygląda inaczej i inaczej przedstawia postaci? Kto wie?

    Co do wieku Arslana, to jeśli dobrze pamiętam, chłopak ma czternaście lat: kawał chłopa, jak na tamte czasy. Lada moment ojciec znalazłby mu żonę, a jego rówieśnicy są już wcielani do armii, to i czas najwyższy byłby trochę dorosnąć. Stanowczo nie lubię „nowego” Arslana, bo to ciućmok i oferma, a takich mam z naddatkiem we wszelkich maści szkolnych komediach, haremówkach i innej maści animowanej sieczce. Weź ty się trochę ogarnij, chłopie, bo ci Srebrna Maska gwizdnie królestwo sprzed nosa, a inni wybiorą sobie za żony co ładniejsze biuściste dziewice, tobie pozostawiając same kostropate i brzydkie. :)
  • Avatar
    Sezonowy 20.04.2015 14:11
    Komentarz do recenzji "Arslan Senki [2015]"
    Obejrzałem ponownie pierwszą wersję Arslan Senki i… nie żałuję. Przy okazji przypomniałem sobie, dlaczego przed laty wystawiłem temu anime bardzo wysoką ocenę. Okazuje się, że przeczucie mnie nie myliło: wersja telewizyjna z tego roku, oparta na mandze opartej na powieści, jest robiona z myślą o widzu z grupy wiekowej dużo młodszej niż wersja poprzednia. Różnice między nimi widać, słuchać i czuć od pierwszego odcinka.

    Co do zasadniczej kwestii czy król Andragoras był dobrym czy złym wodzem: każda z wersji przedstawia tę sprawę w nieco inny sposób. Starsza mówi jasno i wyraźnie, że król od zawsze polegał na sile swoich wojsk i jakości podległych mu dowódców. Podkreślany jest porywczy charakter i to, w jaki sposób zalety ludzi, jakimi się otaczał, równoważą tę porywczość i zapalczywość. A przecież wiadomo, że umiejętność dobierania sobie właściwych doradców i wyznaczania odpowiednich ludzi na właściwe stanowiska to cecha dobrego lidera; dzisiaj uczą tej prawdy na zajęciach w co bardziej odpowiedzialnych szkołach i uczelniach. Tego właśnie król się trzymał i to zawsze zapewniało mu zwycięstwo. Tymczasem jego pierwsza i zarazem ostatnia przegrana bitwa to kwestia zdrady ze strony zaufanego dowódcy, który uknuł rzecz całą z królestwem Lusitanii, a w czasie odprawy podpuścił Daryuna do zakwestionowania królewskiego planu bitwy (kiepskiego, ale nie bez szansy na sukces), co automatycznie uruchomiło wybuch królewskiej złości i zaowocowało odsunięciem od dowodzenia najlepszego dowódcy kawalerii; nikt nie będzie publicznie podważał autorytetu monarchy absolutnego. Sprytne i śmiałe posunięcie, do tego znakomicie wykonane. Tymczasem w nowej wersji król ewidentnie i od początku przedstawiony został jako kiepski wódz, z góry skazany na przegraną. Kwestia knowań Kharlana podczas odprawy zostaje przysłonięta wybuchowym temperamentem króla i można odnieść wrażenie, że Andragoras jest upartym głupkiem, a nie że on i jego dowódcy zostali umiejętnie zmanipulowani i wprowadzeni w misterną pułapkę. Scena schwytania króla w niewolę tylko zdaje się to potwierdzać, bo w starej wersji jest ona dramatyczna i przypomina pojmanie śmiertelnie groźnego, rannego lwa, a w nowej król poddaje się wrogowi jak ostatni ciućmok bez charakteru.

    Mówiąc prościej, nowa wersja Arslana, oparta na mandze, a nie na powieści, głośno i wyraźnie czyni głupiego i upartego króla niemal wyłącznie odpowiedzialnym za klęskę, podczas gdy wersja wierna powieści pokazuje, że został on schwytany w starannie przygotowaną pułapkę, gdzie zdrajca wykorzystał słabe strony królewskiego charakteru i sprytnie obrócił je przeciwko niemu. Był więc Andragoras dobrym czy złym dowódcą? Jak wyjaśniłem to w komentarzach wyżej, nie widzę powodów, z racji jego dotychczasowych dokonań, by zarzucać królowi słabość umysłu i wrzucać do jednego worka z zakałami historii militarnej. Z drugiej strony, z powodu tego, że nowa wersja bardzo sugestywnie stara się pokazać obraz nieodpowiedzialnego króla i kiepskiego wodza, rozumiem chęć do przekreślenia dotychczasowych królewskich zasług na polu bitwy i opatrzenia go etykietką niewłaściwego człowieka na niewłaściwym miejscu. To w końcu jeden z kluczowych motywów opowieści, który zostanie rozwinięty w następnych odcinkach i ma bezpośredni związek z osobą Arslana. Jak się wydaje, można postać Andragorasa odczytywać z powodzeniem na oba sposoby, choć warto mieć na uwadze różnicę w sposobie prezentowania tej kwestii w oryginale i w remake'u.

    Pozostawiając na boku kwestię tego, jakim wodzem był Andragoras, ale mając w pamięci różnice miedzy obu wersjami anime, skorzystam z okazji żeby wyrazić moje rozczarowanie nową wersją, która w porównaniu z poprzedniczką wypada bardziej niż blado i to pod wieloma względami. W moim mniemaniu zaadaptowanie jej w formie mangi tak, by trafiła do widza z młodszej kategorii wiekowej niż ci, do których była adresowane powieść i OAV­‑ka, a następnie obrócenie takiej mangi w anime, zaszkodziło tak samej opowieści jak i jej bohaterom. „Nowy” książę Arslan jest tu pokazany jako duży dzieciak bez charyzmy i charakteru, który nie ma w sobie dosłownie nic z przyszłego króla i stale sprawia wrażenie, jakby nie orientował się w tym, co się wokół niego dzieje. Zamiast tego daje się bezwolnie popychać bohaterom drugoplanowym raz w jedną, to znowu w inną stronę i sprawia wrażenie, jakby nie można go było pozostawić na dłużej samego, bez opieki. Do tego wygląda jak upiór”: blady, siwy, z oczami na pół twarzy i potarganymi włosami. Jakim cudem ludzie z jego otoczenia dostrzegają w nim „coś” i gdzie to zobaczyli, pozostaje dla mnie zagadką. Tymczasem „stary” Arslan to dzielny młodzieniec z charakterem i charyzmą, i już od pierwszej sceny widać, że ma silną osobowość, która szybko się rozwinie. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że dobrze się zapowiada i prezentuje sobą wielki potencjał, dobry i szlachetny materiał na przyszłego władcę. Do tego jest bardzo przystojny, tym szlachetnym i posągowym typem urody, który chętnie oglądamy wybity na złotych monetach czy namalowany na obrazach w galerii narodowej. I zawsze jest wspaniale uczesany, z biżuterią misternie wplecioną we włosy i nawet przez chwilę nie wygląda jak stajenny, czego o „nowym” Arslanie w żaden sposób nie da się powiedzieć, bo ten czasami wygląda wręcz jak stajenny, a nie jak królewski syn.

    I gdyby tylko chodziło o różnice wizualne, a nie napisałem tu o strojach, pancerzach czy architekurze… Podam następujący przykład: obejrzeliśmy niedawno scenę, w której Daryun spotyka się ze zdrajcą Kharlanem i jego ludźmi na polu bitwy, kiedy to armia Pars dostaje baty od Lusitanii. W nowej wersji Daryun jest już z księciem Arslanem, którego poprzysiągł chronić. Atakuje Kharlana i szybko zyskuje nad nim przewagę w pojedynku, przez co zdrajca z miejsca zarządza odwrót całego oddziału: przed jednym zdeterminowanym człowiekiem, choć bezbronny Arslan jest w zasięgu ręki, przewaga miażdżąca a wygrana pewna jak amen w pacierzu. W mojej opinii taki rozwój wypadków jest niedorzeczny, wręcz głupi, a wystarczyło przecież tylko wydać czekającym bezczynnie żołnierzom rozkaz do ataku. Rozumiem, że scena miała pokazać Daryuna jako herosa, siejącego strach w sercach przeciwnika już samą obecnością na polu bitwy, ale bez przesady i bez obrażania zdrowego rozsądku. Na domiar złego, z powodu tej sceny Kharlan jawi się jako tchórz, co nie odpowiada prawdzie jeśli weźmiemy pod uwagę skrajnie niebezpieczną rolę jaką odegrał w doprowadzeniu Andragorasa do upadku, gdzie sam, osobiście pociągał za sznurki stając twarzą w twarz z przeciwnikiem. W starej wersji tej sceny Daryun jest bez Arslana i po konfrontacji z Kharlanem przebija się przez szeregi jego ludzi i zwyczajnie daje nogę, by odszukać młodego księcia. Nic z heroizmu i maczoizmu, za to mnóstwo ze zdrowego rozsądku. Niby ta sama scena, a jak odmiennie ją opowiedziano i w jak różnym świetle pokazała jej bohaterów. A to tylko jeden przykład.

    I na koniec muzyka. Tak jak przepadam za ścieżką dźwiękową do starej wersji, tak nowy soundrack w porównaniu wypada gorzej niż słabo. Muzyka w starym Arslanie towarzyszy nam w większości scen, w dużej mierze odpowiadając za kształtowanie ich nastroju i rytmu. Jest głośna i wyraźna, momentami wręcz dominująca i na pierwszym planie. Niepoślednią w niej rolę odgrywają instrumenty smyczkowe, flet, bębny, dzięki czemu pobrzmiewają w niej wyraźne nuty Bliskiego wschodu. W nowej wersji anime muzyka pojawia się rzadziej i słychać ją w głębokim tle, trochę jak ambient. Dominuje neutralne brzmienie elektroniczne, wyprane z orientalnych akcentów, mało melodyczne, momentami wręcz całkowicie pozbawione charakteru. Nadawałoby się równie dobrze jakiegoś psycho­‑passa czy standardowego fantasy z biuściastymi panienkami z wielkimi mieczami i jeszcze większymi biustami. Po trzech odcinkach wiem już, że nie zapamiętam żadnego utworu i jest mi z tego powodu zwyczajnie przykro.

    Jestem głęboko rozczarowany. Spodziewałem się opowieści fantasy przynajmniej tak samo dobrej jak poprzedniczka sprzed lat, ale zawiodłem się, niestety. Osoby, które starej wersji nie oglądały, z oczywistych względów nie będą podzielały mego uczucia straty, ale gdyby jednak podobny niedosyt u nich się pojawił, gorąco polecam wersję sprzed ćwierć wieku: porządne fantasy z porządnymi bohaterami, malowniczymi pejzażami, egzotyczną architekturą i klimatyczną muzyką, i bez komputerowej animacji, na którą można by narzekać.
  • Avatar
    Sezonowy 14.04.2015 20:28
    Komentarz do recenzji "Arslan Senki [2015]"
    Szkoda, że nie wiemy nic na temat tego, jak wyglądały bitwy toczone przez Andragorasa w przeszłości. Te, kiedy dowodził jeszcze jako następca tronu, mniejszymi siłami, może jednym skrzydłem czy odziałem wydzielonym, w konfliktach na mniejszą skalę. Jako mężczyzna w sile wieku, w całym swoim życiu musiał brać udział w niejednej wojnie, a jednak nigdy nie odniósł porażki. Oczywiście, może być tak jak piszesz, że wygrywał, bo miał potężną i świetnie uzbrojoną armię, ale jego przeciwnicy na pewno świetnie zdawali sobie z tego sprawę, a mimo to wyruszali na wojnę z nim. Na co liczyli? Z pewnością nie raz i nie dwa mieli asa w rękawie, który mógł zniwelować przewagę w ilości i jakości wojsk, i nie była to pierwsza pułapka, którą zastawiano na Andragorasa. Mimo to jak do tej pory zawsze wychodził ze starć zwycięsko. Czy to świadczy o królu jako o złym dowódcy, a do takiego określenia użytego przez Domi­‑kun odnoszę się w swoim pierwszym komentarzu? Moim zdaniem – nie. Oczywiście, w tej bitwie to jego rozkazy, źle wybrana taktyka i pycha sprowadziły klęskę na Parsów, tylko czy to przekreśla cały jego dotychczasowy dorobek? Ponownie: moim zdaniem – nie. A tej jednej bitwy wygrać zwyczajnie nie mógł, bo ta szczególna klęska jest momentem zwrotnym w historii księcia Arslana i musiała się wydarzyć: tej bitwy Andragoras wygrać nie mógł, nawet jeśli byłby militarnym geniuszem na miarę Aleksandra Macedońskiego.

    Z drugiej strony to też całkiem możliwe, że jest właśnie tak jak piszesz. Kiepski dowódca, polegający wyłącznie na przewadze liczebnej i jakości wojska. Niewykluczone, że od lat stosujący uparcie tę samą taktykę frontalnej szarży, bez szczególnej finezji, opierając się na sile pierwszego uderzenia. Trudno mi w to uwierzyć, ale nie mogę tego wykluczyć. Znamy z historii starożytnej perskich królów, którzy prowadzili w pole potężne armie, które niby to miażdżyły wszystko i wszystkich na swej drodze. Co prawda tacy władcy zawsze dostawali w kość od słabszych przeciwników i to nie jeden raz, jak Kserkses czy Dariusz III stający przeciwko Grekom czy Macedończykom. A taki Andragoras nie dostał łupnia ani razu, aż do fatalnego końca, co stawia go o niebo wyżej zarówno od Kserksesa jak i od Dariusza, bo ci obrywali równo, mimo posiadania przygniatającej przewagi nad przeciwnikiem.

    Jak by nie było, na dwoje babka wróżyła. Wolę swoją interpretację, ale i Twojej nie mogę odmówić rozsądku. Gdybyśmy tylko znali prawdziwą historię królestwa Pars i dokonań wojennych Andragorasa… Kusi mnie, żeby znowu sięgnąć po wersję z 1991 roku i przypomnieć sobie, jak tam pokazano tę bitwę i osobę króla. A że mam wrażenie, że nowa wersja anime jest robiona dla widza o kilka lat młodszego niż w przypadku wersji poprzedniej i opiera się na innym materiale źródłowym, niewykluczone że tu i tam inaczej rozłożono militarne akcenty, albo zawarto więcej informacji wskazujących na to, czy król faktycznie był złym dowódcą, czy po prostu tego szczególnego dnia podejmował wyłącznie złe decyzje.

    Kiedy odświeżę sobie starą wersję Arslana, wrócę do tego wątku i podzielę się uwagami.
  • Avatar
    Sezonowy 12.04.2015 17:39
    Komentarz do recenzji "Arslan Senki [2015]"
    Raczej nie można go nazwać kiepskim dowódcą, skoro przez całe życie nie przegrał żadnej bitwy. Tu dał się wyprowadzić w pole po raz pierwszy i zarazem ostatni, ale to nie przekreśla jego militarnego dorobku. Owszem, zgubiła go pycha, choć nie dlatego, że był kiepskim dowódcą, tylko dlatego że scenarzysta stał po stronie wojsk Lusitanii. Andragoras musiał przegrać bitwę, bo w innym przypadku książę Arslan wróciłby do pałacu i do nudnego życia, a my nie dostaliśmy anime. I właśnie dlatego, na wypadek gdyby ognia było za mało i perska kawaleria jednak rozniosła bizantyjczyków na kopytach, dostaliśmy mgłę na polu bitwy i młodego dowódcę publicznie kwestionującego taktykę królewską. Teraz, kiedy w obecności podwładnych podważono jego plan i autorytet, to nawet gdyby chciał, duma nie pozwoliłaby mu ustąpić – nie po to jest się władcą absolutnym. No nie miał prawa wygrać tej bitwy i już.

  • Avatar
    Sezonowy 9.04.2015 23:20
    Re: Przerost formy nad treścią
    Komentarz do recenzji "Shinmai Maou no Testament"
    Ja również mam wrażenie, że recenzja w takiej postaci nie powinna znaleźć się na Tanuki, a jeśli już, to nie wśród recenzji, a w czytelni czy wrzucona jako osobny artykuł, może na redakcyjnym blogu?

    To bardzo zabawny tekst, ale nie pełni praktycznie żadnej funkcji informacyjnej. Treści merytorycznych jest tu jak na lekarstwo, a i te trudno zauważyć, zamaskowane bogactwem formy, szyderstwem czy ironią. Drastyczna różnica w porównaniu z bogactwem rzetelnych informacji i opinii popartych rzeczowymi argumentami, jakich zwykle dostarcza lektura recenzji na tanuki.

    Powtórzę: uważam, że ten tekst nie powinien znaleźć się wśród tanukowych recenzji. Jego miejsce, z oczywistych względów, jest gdzie indziej: w dziale rozrywkowym, „po godzinach” i temu podobnych – tam, gdzie mógłby zostać należycie doceniony. Tutaj natomiast, żeby dowiedzieć się czegoś konkretnego na temat tej produkcji, wiarygodnie podanego, musiałbym szukać informacji w innym miejscu w sieci i pewnie niejeden czytelnik tak właśnie zrobi. Czy taki efekt powinny wywoływać recenzje na Tanuki? Nie sądzę. Gdybyż jeszcze w nagłówku znalazło się kilka słów od redakcji, sugerujące kontekst z niedawnym Prima Aprlis…
  • Avatar
    Sezonowy 28.03.2015 12:43
    Komentarz do recenzji "Kiseijuu: Sei no Kakuritsu"
    Wydaje mi się, że za jakościowy zjazd opowieści odpowiada zniknięcie ze sceny Tamura Reiko. Kiedy zabrakło najbardziej intrygującej antagonistki, która miała głębsze, osobiste relacje z głównym bohaterem, złożony charakter i niejednoznaczną osobowość, a traktowanie jej jak kobiety wzbudzało we mnie podszyty fascynacją niepokój (w końcu potwór, ale umiałem postawić siew jej sytuacji) – wtedy na placu zostały już tylko mięśniaki, pospolici drapieżcy wiedzeni instynktem, a nie rozumem. Tę pustkę po Reiko trzeba było czymś zastąpić, stąd krok w stronę przesadnego dramatyzmu, ekologii podszytej filozofią itd.

    Porzucenie Reiko uważam za najgorszy z wyborów dokonanych przez autora, ponieważ jest to postać fascynująca i to właśnie jej relacje z Shinichim pozwoliły chłopakowi przyswoić prawdę, że sprawa z pasożytami nie jest czarno­‑biała, a przeciwnik inteligencją nie ustępuje jemu samemu. W jakimś sensie faktycznie okazała się być dla bohatera nauczycielką. Wielka szkoda, opłakiwałem ja bardziej niż przyjaciół i rodzinę chłopaka.

    A jeśli przeszkadzały Ci ekologiczne odloty w dwóch ostatnich odcinkach, to co mam powiedzieć ja, obserwujący jak elita oddziałów specjalnych, zamiast nacisnąć spust i zabić śmiertelnie groźnego przeciwnika, pozwala mu na wygłaszanie politycznej przemowy, a nawet wdaje się z nim w pyskówki? Jak w serialu o superbohaterach, gdzie każdy kluczowy pojedynek musi zostać poprzedzony tyradą o „wartościach”. Albo fakt, że wygraną z najtrudniejszym przeciwnikiem Shinichi zawdzięcza nie sobie, nie wysiłkowi, nie poświęceniu, nie cechom charakteru, a wyłącznie ślepemu losowi, bo gdyby na nielegalnym wysypisku w lesie leżał gruz z rozbiórki chlewika, a nie odpady toksyczne, serial zakończyłby się przed czasem.

    Ale tak czy owak, dobry serial i zgrabnie opowiedziana historia. W przyszłości chętnie obejrzałbym coś podobnego.

    PS Nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdyby pasożyty zastąpić wampirami, otrzymalibyśmy dokładnie tę samą opowieść. To wypisz, wymaluj gotowy scenariusz do gry RPG w realiach „Wampira: maskarady”. :)
  • Avatar
    Sezonowy 19.03.2015 15:43
    Re: Dobry film, oryginalna historia, a do tego japoński Gandhi w roli głównej
    Komentarz do recenzji "Taiyou no Mokushiroku"
    Jak by nie było, chętnie przeczytałbym mangę żeby dowiedzieć się, co tak naprawdę wymodził autor. Może to jednak Chińczycy są dobrzy, a Amerykanie zachowują się jak niemieckie Gestapo? Może w Tokio jednak obowiązuje godzina policyjna, a obywatele Japonii mają obowiązek zatrzymywać się i kłaniać napotkanym amerykańskim żołnierzom, tak jak sami wymagali kiedyś tego od mieszkańców okupowanych Filipin? Pogdybać sobie zawsze można, bo to fajna gimnastyka dla mózgownicy i dobrze od czasu do czasu o czym innym, a nie tylko o zawartości pikseli w pikselach i jak denna jest piosenka w tym czy innym openingu. :)
  • Avatar
    Sezonowy 19.03.2015 13:09
    Re: Dobry film, oryginalna historia, a do tego japoński Gandhi w roli głównej
    Komentarz do recenzji "Taiyou no Mokushiroku"
    Niezależnie od tego, jak to ująłeś, ja tak to odebrałem. W filmie nie ma żadnego argumentu przemawiającego za tym, że Japonia znajduje się pod amerykańską okupacją, a co dopiero bezwzględną. Dlatego przywołałem scenę z wywożeniem skarbów kultury. Film opowiada o wydarzeniach, jakie miały miejsce w naszym świecie, a tu Japonia jest de facto największym obok Wielkiej Brytanii sojusznikiem USA. I nie mam na myśli sojuszu w kategoriach wojskowych, bo oba kraje praktycznie nie prowadzą wspólnych operacji militarnych poza terenem Japonii (konstytucja japońska nie daje możliwości wysłania Sił Samoobrony poza granice w innym charakterze niż w celu pomocy humanitarnej, vide symboliczny udział Japończyków w operacji w Iraku). Ale Japonia udostępniła swój kraj pod amerykańskie bazy wojskowe, które szachują Chiny i Rosję i de facto są gwarantem bezpieczeństwa kraju. Sam wiesz, że Chiny co rusz prężą mięśnie i domagają się a to zwrotu tych czy innych wysp, zmiany granicy morskiej, a nawet przebąkują o Okinawie, że ze względów historycznych powinna znaleźć się w ich strefie wpływów. Jest Rosja i Wyspy Kurylskie, które zagarnęła w czasie wojny i nie oddała, i – co już jest skrajnie surrealistyczne – między Rosją i Japonią wciąż nie został podpisany układ pokojowy po II WW, z powodu m.in. rzeczonych wysp. Na dobrą sprawę, oba kraje wciąż są w stanie wojny (sic!). Pamiątka po Wujku Stalinie, której jego następcy nie zamierzają się pozbyć, a przynajmniej nie bez scedowania na ich rzecz Wysp Kurylskich.

    Tak czy owak, Japończycy traktują Amerykanów jak największego sojusznika i gwaranta pokoju, stąd słowo „okupacja” wydaje mi się ostatnim określeniem, jakie powinno zostać użyte. Do tego, w kontekście sprzeciwu Japończyków przeciwko tej „okupacji” w filmie jest mowa jedynie o pokojowych demonstracjach przeciwko obecności Amerykanów, które to demonstracje regularnie zdarzają się i dzisiaj, zwłaszcza na Okinawie, która dużo wycierpiała z rąk amerykańskich podczas wojny. Ale zastrzegam, to tylko moje przypuszczenia, bo nie znam mangi i kto wie, co tam autor wymyślił i co nawyczyniali jego papierowi Amerykanie.

    Chińczycy z drugiej strony… W ich interesie jest jak najbardziej wyrwanie Japonii z amerykańskiej strefy wpływów i oto nadarzyła się okazja. Jak znam realia to ich pomoc wcale nie okazała się bezinteresowna. Niewykluczone, że domagali się cesji tych czy innych terytoriów, korekty granicy morskiej, usunięcia baz amerykańskich z Japonii i innych podobnych ustępstw. Nie wątpię, że Japonia nie zamierzała ustąpić. Przypuszczam, że w odpowiedzi Chiny zdecydowały się powołać na zajętych przez siebie terenach posłuszny japoński „rząd”, który zgodzi się na te warunki. Może nawet będzie skłonny zwrócić się ku sojuszowi z Chinami? Czy w takich warunkach amerykańskie wojsko powinno wycofać się ze „swojej” części Japonii, podczas gdy Chińczycy stoją pod bronią po drugiej stronie zatoki? Łatwo mogę sobie wyobrazić co by się stało. Chińskie wojsko, na prośbę „sojuszniczej” części Japonii i jego „rządu', wkroczyłoby żeby „zjednoczyć” kraj, oczywiście pod swoim berłem. Byłaby to dokładnie ta sama sytuacja co w podzielonych Niemczech podczas zimnej wojny, gdzie na terytorium RFN stała połączona armia sił NATO, żeby powstrzymać Układ Warszawski przed myślą o „zjednoczeniu” Niemiec. I to byłaby odpowiedź na pytanie, dlaczego Amerykanie nie wycofali się z Japonii po piętnastu latach i dlaczego utrzymują pełną kontrolę nad ruchem granicznym. Przynajmniej tak myślę, wyciągając wnioski z nie tak odległej historii Europy, gdzie mieliśmy podobną sytuację i gdzie nic dobrego z tego nie wynikło.

    Wybacz, rozpisałem się, ale mam dzisiaj wolne i nic ciekawszego do roboty, a temat wydał mi się na tyle ciekawy, żeby puścić wodze wyobraźni. :)
  • Avatar
    A
    Sezonowy 18.03.2015 15:06
    Dobry film, oryginalna historia, a do tego japoński Gandhi w roli głównej
    Komentarz do recenzji "Taiyou no Mokushiroku"
    Chcę podziękować recenzentowi, bo gdyby nie jego tekst na Tanuki, nie obejrzałbym Taiyou no Mokushiroku, jako że do niedawna w ogóle nie miałem pojęcia o istnieniu tego anime. A przecież to właśnie takich historii najbardziej mi brakuje w animowanym repertuarze: dramatu adresowanego do dojrzałego widza, filmu katastroficznego i jednocześnie political fiction noszącego znamiona wysokiego prawdopodobieństwa, bo opartego na współczesnych realiach, na postawach ludzi i sytuacji polityczno­‑społecznej, jaką dobrze znamy zza okna, z gazet czy z internetu.

    Chcę jednak przestrzec potencjalnych widzów sugerujących się recenzją i spodziewających się w filmie czegoś z ducha japońskiego rewanżyzmu (recenzent pisze o bezpardonowej amerykańskiej okupacji, co moim zdaniem jest jaskrawym nieporozumieniem): nie ma tu niczego o Złych Amerykanach, Wybranym Narodzie Japońskim i temu podobnych czarno­‑białych tonów. Przedstawiona sytuacja podziału wysp między dwa mocarstwa nie postała drogą okupacji, a na skutek scedowania uprawnień aparatu państwowego przez Japonię na rządy dwóch mocarstw udzielających pomocy humanitarnej upadłemu krajowi, niezdolnemu do dalszego samodzielnego istnienia, a później przeprowadzających gigantyczną akcję odbudowy kraju ze zgliszczy. Co prawda zobaczymy wojska amerykańskie pakujące do skrzyń skarby kultury japońskiej i wywożące je w bezpieczne miejsce, ale to normalna procedura w czasie katastrof żywiołowych. Poza tym, skąd mieli listę, co i skąd zabrać? Nie napisało jej przecież CIA przed laty i nie trzymało w szafie, na wypadek inwazji na Japonię: dostarczyli ją Amerykanom Japończycy, prosząc o pomoc w ratowaniu dziedzictwa narodowego.

    A dlaczego Chińczycy i Amerykanie nie wycofali się z Wysp Japońskich i piętnaście lat po katastrofalnym trzęsieniu ziemi wciąż sprawują kontrolę nad podzieloną Japonią? Dlaczego wciąż sprawują kontrolę nad swoją częścią japońskiego terytorium, zamiast spakować się i wrócić do domu? Kluczem wydaje się zrozumienie, że film jest projekcją japońskich lęków, wynikających z historii militarnej i politycznej związanej z końcem drugiej wojny światowej i zimną wojną. Rozpad kraju i jego podział na dwie części obserwowali Japończycy na przykładzie Korei i Wietnamu, a w Europie – Niemiec. Podobny los mógł spotkać Japonię, na szczęście udało jej się tego uniknąć i co by nie mówić, dobrze na tym wyszła. Ale przecież coś z tych lęków pozostało i cały czas wraca w filmach, książkach, komiksach. Mogę się domyślać, że w tej części historii, która nie został zekranizowana, główny bohater będzie podejmował działania zmierzające do połączenia obu części Japonii i odzyskania przez nią niepodległości. A jeśli wziąć pod uwagę, że główny bohater to praktycznie japoński Gandhi, obdarzony charyzmą, bezpośredni, prawy, szczery i wyrzekający się przemocy, mogę być spokojny, że nie zobaczylibyśmy go na ekranie, jak z hachimaki na skroniach i mieczem w doni prowadzi atak powstańców na amerykańskie czy chińskie umocnienia.

    Czerpałem wielką przyjemność z oglądania Genichirou Ryuu, obserwowania jego działań, bycia świadkiem niezłomnej postawy, prawego i otwartego na ludzi charakteru. Nie dość, że bohater wypadł przekonująco i wiarygodnie, to chwilami autentycznie go podziwiałem. Pokojowy Marsz Osiemdziesięciu Tysięcy wywarł na mnie naprawdę wielkie wrażenie, łącząc specyficzny rodzaj japońskiego ducha, gdzie wszyscy współpracują ze sobą dla dobra społeczności jak jeden organizm i są skłonni do poświęceń, z pacyfizmem oraz z gandhijskim spokojem i filozofią biernego oporu. Już dawno nie kibicowałem tak bardzo żadnemu bohaterowi anime życząc mu, by dopiął swego i droga, którą obrał, okazała się słuszna; to było bardzo przyjemne, bo niespodziewane uczucie.