Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 2/10
fabuła: 2/10 muzyka: 3/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

3/10
Głosów: 7
Średnia: 2,86
σ=3,09

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (metamind)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

G-Saviour

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2000
Czas trwania: 93 min
Tytuły alternatywne:
  • Gセーバー
  • Gundam G-Saviour
Tytuły powiązane:
zrzutka

Próba przeniesienia Gundama na wielki ekran przy użyciu komputerowej animacji, oklepanego scenariusza i beznadziejnych aktorów – słowem: totalna porażka.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Jest rok 223 UC (Universal Century). Earth Federation uległa rozpadowi na dziesiątki niezależnych autonomii, ledwie uznających wspólny, ogólnoświatowy rząd. Kolonie korzystając z okazji, ogłaszają się niezależnymi od Ziemi bytami zwanymi Sides, dzielącymi się na dwa obozy – CONSENT (Congress of Settlement Nations), obejmujący większość kolonii oraz część krajów na Ziemi, i Settlement Freedom League, całkowicie odcinające się od Ziemi. Jak łatwo się domyśleć, oba obozy nie darzą się miłością, głównie za sprawą głodu panującego na terytoriach CONSENT, którego to problemu nie mają kolonie należące do SFL. I wtedy właśnie, na niezwiązanej z żadną ze stron stacji Side­‑8, zostaje dokonane Odkrycie­‑Które­‑Może­‑Zmienić­‑ŚwiatTM

Fabuła G­‑Saviour nie powala na kolana – ot, mamy historię, której główną gwiazdą jest Bohater­‑Z-Tragiczną­‑PrzeszłoścąTM – Mark Curran, ekspilot CONSENT, obecnie pracujący w podwodnej instalacji o odkrywczej nazwie Hydro­‑Gen jako pilot mecha wydobywczego Guppy. Już na samym wstępie możemy się przekonać, że jest Tym­‑DobrymTM, kiedy to w odstępie dwudziestu minut aż dwukrotnie błyska charakterem bardziej nieskazitelnym od brylantu Koh­‑i-Noor. Wkrótce potem dokonuje strasznego odkrycia – CONSENT to Ci­‑ŹliTM (ciekawe, że wcześniej na to nie wpadł, patrząc na mundury żołnierzy i oficerów, które wyglądają na wypożyczone z magazynów SS). Porażony tym faktem natychmiast przystaje do SFL, ale odmawia pilotowania zaoferowanego mu gundama G­‑Saviour, tylko po to, by zmienić zdanie, gdy znowu ma okazję wykazać się bohaterstwem – i oczywiście wykazuje się nim do tego stopnia, że ratuje całą kolonię (i przy okazji świat od klęski głodu). W miarę jak zagłębiałem się w odmęty tej niezwykle głębokiej postaci oraz akcji, której jest częścią, miałem coraz poważniejsze wątpliwości, czy oglądam faktycznie film oparty na sadze Mobile Suit Gundam, czy też kolejną przesłodzoną i cukierkową aż do znudzenia produkcję made in Hollywood. Praktycznie każdy element fabuły jest stereotypowy w najgorszym tego słowa znaczeniu – akcję podzielono stricte wedle czarno­‑białego schematu „Oni są ci Źli, a my, to ci Dobrzy” i scenarzyści uznali, że tyle wystarczy – po co dawać postaci wahające się, po której stronie stanąć? Widz ma mieć podane na tacy, co jest Złem, a co Dobrem, a nie zastanawiać się, czy przypadkiem taki podział nie zależy od strony, z której się spojrzy, okoliczności czy przekonań. Broń Boże też dawać jakąkolwiek tajemnicę, której się nie da rozwikłać, albo pozostawić miejsce na domysły, oglądający ma czuć się wygodnie i bezpiecznie, ma być przekonany, że wszystko na tym świecie jest pewne i oczywiste. No i oczywiście pod żadnym pozorem nie wolno dopuścić do jakiegokolwiek nieoczekiwanego zwrotu akcji czy jakiejkolwiek niespodzianki wgniatającej w fotel – w końcu to film, a nie Mig­‑29. Oparłszy się na tych szczytnych założeniach, Stephanie Pena­‑Sy uznała zapewne, że już nic więcej od niej nie zależy i oddała film w ręce aktorów, grafików i scenarzystów, zapominając o przeczytaniu tego, co napisała, dzięki czemu w filmie ujrzymy niejeden cudowny absurd (jak na przykład śmierć głównodowodzącego CONSENT, który uciekając skradzionym kolonii promem zostaje zestrzelony przez własnych ludzi, jakby na takim promie w ogóle radia nie było…).

Aktorzy spisali się dokładnie na miarę filmu – czyli tandetnie, sztucznie i kiczowato. Postaci przez nich odgrywane są płaskie niczym kartka papieru, a charakteru mają tyle, co zeschnięta pietruszka – nawet czarne charaktery, będące zazwyczaj najbardziej wyrazistymi postaciami, wypadły blado, choć i tak lepiej niż graficzna oprawa G­‑Saviour. Już na samym wstępie zostaniemy uraczeni wstawkami filmowymi naszej pięknej błękitnej planety, żywcem wyrwanymi z archiwów NASA z lat 70. i 80. poprzedniego stulecia, oraz komputerowo wygenerowanymi stacjami Sides, których wygląd niedwuznacznie sugeruje, że podobne konstrukcje wcale nie potrzebują grubego pancerza, by chronić się przed kosmicznym śmieciem czy promieniowaniem kosmicznym – zupełnie wystarczy szkieletowa, szklana konstrukcja, w zadziwiający sposób kojarząca się ze szklarnią… Mechy wyglądają zwyczajnie brzydko – niskiej jakości modele obciągnięto wysokiej rozdzielczości teksturami, dodano kilka elementów charakterystycznych dla mechów znanych z serii animowanych i uznano, że to wystarczy. Same mechy poruszają się niczym zepsute lalki (daleko im do doskonałej animacji z Super Robot Taisen: Original Generation – Divine Wars). Najlepiej to widać w ostatnich sekwencjach walk – zasób ruchu maszyn, tak CONSENT, jak i SFL, wyraźnie utrudnia im walkę i uniemożliwia tak oczywiste funkcje, jak zasłonienie się tarczą! Te tragikomiczne problemy posiada również tytułowy G­‑Saviour, co najlepiej widać podczas walk prowadzonych przy użyciu Beam Sabers – w końcu taki miecz trzyma się jedną ręką, więc po co używać drugiej? Niech sobie bezwładnie wisi, podczas gdy mech wykonuje popisy ekwilibrystyczne.

Od strony audio G­‑Saviour też nie zachwyca. Muzyka jest równie pompatyczna, jak postać głównego bohatera, ale w żaden sposób nie buduje klimatu, czy też zaskakuje w jakikolwiek sposób. Podczas oglądania przyłapywałem się na tym, że instynktownie próbuję odgadnąć, jaki oklepany podkład muzyczny będzie pasował do kolejnej sceny i prawie zawsze miałem rację. Trochę lepiej jest z odgłosami wydawanymi przez maszyny i efektami w czasie walk, choć nie da się nie zauważyć, że niektóre dźwięki stanowczo za często się powtarzają.

Muszę przyznać, że w miarę oglądania G­‑Saviour moja szczęka była coraz bliższa roztrzaskania się o podłogę. I to bynajmniej nie z zachwytu. Film ten polecam wszystkim tym, którzy mają zaciekłych wrogów, lub chcą kogoś na zawsze zniechęcić do sięgnięcia po którąkolwiek serię z cyklu Mobile Suit Gundam, gdyż kupowanie tego filmu dla zapewnienia sobie odrobiny rozrywki i przyjemności zwyczajnie mija się z celem.

metamind, 27 stycznia 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Bandai Visual
Autor: Mark Amato, Stephanie Pena-Sy
Reżyser: Graeme Campbell
Scenariusz: Stephanie Pena-Sy
Muzyka: John Debney