Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 5/10 grafika: 6/10
fabuła: 5/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 41
Średnia: 5,95
σ=2,16

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Wedding Peach

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 1995
Czas trwania: 51×23 min
Tytuły alternatywne:
  • Ai Tenshi Densetsu Wedding Peach
  • Legend of the Angel of Love: Wedding Peach
  • 愛天使伝説ウェディング・ピーチ
Tytuły powiązane:
Gatunki: Przygodowe, Romans
Widownia: Shoujo; Postaci: Anioły/demony, Magical girls/boys, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Tak, to jest ta seria o magicznych dziewczętach – pannach młodych. Zostaliście ostrzeżeni.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Trzy członkinie szkolnego klubu dziennikarskiego: elegancka i wytworna Yuri Tanima, chłopczycowata i porywcza Hinagiku Tamano oraz roztrzepana i optymistyczna Momoko Hanasaki już niebawem staną przed zadaniem poważniejszym niż zbieranie materiałów do nowego numeru szkolnej gazetki. Oto bowiem na Ziemi (konkretnie: w mieście, w którym rozgrywa się akcja) pojawiają się wysłannicy okrutnej królowej świata demonów, Raindevili. Ich zadaniem jest przechylić szalę w toczącej się od dawna wojnie między demonami a aniołami poprzez odnalezienie czterech magicznych przedmiotów, ukrytych w ludzkim świecie. A przy okazji mają rozprawić się z każdą osobą, która kogoś kocha, ponieważ to właśnie miłość jest tą siłą, której Raindevila nienawidzi i którą ma nadzieję zniszczyć wraz z królestwem aniołów. Jednak oczywiście nie wszystko idzie zgodnie z ich planem – dzięki niewielkiej interwencji sił anielskich (w osobie wysłanego przez królową Aphrodite anioła Limone'a) Momoko zostaje obdarzona magiczną mocą. Odtąd może się transformować w istotę będącą ucieleśnieniem miłości – anioła miłości, Wedding Peach, a jej strojem bojowym stanie się suknia ślubna. Niewiele zaś wody upłynie, nim podobne moce zyskają Hinagiku i Yuri, przemieniające się odpowiednio w anioły Daisy i Lily (notabene odpowiednie nazwy kwiatów ukryte są w ich imionach). Walka o ochronę kochających serc nie jest prosta, tym bardziej, że trzeba też chodzić do szkoły, no i pisać artykuły do gazetki. Artykuły zaś mogą dotyczyć szkolnej drużyny piłkarskiej, a szczególnie jej podziwianego przez wszystkich kapitana, Kazuyi Yanagiby, będącego przy okazji obiektem westchnień całej trójki przyjaciółek. Bo przecież trudno potraktować poważnie tego wiecznie wykłócającego się z Momoko bezczelnego typa, bramkarza Yousukego Fuumę, prawda? Redakcja Tanuki.pl nie przewiduje nagrody za wskazanie, który z panów zostanie ostatecznie wybrańcem serca naszej brzoskwiniowej bohaterki.

Licznych podobieństw do znanej większości polskich fanów (przynajmniej tych starszych) Czarodziejki z Księżyca nie da się nie zauważyć. Współautorem mangi i jednym ze scenarzystów jest zresztą Sukehiro Tomita, który pracował też nad scenariuszem trzech pierwszych serii Sailor Moon, a zbieżności wykraczają bardzo daleko poza to, co można by nazwać przypadkiem. Praktycznie identyczna jest konstrukcja obu serii. Istnieje jakieś „królestwo ciemności”, którego władczyni wysyła na Ziemię podwładnych, a oni z kolei osobiście lub poprzez służące im demony niższego rzędu starają się zaszkodzić ludziom. Każdy odcinek obowiązkowo musi zawierać taką próbę, a także transformację bohaterek, odpowiednią przemowę i krótką walkę, zakończoną unieszkodliwieniem lub przepędzeniem demona, w której to walce ostateczny atak wyprowadzić musi oczywiście główna bohaterka. Co pewien czas wymieniani są owi wyżej postawieni słudzy mroku, trafieni atakiem, z którego zasięgu nie zdążyli się ewakuować, lub też wykończeni przez własną szefową, zirytowaną brakiem postępów w zleconych im misjach. Szczerze mówiąc, po niewielkim dostosowaniu realiów fabuła spokojnie mogłaby zostać wykorzystana w kolejnej serii Czarodziejki z Księżyca. Widać wyraźnie, że Wedding Peach jest skierowane do określonej grupy widzów – fanów i fanek właśnie Czarodziejki z Księżyca, którzy nie mają nic przeciwko temu, aby dostać „jeszcze raz to samo”, tylko ze zmienionymi bohaterkami. Sądząc po wiecznie zadawanych na łamach naszego serwisu pytaniach, nie jest to wcale zły pomysł – wierzcie lub nie, ale zdumiewająco wielu ludzi po znalezieniu tytułu, który im się podobał, szuka rzeczy możliwie do niego podobnych. Proszę bardzo, oto taki produkt na zamówienie.

Umówmy się: bardzo łatwo byłoby podstawowe założenia fabuły ośmieszyć w recenzji do imentu, ale szczerze powiedziawszy, nie widzę w tym sensu. Krytyka anime z gatunku magical girls za kolorowe transformacje, kiczowatą stylistykę, wzniosłe przemowy o sile miłości oraz świecące jak dyskotekowa kula „ataki” przypominałaby krytykę anime z cyklu Gundam za to, że są tam mechy i jeszcze do tego wojna. Oczywiście, bywają pozycje nietypowe, wyłamujące się ze schematów, i tak dalej, jednak generalnie zasada jest prosta: nie lubisz – nie oglądasz, lubisz – kupujesz to wszystko i nie marudzisz przesadnie. Inna rzecz jednak, że autorzy bardzo wyraźnie poszli po linii najmniejszego oporu. Bohaterki automatycznie zyskują wiedzę o formułkach, które należy wykrzykiwać podczas walki, aby aktywować kolejny atak, po transformacji są magicznie nierozpoznawalne dla otoczenia (zresztą nawet jeśli rzecz dzieje się w biały dzień w środku miasta, nikt postronny nigdy się nie napatoczy – chyba że to ważne dla fabuły), a potrzebne magiczne fanty po prostu w pewnym punkcie spływają im prosto w ręce. Momoko, Hinagiku i Yuri w sumie nie muszą robić nic poza praniem stających przed nimi przeciwników i wierzeniem w siłę miłości, fabuła bowiem jest tak skonstruowana, że odpowiednie zbiegi okoliczności zawsze przepchną akcję we właściwym kierunku. Tak jak pisałam: to wszystko było także w Czarodziejce z Księżyca i trudno traktować to jako poważną wadę – raczej elementy gatunku, dla których w lepszych seriach postarano się znaleźć jakieś mniej lub bardziej pomysłowe wyjaśnienie.

Pod jednym względem jednak Wedding Peach miało szansę stać się serią lepszą od wspominanej już wiele razy Czarodziejki… – i niewykorzystanie tej właśnie szansy liczę jako spory minus. Otóż osoby, które pamiętają przygody wojowniczek w szkolnych mundurkach, pamiętają też zapewne, jak bardzo po macoszemu zostały tam potraktowane wątki romantyczne. Zapewne po to, by nie mnożyć postaci, bohaterki, poza tytułową, żyły w samotności, a ewentualnych kręcących się koło nich panów po jednym odcinku spławiano na drugi koniec świata, żeby nie przeszkadzali. Zawierające zaledwie trzyosobową drużynę Wedding Peach wydawało się zatem pod tym względem znacznie bardziej obiecujące, tym bardziej, że ostatecznie cała tematyka serii skoncentrowana jest właśnie na miłości. Tymczasem cała seria jest, o dziwo, po prostu letnia emocjonalnie. Zacznijmy jednak od najdalszego planu. Biorąc pod uwagę epizodyczny charakter fabuły oraz konieczność zmieszczenia w odcinku także życia bohaterek, transformacji i walki, na zbudowanie przekonującego obrazu występujących gościnnie postaci po prostu nie starcza miejsca. Chociaż zawsze są tu jakieś osoby, które „kochają” (może to być nie tylko uczucie romantyczne, ale też rodzicielskie, przyjaźń albo po prostu pasja do czegoś), dowiadujemy się za mało, żeby coś powiedzieć poza tym, że to ładnie z ich strony. Czasem prowadzi to do zabawnych efektów, jak w odcinku o nagle upasionej smukłej piękności, w którym twórcy w ostatniej chwili zorientowali się, że jej chłopak wychodzi na ostatniego gnojka i wepchnęli pospiesznie w dialog bohaterek jakieś „usprawiedliwiające” go zdanie. Nie będzie wielkim zaskoczeniem, jeśli napiszę, że wszystkie trzy bohaterki znajdą swoje drugie połówki. Problem jednak polega na tym, że miłość najwyraźniej trafia zainteresowanych jak szlag nadciśnieniowca w upalny dzień – niespodziewanie i bez czynności wstępnych. W jednym przypadku opiera się na klasycznych wspomnieniach z przeszłego wcielenia, w drugim (i bardziej rażącym) dotyczy osobnika, który przez dłuższy czas aktywnie uganiał się za inną panią, a zmianę obiektu uczuć tłumaczyłoby tylko to, że w międzyczasie reżyser zaciągnął go za węgieł i sprał scenariuszem po głowie. Jeśli więc chodzi o dynamikę owego najbardziej smakowitego elementu fabuły – pokazywania rodzącego się uczucia – jedynym dobrym porównaniem jest stareńka kreskówka z cyklu Looney Tunes, w której obłąkańczo chichoczący Amor pakował strzały we wszystko, co popadło, łącząc w ten sposób absurdalnie niedobrane pary.

Teoretycznie najlepiej przedstawia się sprawa z główną parą – pewnie, motyw „ja go/jej nie znoszę, nie wmawiajcie mi, że jest inaczej!” to rzecz oklepana, ale jednak nieźle się sprawdzająca w praktyce. Ta relacja przyjemnie iskrzy… Przynajmniej do momentu, w którym autorzy orientują się, że zapchali się za daleko jak na tak wczesny etap fabuły i fundują związkowi wymuszony „restart”, po którym całość ślimaczy się, drepcząc w miejscu i starając tym razem nie wyjść za daleko przed finałową orkiestrę. Tu jednak muszę wyrazić całkowicie niezłośliwe, najgłębsze zdumienie dla zaprezentowanej w tej serii wizji „Wielkiej Miłości”. Dobra, od razu uprzedzam: nie mówimy o realizmie. Wiem, jak wyglądają romanse dla nastolatek i wiem, jak wygląda gatunek shoujo, dziękuję. Co więcej – lubię od czasu do czasu właśnie takie, bajkowe i nierealne, historie. Natomiast w tej serii, mającej wyraźnie stanowić czysty i stężony destylat dziewczęcych fantazji, wizja „żyli długo i szczęśliwie” obejmuje wyłącznie obrazek kurki domowej, czekającej na męża z obiadkiem i rozpływającej się, gdy usłyszy komplement. Jakakolwiek wspólność zainteresowań, działań, dążeń, wyraźnie nie są wymagane. Miłość zastąpi wszystko inne, a prawdziwa miłość (jak wynika z poprzedniego akapitu) to rzecz całkowicie irracjonalna, rodzaj loteryjki – na kogo wypadnie, na tego bęc. A zatem w przyszłości idealna kwoczka. A teraz? Jak się okazuje, ukochany mężczyzna to chyba rodzaj pluszowego misia, albo może uroczego kucyka. Można temu mówić, że się kocha nad życie, zabrać na spacer, poszpanować przed przyjaciółkami, założyć własnoręcznie zrobioną uzdę… znaczy, przepraszam – szaliczek. Nie można natomiast, po prostu nie wypada, rozmawiać z nim szczerze, dzielić się problemami czy generalnie robić czegokolwiek, co mogłoby go zmartwić. Ja wiem, że w tle pobrzmiewa tu typowo japońskie podejście, że obciążanie innych w jakikolwiek sposób swoją osobą jest przejawem złego wychowania. Jednakże dla widza zachodniego taki pozbawiony zaufania dystans w stosunku do osoby, na której ponoć tak nam zależy, kiepsko wróży „prawdziwości” uczucia łączącego poszczególne pary. Widać to szczególnie w związkach Yuri i Hinagiku, w przypadku Momoko pod sam koniec sytuacja wygląda trochę lepiej. Inna rzecz, że na miejscu wybranka głównej bohaterki zwiałabym, gdzie pieprz rośnie. Skoro panna z czystej miłości i dla jego dobra funduje mu pranie mózgu, to wolę nie wiedzieć, co zrobi, jeśli pewnego dnia się na niego zirytuje…

Właściwie powyższe akapity zawierają prawie wszystko, co należy wiedzieć o bohaterach. Tu dodać można tylko, że całemu podstawowemu zestawowi dość wyraźnie brakuje osobowości. Nie po raz pierwszy zresztą popełniony zostaje błąd, polegający na tym, że w imię stworzenia zróżnicowanej „drużyny” jako najlepsze przyjaciółki prezentuje się osoby, które w rzeczywistości nie miałyby o czym rozmawiać. W efekcie Yuri i Hinagiku, choć obecne niemal cały czas na ekranie, wypadają dość blado, a różnice osobowości ograniczane są właściwie wyłącznie do sposobu mówienia. Nie pomaga im także to, że w centrum wydarzeń zawsze musi znajdować się Momoko – widać wyraźnie, że niektóre wątki wypadłyby lepiej, gdyby po prostu przypisać je do jednej z jej przyjaciółek. Tytułowa Brzoskwinka jest bardzo typową bohaterką – na plus należy zapisać, że chociaż po trosze należy do gatunku „optymistycznych niezdar”, nie sprawia przynajmniej wrażenia opóźnionej w rozwoju histeryczki. Powiedziałabym wręcz, że jest postacią udaną – jeśli kogoś drażni ten typ, prawdopodobnie i tak nie dotknie nawet serii z podobnego gatunku – natomiast właśnie ograniczenie trochę jej roli mogłoby, paradoksalnie, uczynić ją ciekawszą osobowością, ponieważ w ramy jednego dziewczątka wepchnięto trochę za dużo elementów. Najsłabiej wypada chyba czwarta anielica, której próbowano nadać jakiś charakter, ale która przede wszystkim sprawia wrażenie wepchniętej w fabułę tylko z konieczności, żeby zagospodarować jakoś czwarty magiczny artefakt. Pokazani panowie natomiast mają jedną cechę wspólną – są śmiertelnie nudni. Pół biedy Yousuke, którego ratuje trochę żywy charakter. Chodzący męski ideał, Yanagiba, jest pokazany jako typ sztywny, nudny i w gruncie rzeczy koszmarnie ograniczony. Jego atrakcyjność dla bohaterek potwierdza tezę o kucyku: ładny jest i umie ładnie kłusować (za piłką). O dalszych postaciach nie warto się rozpisywać – z reguły są dokładnie takie, jakie wydają się na pierwszy rzut oka. Jak zwykle trochę barwniejszych osobowości pojawia się wśród podwładnych Raindevili, jednak „śmiertelność” jest spora i mało kogo mamy szansę obserwować dłużej niż przez kilka odcinków.

Cóż można napisać o grafice… Za wygląd postaci odpowiada ta sama osoba, która projektowała bohaterki dwóch pierwszych serii Czarodziejki z Księżyca. Dziewczęta są śliczne, wielkookie, smukłe i… jednakowe, w większości ujęć, kiedy stoją koło siebie, widać, że różnią się tylko kolorystyką i fryzurą. Podobnie mało wyraziste są projekty panów, których w nietypowym oświetleniu naprawdę trudno odróżnić, jeśli nie mają jakichś cech charakterystycznych. Każda bohaterka ma dwa zestawy kostiumów – twórcy wpadli na to, że w typowej ślubnej kiecce, jaką panny noszą po transformacji, poruszanie się jest mało komfortowe. Jako środek zaradczy zaproponowali drugą transformację, tym razem już w typowe krótkie sukieneczki z ozdobnymi metalowymi napierśnikami i naramiennikami – innymi słowy, klasyczny strój magical girls. Sprawia to, że – jeśli mamy pecha – w odcinku dostajemy dwie przydługie sekwencje transformacji, czasem ograniczane do jednej lub inaczej skracane, ale jednak wymagające przewijania (czas trwania: powyżej minuty). Jeśli dołożymy do tego identyczne sekwencje ataków, których zresztą bohaterki mają chyba po dwa na krzyż, okaże się, że dobre pięć minut odcinka potrafi stanowić animacja wielokrotnego użytku – błogosławiony sposób na ochronę cennego budżetu. Szumnie nazwane „anioły” i „demony” nie są szczególnie pomysłowe. Mieszkańcy świata anielskiego nie mają skrzydeł ani innych ozdób, umaszczeni są w barwach pastelowych, a ubierają się w odległą wariację na temat greckich tunik. W porównaniu z nimi demony mają mniej landrynkową kolorystykę, obowiązkowe kolorowe „tatuaże” (zwykle na twarzy) oraz zbrojopodobne stroje, zazwyczaj zawierające jakieś kolce. Demony podrzędne to standardowe wariacje na temat sprzętów, duchów z folkloru oraz koszmarów sennych po przejedzeniu. Wszystkie trzy światy cierpią na poważny niedobór populacji, objawiający się kompletnie pozbawionymi istot żywych, nieruchomymi tłami, wykorzystywanymi oczywiście wielokrotnie. Żeby nie pastwić się zupełnie powiem jednak, że rysunek postaci jest poprawny i udało się uniknąć jakichś groteskowych deformacji w ruchu czy przy oddaleniu kamery. W ścieżce dźwiękowej dominują niestety wariacje na temat obu czołówek. Dobrze, przyznaję, że mimo przesłodzenia są to całkiem udane piosenki (szczególnie druga, Wedding Wars -Ai wa honoo-), ale jednak częstotliwość ich odtwarzania może się w pewnym momencie zrobić męcząca.

Jeśli ktoś szuka serii, która przekona go do gatunku magical girls, wybranie tej pozycji będzie skokiem na głęboką wodę bez koła ratunkowego. Jest spora szansa, że przytopi się w powodzi różu, brylancików i fal miłości, po czym wypłynie z trudem, puszczając banieczki nosem i przysięgając sobie, że nigdy więcej. Jak pisałam wcześniej, Wedding Peach w pierwszym rzędzie jest przeznaczona dla nienasyconych fanek (i fanów) Czarodziejki z Księżyca, niemających nic przeciwko temu, żeby dostać coś niezwykle podobnego. Takie osoby mają odpowiednią cierpliwość do epizodycznej fabuły oraz tolerancję na lukier i przemowy, więc wszelkie ostrzeżenia nie są im potrzebne. Muszę jednak uprzedzić, że w porównaniu do tamtej serii Wedding Peach jest dość mocno ugrzecznione – nie ma tu praktycznie krwi ani zakazanych miłości, a bohaterki w większości przypadków radzą sobie z kolejnymi wyzwaniami bez większych problemów i bez strat własnych (nie ma motywu, że w absolutnie każdej potyczce przed zwycięstwem muszą zostać prawie pokonane i dogorywać na ziemi). Z tego powodu jest to dość bezpieczna seria dla młodszego damskiego pokolenia – najlepiej w tym wieku, kiedy właśnie wyrastają z zabawy Barbie, a jeszcze nie dorwały się do arcydzieł literatury pokroju Zmierzchu.

Avellana, 6 czerwca 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: KSS, OLM
Autor: Nao Yazawa, Sukehiro Tomita
Projekt: Kazuko Tadano
Reżyser: Kunihiko Yuyama
Scenariusz: Hideki Sonoda, Kenji Terada, Sukehiro Tomita, Yukiyoshi Oohashi
Muzyka: Hiroyuki Kouzu, Tomoki Hasegawa