Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

10/10
grafika: 10/10
muzyka: 10/10

Ocena redakcji

10/10
Głosów: 16 Zobacz jak ocenili
Średnia: 9,88

Ocena czytelników

9/10
Głosów: 396
Średnia: 9,08
σ=1,21

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (JJ)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

La Maison en Petits Cubes

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 12 min
Tytuły alternatywne:
  • つみきのいえ
  • Tsumiki no Ie
zrzutka

Stary człowiek i morze wspomnień – nagrodzony Oscarem krótkometrażowy film autora Aru Tabibito no Nikki, poza krajem pochodzenia mający z anime niewiele wspólnego.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

O La Maison en Petits Cubes usłyszałem po raz pierwszy przy okazji ogłoszenia tegorocznych nominacji do Nagród Akademii. Docenienie przez Amerykanów krótkometrażowej animacji Kunio Katou, autora świetnego Aru Tabibito no Nikki, to oczywiście rzecz godna uwagi, ale przyznam szczerze, że z początku nie byłem tym specjalnie zainteresowany. Minęło trochę czasu i okazało się, że nagroda przypadła właśnie filmowi ze studia Robot – a zatem przynajmniej wypadałoby się z nim zapoznać, choć niekoniecznie trzeba być zachwyconym, bo przecież Akademii zdarzały się już decyzje cokolwiek dziwaczne, sugerujące, że faktycznie całą tę galę organizuje się głównie dla rzadkiej okazji zebrania w jednym miejscu tylu pięknych kobiet w seksownych sukienkach. Skończyło się na tym, że do filmu podszedłem z wyjątkowo wybuchową mieszanką oczekiwań: z jednej strony wygórowanymi wymaganiami, które powinno się stawiać tytułom artystycznym i uznanym za takowe, z drugiej – przeczuciem, że być może to kolejne niezrozumiałe dla mnie wyróżnienie, stawiające pod znakiem zapytania powagę jurorów. Na szczęście animacja Katou wybroniła się sama.

Historia wydaje się prosta – poznajemy staruszka, żyjącego samotnie w domku na środku morza, w miejscu przypominającym zatopione miasto. Pewnego dnia budzący się rankiem bohater zauważa, że… Nie, nie będę zdradzał szczegółów, bo w tym przypadku każda minuta opowieści jest ważna. W częściowo symboliczny sposób La Maison en Petits Cubes przedstawia podróż starszego pana przez wspomnienia całego życia, pozornie optymistyczną, ale na swój sposób wyjątkowo smutną, bo przepełnioną fatalistyczną świadomością nieuchronnego przemijania. Nastrój łączący w sobie melancholię i radość – o którym wspomnę jeszcze później – uzyskano, używając bardzo prostego, zrozumiałego dla każdego języka obrazów i muzyki (w filmie nie pada ani jedno słowo) – bo w przeciwieństwie do onirycznego, pełnego niejednoznaczności Aru Tabibito no Nikki, siłę tego tytułu stanowi właśnie prostota. Ale zanim zarzucimy filmowi Kunio Katou tani, banalny sentymentalizm (choć w ten sposób, czysto emocjonalnie, też oczywiście można go odbierać) pochylmy się jeszcze nad pewnymi nieoczywistymi aspektami tej historii.

O czym tak naprawdę opowiada La Maison en Petits Cubes? O starości, samotności, wspomnieniach, czy przemijaniu? Może o śmierci? Trudno powiedzieć, bo jeśli próbuje się zastanowić nad tym głębiej, film okazuje się zdecydowanie bardziej niejednoznaczny, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Ja na przykład nie mogłem powstrzymać się od banalnego w swojej dosłowności skojarzenia ze Starym człowiekiem i morzem Hemingwaya, choć oczywiście podobieństwo fabularne jest znikome. Krótkometrażówka na swój sposób polemizuje z tamtym dziełem – choć ostatecznie zarówno Santiago, jak i bezimienny staruszek, przyjmują swój niewesoły los bez skargi, w tym drugim przypadku już od pierwszych sekund wiadomo, że o jakimkolwiek heroizmie nie będzie mowy. W filmie Katou, przynajmniej w moim odczuciu, góruje duch fatalizmu, przewijające się przez całość, choć czasem mało widoczne, oznaki, że wszystko to, co znał pozbawiony imienia starszy pan, zmierza do końca – powoli, ale nieuchronnie. Każde kolejne piętro wieży jest nieco mniejsze od poprzedniego i w końcu nie będzie już na czym budować (może się to wydać niezrozumiałe, nie chcę jednak zdradzać zbyt wiele z fabuły)... A jednak trudno odmówić La Maison en Petits Cubes pewnego optymizmu – i tu pojawia się najciekawsze pytanie, z cyklu: „Co autor miał na myśli?”. Czy przesłaniem (jedno z najbardziej nadużywanych przez fanów anime słów, ale niestety, bez niego się nie obędzie) tej animacji jest „Nic to, byle dalej do przodu!”, czy raczej „To wszystko i tak do niczego nie prowadzi…”, czy pogodzenie się z losem głównego bohatera powinniśmy odbierać jako przejaw optymizmu, czy pesymizmu? Nie potrafię odpowiedzieć – zwłaszcza że muszę brać poprawkę na to, że oprócz mojej istnieją przecież jeszcze inne możliwe interpretacje tej historii. Z pewnością jednak nastrój jest niezwykle umiejętnie budowany i doskonale wyważony, cały czas gdzieś pomiędzy radością a melancholią – to właśnie najpiękniejszy aspekt filmu.

Oprawa audiowizualna – jedyne cząstkowe oceny, które w tym przypadku wystawię – oczywiście zasługuje na najwyższe noty. Nie chodzi tu tylko o specyficzny styl rysowania – to rzecz oczywista, nad którą bez większych zachwytów powinniśmy przejść do porządku dziennego, bo La Maison en Petits Cubes po prostu nie jest tym, co zazwyczaj określamy słowem „anime” – ważniejszy jest raczej sposób, w jaki używając jedynie języka obrazów, bez słów, udało się autorowi pokazać to, co chciał przedstawić widzowi. Tutaj sztukę tę doprowadzono do perfekcji – animacja okazała się formą wyjątkowo pojemną, zarówno jeśli chodzi o treść, jak i ładunek emocjonalny. Muzyka z kolei wykorzystuje największą szansę, jaką daje krótkometrażowa forma – staje się integralną częścią dzieła, której nie da się rozpatrywać niezależnie od animacji i bez której animacja nie byłaby już tym samym. W każdym razie to jeden z tych przypadków, kiedy piękna oprawa sama w sobie jest już wystarczającym powodem, żeby obejrzeć film.

Mimo mojej niezachwianej wiary w ludzi, coś jednak mówi mi, że mogą znaleźć się tacy czytelnicy – oczywiście tylko niewielki procent – którzy po recenzji i ocenie będą oczekiwali obiektywnego obrazu opisywanego tytułu. Niestety, muszę ich wyprowadzić z błędu – i mam na myśli nie tylko to, że każde spojrzenie jest unikatowe, że wszystko jest względne (tak, znamy to już od dawna), ale też przede wszystkim to, że La Maison en Petits Cubes po prostu nijak nie przystaje do skali Tanuki. Różni recenzenci, kierując się różnymi kryteriami, wystawiają różne oceny – dla jednych „dziesiątka” to wciągające Code Geass, dla drugich refleksyjne Mushishi – ale w tym przypadku mamy do czynienia z czymś zupełnie innym i szczerze mówiąc, nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś zakwestionował zasadność publikowania recenzji takich filmów na stronie o tematyce mangowej. Proszę więc o potraktowanie tego tekstu nieco inaczej – raczej jako zachęty do sięgnięcia po wyjątkowy tytuł, niż podsumowane „obiektywną” oceną wypunktowanie wad i zalet. Tak, uprawiam propagandę i nawet tego nie ukrywam – ale moim zdaniem naprawdę warto, nawet jeśli ktoś nie ma ciągot do wysokiej sztuki. To tylko dwanaście minut (dziesięć, jeśli nie liczyć napisów końcowych) – niewiele, więc radzę, przewińcie pół odcinka Naruto albo najnowszej haremówki (zainteresowanym zdradzę w tajemnicy, że nie wydarzy się nic, czego nie widzieliby w poprzednich odcinkach/innych seriach) – kto wie, może chwyci? Wydaje mi się, że przemawiając prostym, emocjonalnym językiem, La Maison en Petits Cubes ma szansę dotrzeć także do szerszej publiczności – skoro wzruszały wielkookie licealistki w Clannadzie, dlaczego nie miałby wzruszyć staruszek z prostej historii Kunio Katou? Natomiast dla tych, którzy nie mają oporów przed sięganiem po bardziej artystyczne, wymagające dzieła, choćby z uwagi na przyznaną przez amerykańską Akademię nagrodę ten film – jednocześnie prosty i skomplikowany, optymistyczny i melancholijny, z pewnością zaś jedyny w swoim rodzaju – to pozycja obowiązkowa.

JJ, 18 maja 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Robot
Autor: Kunio Katou
Reżyser: Kunio Katou
Scenariusz: Kenya Hirata
Muzyka: Kenji Kondou