Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 7/10
fabuła: 6/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 36
Średnia: 6,61
σ=1,7

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

El Cazador de la Bruja

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2007
Czas trwania: 26×24 min
Tytuły alternatywne:
  • エル・カザド
  • Witch Hunter
Tytuły powiązane:
Gatunki: Przygodowe
zrzutka

Dziewczyna z rewolwerem i dziewczyna z tajemniczymi mocami. Czyli przepis na sukces według studia Bee Train.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Życie łowcy nagród jest trudne, niebezpieczne i wymaga szybkiego przystosowywania się do nietypowych sytuacji. Jednakże trudno nie zauważyć, że akurat Nadie czuje się w takich warunkach jak ryba w wodzie, a jej przeciwnicy popełniają fatalny błąd, nie doceniając umiejętności strzeleckich drobnej, rudowłosej dziewczyny. Tym razem jednak obiekt poszukiwań Nadie jest całkiem inny niż zwykle – złotowłosa, wyglądająca na młodszą od niej Ellis jest poszukiwana „żywa lub martwa” w związku z zabójstwem profesora Heinza Schneidera, który był jej opiekunem. Naiwna, zdumiewająco nieprzystosowana do świata Ellis ma w sobie jednak coś, co sprawia, że Nadie nie odwozi jej tak po prostu do zleceniodawców. Obie dziewczyny wyruszają w drogę na południe, do miejsca zwanego Wiñay Marka. Co kieruje Ellis i co kryje się w utraconych przez nią wspomnieniach? Jakie naprawdę polecenie dostała od swoich pracodawców Nadie? Kim są rozmaite osoby żywo zainteresowane i bacznie obserwujące podróż dziewcząt?

No dobrze, załatwmy to od razu: po ogromnym sukcesie Noir studio Bee Train postanowiło oczywiście spróbować odciąć od popularności tego tytułu kilka kuponów. Zamiast jednak tworzyć ciągi dalsze (i bliższe) tamtej historii, postanowiono nakręcić nową serię opartą na podobnym schemacie – tak właśnie na ekranach pojawił się Madlax. Eksperyment najwyraźniej okazał się udany, bo w następnej kolejności ukazał się właśnie El Cazador de la Bruja. Za każdym razem formuła jest podobna: dwie dziewczyny, tajemnica z przeszłości, magia i mistyka, a do tego obowiązkowo broń palna, różni się jednak miejsce akcji, no i oczywiście szczegóły fabuły. Innymi słowy, rzecz idealna zarówno dla widzów, którzy znają wspomniane serie, ale lubią „jeszcze raz to samo”, jak i dla takich, którzy po raz pierwszy się z tą historią stykają.

Sama należę do tej drugiej kategorii, ponieważ znajomość z Noir zakończyłam wiele lat temu po dwóch odcinkach, a znajomości z Madlax nie zawierałam wcale. Teoretycznie jestem więc widzem idealnym: jeśli istnieją jakieś skopiowane pomysły, nie mogę tego zauważyć, poza tym lubię ten rodzaj kina drogi, dawna miłość do westernów przekłada się u mnie na zdecydowaną słabość do ładnej broni palnej, a osadzenie akcji w rejonach stylizowanych – zależnie od momentu – na południe Stanów Zjednoczonych, Meksyk i Amerykę Środkową tylko podnosi jej atrakcyjność. Muszę jednak napisać wprost, że seria najzwyczajniej i po prostu mnie nie wciągnęła, a co gorsza (biorąc pod uwagę moją recenzencką rzetelność), trudno mi właściwie powiedzieć, dlaczego.

Fabuła, jak wspomniałam wcześniej, to solidna wariacja na temat kina drogi. Poszczególne odcinki pokazują poszczególne epizody z podróży bohaterek – łączą je pewne wątki, ale generalnie każdy z nich opowiada własną historię. Taka formuła dobrze się sprawdza, pozwalając główny wątek poprowadzić dyskretnie i na drugim planie, a jednocześnie zajmując czymś doraźnie widza. Zaskakujący dla mnie był jednak praktycznie całkowity brak tajemnicy. Twórcy sprawiają wrażenie, jakby śmiertelnie się bali tego, że odbiorca zgubi się w gąszczu wyjaśnień i praktycznie od pierwszych odcinków wykładają na stół tyle kart, ile się tylko da. W efekcie, przynajmniej dla mnie, fabuła do samego końca była po prostu przewidywalna, łącznie z wytypowaniem finałowych trupów. Inna rzecz, że całkiem sporo rzeczy, których widz nie mógł się domyśleć, pozostało po prostu nie wyjaśnionych – zaczynając od przeszłości Nadie (co pewnie i tak nie miało związku z fabułą), a kończąc na wydarzeniach sprzed dziesięciu lat, kilkakrotnie przywoływanych przy różnych okazjach. Warto także uprzedzić, że osoby, które nie przespały wszystkich lekcji przedmiotów przyrodniczych i ścisłych powinny zająć się czymś innym w trakcie wywodów mieszających genetykę z termodynamiką i magią – głośne wybuchy śmiechu mogą zwrócić uwagę sąsiadów.

Niewykluczone jednak, że zamiarem twórców nie było ciągłe zaskakiwanie widza, a po prostu pokazanie samej podróży. W takim przypadku nie mogę nie zauważyć, że – szczególnie w późniejszych odcinkach – tempo wydarzeń spada poniżej dopuszczalnych wartości. Rozumiem oczywiście, że akcja nie musi gnać na łeb, na szyję, ale tutaj „rozmywanie” w czasie drobnych wydarzeń dochodziło do rozmiarów absurdalnych i niestety nie tyle sprawiało wrażenie celowej refleksji, ile sposobu na zajęcie jakoś czasu ekranowego do końca odcinka. Do wad należy także doliczyć pojawiające się od czasu do czasu „przeskoki” fabuły, przez które postaci nieoczekiwanie teleportowały się w całkowicie inne miejsce. Najbardziej widoczne było to pod koniec, gdzie – na przykład – w jednym momencie widzimy bohaterki w walących się podziemiach położonej w górach świątyni, a w następnym – stojące sobie na zalanym słońcu bezkresnym pustkowiu. Przepraszam, jeśli nie dostrzegłam jakiejś symboliki… Poza tym, ponieważ seria nie epatuje fanserwisem, trzeba było znaleźć jakiś sposób, żeby pokazać widzom coś bardziej atrakcyjnego. Czasem ubranie bohaterek w kostiumy kąpielowe albo stroje kelnerek z sieci restauracji z tacos było w pełni uzasadnione i naprawdę nie przeszkadzało mi w najmniejszym stopniu. Trudno jednak zgadnąć, czemu nieszczęsny L.A. był kilka razy bez wyraźnego powodu rozbierany do rosołu (w tym raz w celu posadzenia go do kolacji przy świecach przy restauracyjnym stole umieszczonym na środku pustkowia), a w jednej scenie panna Jody „Blue Eyes” odbierała telefon, rozpięta łańcuchami na stole do ruletki. A prawda. Symbolika. Niewątpliwie jej nie zauważyłam. Od razu jednak zaznaczam, że tego rodzaju sceny pojawiają się naprawdę rzadko – moją uwagę zwróciły tylko z powodu swojej absurdalności i niedopasowania do czegokolwiek.

Muszę napisać, że od pierwszej chwili moją wyraźną sympatię wzbudziła Nadie – energiczna, ale nieprzesadnie wrzaskliwa, wybuchowa w normie naturalnej dla młodej osoby z temperamentem, wygadana, z poczuciem humoru i trzeźwo myśląca. Nie był to zestaw cech, którego się spodziewałam i nie ukrywam, że młoda łowczyni nagród była jednym z powodów, dla których zdołałam obejrzeć całą serię. Nieźle wypada także Ellis, o tyle, że mimo wszystko na ogół nie jest irytująca w swoim oderwaniu od świata – chociaż to taki typ postaci, do którego trudno się przywiązać. Postaci drugoplanowe… Są. Od pierwszego odcinka mają jakoś „ustawione” charaktery i motywacje (a przyczyn owych ustawień nie poznajemy), wypełniają przewidziane scenariuszem role i przechodzą przemiany, które udawało mi się zauważyć na kilka odcinków wcześniej. Chociaż przemiany to i tak za duże słowo, brak dynamiki postaci jest jedną z wad tej serii. Na wzmiankę zasługuje tylko wspomniany wcześniej L.A., „psychopatyczny dzieciak”, darzący Ellis obsesyjnym uwielbieniem. W zasadzie rozumiem, że od psychopaty trudno wymagać spójności w działaniu i myśleniu, nie czyńmy więc z jej braku zarzutu. Problem polega na tym, że jego obecność na ekranie była zwyczajnie uciążliwa – pojawiał się na chwilę (na szczęście) w każdym odcinku, nie wnosił zwykle nic do fabuły, a jego wiecznie jęcząco­‑podekscytowany głos sprawiał, że naprawdę niedaleko mi było, żeby nabrać trwałej awersji do odtwarzającego tę rolę Mamoru Miyano.

Zwraca uwagę dość rozsądne rozłożenie budżetu na animację – sceny akcji są ładne i płynne, a projekty postaci – staranne i charakterystyczne. Niestety, szczególnie w późniejszych odcinkach, jest to okupione bardzo wyraźnie widoczną lazy animation – pokazywaniem rozmawiających postaci tak, żeby nie było widać ich ust, długim panelowaniem nieruchomych widoczków i innymi tego rodzaju zabiegami. Za muzykę natomiast odpowiada Yuki Kajiura. Osoby, które nie zetknęły się z tworzonymi przez nią ścieżkami dźwiękowymi powinny za ten element wystawić 10. Pozostałym proponuję odejmować po jednym punkcie za każdy widziany tytuł, do którego ta pani komponowała muzykę. Tak, dobrze się domyślacie: zaprezentowane tu utwory są piękne, ale jednocześnie niebezpiecznie podobne do poprzednich dokonań Yuki Kajiury. Dla wielu osób nie będzie to wada, dla części jednak wrażenie „odgrzewania” motywów muzycznych może być nieznośne. Ładne i udane są piosenki w czołówce (Hikari no Yukue, śpiewane przez savage genius) i przy napisach końcowych (romanesque, FictionJunction; notabene nie odkryłam związku towarzyszącej jej animacji z wydarzeniami z serii).

El Cazador de la Bruja to seria pozbawiona poważnych wad, ale jednocześnie – przynajmniej w moim odczuciu – pozbawiona też czegoś, co przyciągnęłoby do niej i sprawiło, że zapamiętam ją na dłużej niż tydzień po napisaniu niniejszej recenzji. Nie mam też wątpliwości, że część widzów się tym tytułem zachwyci, podobnie jak nie mam wątpliwości, że inna część uzna go za odgrzewany kotlet, względnie nudziarstwo. Innymi słowy, amatorów gatunku bardziej niż zwykle zachęcam do samodzielnego spróbowania i wyrobienia sobie niezależnej opinii. Pierwsze kilka odcinków będzie stanowiło miarodajną próbkę – rytm i tempo narracji są mniej więcej podobne w całej serii.

Avellana, 27 września 2008

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Bee Train
Projekt: Kenji Teraoka, Tadashi Koezuka, Tomoaki Kado, Youko Kikuchi
Reżyser: Kouichi Mashimo
Scenariusz: Ken'ichi Kanemaki
Muzyka: Yuki Kajiura

Wydane w Polsce

Nr Tytuł Wydawca Rok
1 El Cazadore de la bruja vol. 1 Anime Virtual 2008
2 El Cazadore de la bruja vol. 2 Anime Virtual 2008
3 El Cazadore de la bruja vol. 3 Anime Virtual 2008
4 El Cazadore de la bruja vol. 4 Anime Virtual 2009
5 El Cazadore de la bruja vol. 5 Anime Virtual 2009
6 El Cazadore de la bruja vol. 6 Anime Virtual 2009