Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 7/10 grafika: 10/10
fabuła: 8/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 8 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,62

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 117
Średnia: 7,37
σ=1,64

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (JJ)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Dead Leaves

Rodzaj produkcji: seria OAV
Rok wydania: 2004
Czas trwania: 50 min
Tytuły alternatywne:
  • デッド リーブス
Widownia: Seinen; Rating: Nagość, Przemoc, Seks; Miejsce: Inne planety; Czas: Przyszłość; Inne: Eksperymentalne
zrzutka

Groteska w najlepszym wydaniu, komedia fizjologiczna w najgorszym, ale przede wszystkim – doskonałe widowisko w klimatach FLCL i Gurren Lagann.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Zastanawiam się, kiedy nastąpił ten pierwszy zgrzyt – w którym momencie stwierdziłem, że coś tu jest nie tak, coś nie gra, że Dead Leaves nie jest jednak do końca tym, czego się spodziewałem – i natychmiast na myśl przychodzi mi Drill. To zapewne kwestia podejścia, wygórowanych, nieuzasadnionych wymagań, za które być może należy obwinić oryginalną kreskę albo pojawiającą się w pierwszych minutach filmu metaforyczną opowiastkę o gąsienicach i mrówkach – w każdym razie z bliżej nieokreślonych przyczyn po tym tytule oczekiwałem czegoś co najmniej niebanalnego, czegoś innego, „czegoś więcej”. Zdaje się, że to właśnie Drill wyprowadził mnie z błędu. A przynajmniej jego najlepiej zapamiętałem, prawdopodobnie dlatego, że jest on chyba najbardziej charakterystycznym przykładem pewnej mocno irytującej, przynajmniej dla nieostrzeżonego widza, cechy Dead Leaves...

Ale po kolei – po raz pierwszy spotykamy Retro i Pandy – głównych bohaterów – na pustkowiu, nagich. On ma telewizor zamiast głowy, ona – klasyczne „jedno oczko bardziej”, w tym przypadku czerwone. Następuje krótka wymiana zdań, po niej przejście do kolejnej sceny – pościgu, bo z niewyjaśnionych przyczyn para ucieka przed policją. Wygląda to efektownie, niestandardowa kreska wzbudza natychmiastowe skojarzenia z FLCL i Tengen Toppa Gurren Lagann, animacja jest szybka i odrobinę chaotyczna, ale ten chaos wydaje się jednak kontrolowany, rozplanowany w drobnych szczegółach. Niezwykle widowiskowa ucieczka kończy się porażką, a bohaterowie zostają wysłani do więzienia na zniszczonym księżycu – tytułowego Dead Leaves. W tym ponurym miejscu rozegra się akcja pięćdziesięciominutowego OAV, opowieści o rozpaczliwym poszukiwaniu wolności, walce z okrutnym, tłamszącym systemem i kilku innych sprawach, które można by ująć w sposób równie podniosły. Ale najpierw poznamy Drilla.

Postać bardzo charakterystyczną, którą z tłumu wyróżnia jeden atrybut: olbrzymi złoty penis w kształcie wiertła. I uprzedzając pytanie – tak, będziemy mieli (nie)przyjemność zobaczyć go „w akcji”, a żeby było zabawniej, wcale nie jest to najciekawsza atrakcja tego typu, jaką przygotowali dla nas autorzy. Musiałem rozpocząć recenzję w ten sposób, bo choć moje ogólne wrażenia dotyczące Dead Leaves były pozytywne, to jednak wielu widzów nie powinno po ten tytuł sięgać – w najlepszym wypadku określą go jako obrzydliwy. Chciałem użyć prostej formułki, stwierdzającej, że „twórcy najwyraźniej nie wiedzą, gdzie przebiegają granice dobrego smaku”, ale to byłoby kłamstwo – twórcy, oczywiście, musieli doskonale znać te granice, skoro przekraczają je z takim zapałem i nieukrywaną radością, że chwilami można się zastanawiać, czy to tylko niewyszukany humor, czy próba celowego zniesmaczenia widza. Może konwencja uzasadnia zastosowanie takich elementów, ale jednak coś mi mówi, że ci, którzy są wrażliwi pod tym względem, nie bardzo przejmą się uzasadnianiem – dlatego do Dead Leaves nie powinni się nawet zbliżać.

Pozostali, czyli wszyscy zdolni do przymknięcia oka na to, jak dziecinne, niedojrzałe, prymitywne, wulgarne, etc. etc. jest Dead Leaves, prawdopodobnie będą bawić się świetnie. Od samego początku niesamowicie przypadł mi do gustu charakterystyczny klimat tej jednoodcinkowej OAV (w dużym stopniu będący zasługą kreski, o czym później), kojarzący się z wydawanymi w Polsce przez Kulturę Gniewu komiksami Maxa Anderssona (świetne Pixy i nieco mniej świetne Pan Śmierć i dziewczyna) – do tego stopnia, że po seansie sprawdziłem, czy przypadkiem nie ma go na liście płac. Dead Leaves oferuje to samo połączenie absurdu, groteski, poważnej, choć ukazanej w krzywym (a nawet bardzo krzywym) zwierciadle tematyki i wspomnianego na wstępie poczucia humoru, przekraczającego granicę dobrego smaku, ale akurat w takiej konwencji uzasadnionego. Podobnie jak u Anderssona, bohaterowie są brzydcy, odpychający, niedoskonali – i właśnie tym wzbudzają naszą sympatię. Poznajemy ich bardzo pobieżnie, jednak biorąc pod uwagę, że film trwa tylko pięćdziesiąt minut i większość tego czasu wypełnia akcja, raczej trudno wymagać nadzwyczajnie głębokich portretów psychologicznych. Fabuła też nie zaskakuje specjalnymi komplikacjami – jest niezbyt złożona, ale umiejętnie poprowadzona i dla potrzeb tego tytułu w zupełności wystarczająca. Jak łatwo się domyślić, opowiada o próbie ucieczki z księżycowego więzienia. Dead Leaves jest przede wszystkim opowieścią o wolności – ktoś może powiedzieć, jeżeli bardzo lubi to słowo, że w tym tytule występuje tzw. „przesłanie”, wprawdzie proste jak przysłowiowa konstrukcja cepa, ale z pewnością odmienne od najczęściej spotykanego w seriach anime „trzeba walczyć o dobro, pokój, sprawiedliwość, szanować przyjaciół i wielbić moé dziewczęta”. Chwilami może nawet skłonić widza do kilku przemyśleń – na przykład nad tym, że choć więźniowie na księżycu to klony (dowiadujemy się tego w pierwszych minutach), to właśnie one – w odróżnieniu od tłumiących bunt strażników – jako jedyne posiadają indywidualność. Na szczęście nikt nie silił się na nachalny dydaktyzm i wypowiadanie takich rzeczy na głos, więc Dead Leaves do miana ambitnego tytułu pretendować nie próbuje – to dobrze, bo w zestawieniu z „fizjologicznym” humorem wszelkiego rodzaju mądre kwestie brzmiałyby co najmniej absurdalnie.

Można jednak oglądać Dead Leaves praktycznie ignorując wymienione do tej pory mankamenty i zalety, bo przede wszystkim tę produkcję wyróżnia jeden kluczowy element: grafika, za którą z przekonaniem wystawiam dziesiątkę. Pod względem wizualnym mamy do czynienia z niezwykłym widowiskiem, łączącym wszystko to, co najlepsze w FLCL i Tengen Toppa Gurren Lagann, absurdalnym, szybkim i chaotycznym – ale, jak wspomniałem na wstępie, ten chaos jest zawsze w jakiś sposób kontrolowany. Jedna ze scen, które zrobiły na mnie wielkie wrażenie już na samym początku: Retro podczas pościgu ląduje na ciężarówce, która z niewyjaśnionych przyczyn zmienia się w rakietę, startuje, zabierając ze sobą głównego bohatera, w locie przemienia się w robota bojowego… Absolutny bezsens, ale podczas oglądania widać, że doskonale rozplanowany – to zdanie trafnie oddaje charakter nie tylko opisanej przeze mnie sceny, ale też całego Dead Leaves. Wprawdzie nie jest to z pewnością piękno, nie w takim sensie, w jakim można by użyć tego słowa w odniesieniu do filmów Shinkaia czy Mononoke, jednak strona wizualna to bez wątpienia najmocniejszy atut tego tytułu. Trudno właściwie opisać specyficzną kreskę – moim zdaniem Dead Leaves wygląda tak, jakby narysowane w wyjątkowo charakterystyczny sposób plansze, dzielące w połowie odcinki Tengen Toppa Gurren Lagann (które fani tej serii z pewnością pamiętają) wprawiono w ruch. Trochę – ale tylko trochę – słabiej prezentuje się muzyka, momentami bardzo dobra i zwracająca na siebie uwagę – nie można o niej powiedzieć, że jest tylko słabo słyszalnym tłem – ale niestety niezapadająca w pamięć. Swoją rolę świetnie wypełnili też seiyuu, zwłaszcza w przypadku pary głównych bohaterów – głosy dla Retro i Pandy dopasowano doskonale.

Zastanawiając się, czy warto sięgnąć po Dead Leaves, każdy powinien zadać sobie proste pytanie: czy łatwo mnie zniesmaczyć? Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, jak najbardziej polecam. To pięćdziesiąt minut czystej absurdalnej rozrywki, a przy tym tytuł z pewnością nietypowy, idealne rozwiązanie dla tych, którzy od czasu do czasu lubią obejrzeć coś nieco odmiennego, ale nie chcą, metaforycznie ujmując, zagrzebywać się w niewątpliwie przytulnej, aczkolwiek dla statystycznego fana zdecydowanie zbyt ciasnej norce artyzmu, serii niszowych i eksperymentalnych. Może Dead Leaves nie jest perłą, nie porazi ogromem zawartych w nim znaczeń i sensów, może jest proste, może nawet prostackie. Ale można bawić się przy nim całkiem nieźle – dotyczy to zwłaszcza tych widzów, którzy mają ochotę na tytuł oryginalny, ale ambitniejszych pozycji chwilowo nie chcą ruszać. Oczywiście grupą docelową tego anime są także fani FLCL i Tengen Toppa Gurren Lagann, ostrzegam jednak tych drugich – po Dead Leaves okrzyk „Giga Drill Breaker!” już nigdy nie będzie taki sam…

JJ, 23 lutego 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Manga Entertainment, Production I.G.
Autor: Imai Toonz
Projekt: Hiroyuki Imaishi
Reżyser: Hiroyuki Imaishi
Scenariusz: Takeichi Honda
Muzyka: Yoshihiro Ike