Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 3/10 grafika: 5/10
fabuła: 3/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

brak

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Mirai Keisatsu Urashiman

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 1983
Czas trwania: 52×23 min
Tytuły alternatywne:
  • Future Police Urashiman
  • 未来警察ウラシマン
zrzutka

Futurystyczna opowieść o dzielnej policji mierzącej się z groźną mafią. Niestety beznadziejnie przestarzała.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Burzowa noc, rok 1983. Młody chłopak ucieka skradzionym samochodem przed policją. Uważa, że jest niewinny, ale nic nie wskazuje na to, by miał szansę to wyjaśnić. Na wirażu wiaduktu auto wpada w poślizg, przebija barierkę… I nie, to nie koniec, a dopiero początek opowieści. Oto bowiem nasz bohater wraz z samochodem (i towarzyszącym mu tłustym kotem) przez uskok czasowy wpada w rok 2050, trafiając do Neo­‑Tokio. Ocalenie życia przypłaca jednak całkowitą amnezją, a ponieważ na wstępie zderza się z patrolowym wozem młodego funkcjonariusza drogówki, jego lądowanie w nowej rzeczywistości trudno uznać za miękkie. Ale oto jest ktoś, kto zamierza przyjąć go z otwartymi ramionami – szef potężnego syndykatu zbrodni, Necrime, zwany odpowiednio do swej funkcji Führerem, uważa, iż przybysz z przeszłości zyskał w trakcie podróży w czasie supermoce. Jednakże nasz bohater utracił może wspomnienia, ale nie zdolność odróżniania dobra od zła, odrzuca zatem bez wahania ofertę dołączenia do Necrime. Przyjmuje za to inną: inspektor Gondo z neotokijskiej policji również wydaje się mieć jakieś podstawy, by wierzyć w owe supermoce (których istnienia na razie obserwować się nie da) i czyni z chłopaka filar Jednostki 38, powołanej specjalnie do walki z Necrime. Oprócz niego w skład grupy wejdzie jeszcze wspomniany wyżej młody policjant, Claude Mizusawa, a także zaplątana w wydarzenia przypadkiem była zakonnica, Sophie. Nasz bohater otrzymuje nowe imię – Ryuu Urashima – i nową szansę od losu. Jak ją wykorzysta?

Istnieje wiele powodów, dla których pewna grupa widzów chętnie sięga po stare serie. Odporni na archaiczną grafikę, doceniają fabułę, często trochę naiwną, ale prowadzoną w sposób niespotykany we współczesnych produkcjach, a przy tym nieraz zaskakującą ciekawymi i również zapomnianymi dzisiaj wizjami. Jednak problem polega na tym, że oprócz owych pereł, w lamusie japońskiej animacji nie brakuje tytułów, o których zapomniano, bo ich czas po prostu przeminął. Bardzo dobrym przykładem takiego tytułu jest właśnie Mirai Keisatsu Urashiman, niegdyś zapewne przyzwoita seria rozrywkowa, zawierająca jednak przede wszystkim te elementy, które zestarzały się źle lub bardzo źle.

Scenariuszowi i pokazanemu światu brakuje logiki i spójności na najbardziej podstawowym poziomie. To nie problem polegający na tym, że fabuła jest „głupia” lub „naiwna”. Tu po prostu wydarzenia łączą się ze sobą wyłącznie dlatego, że tak zaplanowali twórcy, trudno nawet napisać, że „prowadzą do czegoś” – po prostu po ciągu scen następuje jakaś konkluzja, zwykle bardzo przewidywalna. Nie wysilono się nawet, żeby chociaż najbardziej odlegle uzasadnić, czemu istnienie Jednostki 38 jest tak ważne i czemu jest to chyba jedyna jednostka policyjna w Neo­‑Tokyo (inni policjanci to wyraźnie przypadkowo złapani statyści, których rola – jeśli w ogóle się pojawiają – polega na staniu i czekaniu, aż ktoś ich zastrzeli). „Walka z Necrime” to doraźna zabawa w kotka i myszkę, prowadzona z jednej strony przez bohaterów, a z drugiej – przez „numer 2” w Necrime, niejakiego von Ludovicha, wspieranego przez dwójkę współpracowników i doborową grupę uderzeniową. Wszystkie wyjaśnienia dotyczące Ryuu po prostu pojawiają się w losowych miejscach, a spora ich część nie pojawia się w ogóle (na przykład – skąd inspektor Gondo w ogóle coś o nim wiedział). Podobnie niespójni są bohaterowie, przede wszystkim dlatego, że nie wiemy o nich od początku do końca praktycznie nic. W przypadku Ryuu uzasadnia to amnezja, ale w równym stopniu dotyczy to niestety pozostałych. Na tym tle pozytywnie wyróżnia się tylko Ludovich, jako jedyny obdarzony jakąś przeszłością i motywacją działania (już mniejsza o to, że naiwnymi – ale zawsze), a także, do pewnego stopnia, sam Führer. Nawet w ich przypadku jednak więcej jest znaków zapytania niż czegokolwiek innego.

Wystarczy obejrzeć pierwszy odcinek lub dwa, żeby zrozumieć, co chcę przekazać: to anime bardzo wyraźnie wzoruje się na seriach amerykańskich, pokazując kompletnie wyjęte z jakiegokolwiek kontekstu postaci w równie wyrwanych z kontekstu, doraźnie potrzebnych kawałkach rzeczywistości, nie składających się w spójny obraz (przy całej niewłaściwości porównania, mniej więcej coś takiego, jak w – powiedzmy – Scooby­‑Doo). Oczywiście nie musi to być koniecznie uważane za wadę – przypuszczam, że dla części widzów na tym między innymi polega „staroświecki urok”. Jednak w moim przypadku odwrót od animacji amerykańskiej do japońskiej nastąpił w dużej mierze dlatego, że wolałam świat przynajmniej częściowo spójny (niechby i dziurawy) od losowo zgromadzonych historyjek, zebranych w serię. Początkowo przypuszczałam też, że owe tajemnicze supermoce bohatera, które rozmaitymi mniej lub bardziej drastycznymi sposobami stara się obudzić jego otoczenie, to po prostu główny gag serii. Niestety okazało się, że po prostu chowano je na wielki finał…

Grafika także nie oferuje niczego nadzwyczajnego. Na samym początku serii byłam skłonna przyznać dodatkowe punkty za ładną wizję Neo­‑Tokyo, jednak później przekonałam się, że te same plansze są wykorzystywane w całej serii, a co więcej – składają się z kilku fajnych pomysłów, zebranych bez zastanowienia i większego sensu w jednym miejscu. Co więcej, na świecie miał chyba miejsce jakiś kataklizm, bo pejzaże poza miastem są zwykle niemal pustynne, a i w centrum metropolii niemal nie ma życia. Projekty postaci ratuje to, że w sumie pojawia się ich niewiele – kształt i rysy twarzy potrafią się zmieniać ze sceny na scenę. Zaletą starych serii jest oczywiście brak przesłodzonych i udziecinnionych dziuń – tu jednak wszystkie panie, jak leci, są po prostu nieatrakcyjne z wyglądu, a towarzysząca Ludovichowi femme fatale Mylene wygląda po prostu jak transwestyta. Podkład muzyczny może wprawić w dobry humor – otwierające i zamykające odcinek piosenki, a także utwory wokalne stanowiące podkład pod akcję, to przykłady tego, z czego nabijano się w setkach parodii. Innymi słowy: dziarskie i optymistyczne piosenki sławiące bohatera, broń jego i jego samochód, lub też – w odpowiednim przypadku – piętnujące podłość i podstępność jego przeciwników. Nie trzeba nawet rozumieć słów, żeby zauważyć, że muszą one być skrajnie idiotyczne. O ile jednak może to przez jakiś czas bawić, w końcu staje się męczące, tym bardziej, że seria ma 52 odcinki, a zestaw jest mocno ograniczony.

W tym anime można oczywiście znaleźć trochę udanych odcinków, kilka zgrabnych zwrotów fabuły i garść niezłych żartów oraz gagów. Niestety jednak rozpatrywane jako całość jest ono przede wszystkim nudne, poszczególne odcinki opierają się na dość podobnym schemacie, a całość nie tworzy spójnej wizji świata, która mogłaby zainteresować widza. Jeśli komuś akurat te wady nie przeszkadzają (i jeśli lubi stare serie), może oczywiście spojrzeć na tę produkcję, a jest szansa, że będzie się nieźle bawił. Dla mnie jest to przykład anime, które w chwili swojego powstania zasługiwało zapewne na jakieś 6­‑7 punktów jako przyzwoita, choć nierewelacyjna, propozycja rozrywkowa. Dzisiaj niestety jego ocena musi zostać odpowiednio obniżona.

Avellana, 9 sierpnia 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Tatsunoko Productions
Autor: Hirohisa Soda
Projekt: Takashi Nakamura
Reżyser: Seiji Okuda
Scenariusz: Haruya Yamazaki, Hirohisa Soda, Sukehiro Tomita
Muzyka: Shinsuke Kazato