Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 9/10 grafika: 10/10
fabuła: 7/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 26 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,96

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 1182
Średnia: 8,01
σ=1,52

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (IKa)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Soul Eater

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 51×25 min
Tytuły alternatywne:
  • ソウルイーター
Tytuły powiązane:
Widownia: Shounen; Postaci: Nauczyciele, Shinigami, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Świat alternatywny
zrzutka

Typowa seria shounen w nietypowej oprawie. Rzecz zdecydowanie nie tylko dla miłośników gatunku.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Witamy w świecie Soul Eatera. Świecie na pozór podobnym do naszego, w którym ludzka dusza przyjmuje postać materialną, gdzie wiedźmy knują przeciwko porządkowi świata, a po ulicach miast nocami przemykają demony mordujące niewinnych ludzi. Na szczęście ani wiedźmy, ani demony nie są bezkarne – są one tępione przez wyszkolonych absolwentów i wychowanków szkoły Shibusen. Ta powszechnie znana (i przez niektórych znienawidzona) placówka oświatowa z siedzibą w Death City (położenie: pustynia Nevada, Stany Zjednoczone – o dziwo, nie Japonia) została założona przez boga śmierci, Shinigami, aby uniemożliwić powrót Asury – boga­‑demona (kishina), którego pojawienie się przyniosło dawno temu śmierć i zniszczenie. A że jednym ze sposobów na jego ponowne obudzenie jest pożarcie (i to dosłowne) odpowiedniej ilości niewinnych ludzkich dusz i transformacja w tzw. jajo kishina (kishin no tamago), uczniowie Shibusenu, działający zwykle w parach, mają pełne ręce roboty, bo i chętnych do zmiany porządku świata i przywołania kolejnej fali terroru i szaleństwa nie brakuje…

Głównymi bohaterami Soul Eatera są właśnie uczniowie wspomnianej wyżej szkoły: obowiązkowa i sumienna Maka Albarn i jej partner Soul Evans (tytułowy Soul Eater), sprawiający początkowo wrażenie zbuntowanego i cynicznego nastolatka; narwany Black Star z manią udowadniania wszem i wobec, że pokona wszystkich i wszystko, łącznie z bogami, oraz jego partnerka – cicha i spokojna Tsubaki Nakatsukasa, przyjmująca ze stoickim spokojem wszystkie wybryki Stara; w końcu Death the Kid – osobnik z obsesją na tle symetrii, która to obsesja wyjątkowo utrudnia życie otoczeniu (zwykle taką przypadłość określa się terminem „nerwica natręctw”) i towarzyszące mu siostry Patricia „Patti” i Elizabeth „Liz” Thompson. Ich współpraca oparta jest na obopólnym zaufaniu i ma podłoże czysto praktyczne. Jak powszechnie wiadomo, aby walczyć z demonami i wiedźmami, należy mieć porządną broń i umieć się nią biegle posługiwać. Dla Maki i Black Stara szkolących się w Shibusenie do roli mistrza (shokunina) takimi broniami są Soul, który w formie bojowej przyjmuje postać sporej kosy, i Tsubaki, mająca zdolność przemiany w kilka rodzajów broni używanych przez ninja (że nie wspomnę o siostrach Thompson, w razie potrzeby zmieniających się w pistolety). Tak się bowiem składa, że w świecie Soul Eatera żyją tzw. „bronie” – ludzie, którzy mają zdolność zmiany w prawdziwy, śmiercionośny oręż: kosę, pistolet, młot, podręczny miotacz ognia, katanę, czy co tam może za broń posłużyć. Z pozoru nie ma w nich nic nadzwyczajnego, wyglądają i zachowują się jak ludzie. Mając jednak tę nietypową zdolność przemiany, jeśli przejdą odpowiednie przeszkolenie, tworzą niepokonany (zwykle) duet ze swoim ludzkim partnerem. Co więcej, każda broń ma możliwość awansowania na wyższy poziom mocy i stania się Death Scythe, którym może się posłużyć w walce sam Shinigami. By się jednak tak stało, musi być spełniony jeden warunek – para mistrz­‑broń powinna zebrać dziewięćdziesiąt dziewięć złych ludzkich dusz i jedną duszę wiedźmy. Nie jest to jednak takie proste, na jakie wygląda, zwłaszcza że kara za błędne wykonanie ostatniej części jest nadzwyczaj przewrotna, a same wiedźmy są bardzo potężne (w większości) i przebiegłe (niektóre z nich nawet bardziej niż inne).

Bardzo spodobał mi się sposób przedstawienia postaci, a zwłaszcza relacji między nimi. Ich stosunek do siebie nawzajem jest pięknym przykładem umiejętności współpracy z drugą osobą, przyjaźni i zaufania do partnera, mimo czasem naprawdę irytujących wybryków co poniektórych osobników, zasługujących w takim wypadku jedynie na porządne zdzielenie najbliższym ciężkim przedmiotem, znajdującym się pod ręką. Co więcej, z powodu sposobu, w jaki współdziała mistrz z bronią, polegającym praktycznie na „scaleniu się” z duszą partnera, wszelkie nieporozumienia, niesnaski czy konflikty muszą być rozwiązane i wyjaśnione w trybie praktycznie natychmiastowym. Ocala to widza przed długimi minutami wypełnionymi bezproduktywnym użalaniem się bohatera nad sobą, światem i życiem w ogóle. Nie zapomniano także o takim drobnym szczególe, jak rozwój postaci. W miarę postępów fabuły, wprowadzania kolejnych wątków i wydarzeń, okazuje się, że to wszystko ma wpływ na bohaterów, na ich zachowanie, na ich interakcje z otoczeniem. I wtedy nawet najbardziej irytująca postać, czy nawet ta wyglądająca na całkiem nieszkodliwą pokazuje coś więcej, niż na początku się mogłoby wydawać. Zdaję sobie sprawę, iż niektórzy mogą sądzić, że ocena postaci jest tu zawyżona. Jednakże, przynajmniej w moim odczuciu, jest ona adekwatna do sposobu, w jaki zostały one skonstruowane, przedstawione, ze wszystkimi swoimi wadami, zaletami i puszczaniem oczka „ciekawe, czy zauważy nawiązanie” do widza.

Seria Soul Eater jest ekranizacją mangi pod tym samym tytułem, autorstwa Atsushiego Ookubo. Jako że tytuł nadal jest wydawany, a historia w nim zawarta jeszcze się nie zakończyła, twórcy anime postanowili do swych celów wykorzystać pierwsze kilkanaście rozdziałów mangi, tworząc w miarę wierną (przynajmniej początkowo) i zamkniętą w 51 odcinkach opowieść. Czy im się to udało zrobić dobrze? Z całą pewnością tak. Fabuła jako taka nie jest wprawdzie odkrywcza i powiela większość typowych schematów spotykanych w seriach shounen – walka ze złem, nabywanie nowych umiejętności przez bohaterów, awansowanie na wyższy poziom wiedzy, czy też mocy, podejmowanie trudnych wyborów oraz obowiązkowa konfrontacja ze starymi przeciwnikami. Jednak umiejętne powiązanie ze sobą elementów akcji, humoru, grozy i groteski, ozdobione charakterystyczną grafiką i przyprawione smakowitymi nawiązaniami do europejskiej kultury, dało w efekcie mieszankę, która, jak przypuszczam, przyciągnie przed ekrany większość fanów gatunku, a także tych, którzy dotychczas na shouneny spoglądali niezbyt życzliwym okiem. Przede wszystkim należy wspomnieć o jednym szczególe – główny wątek fabularny nie rozpoczyna się od razu. Początkowe odcinki mają charakter epizodyczny, widz zapoznaje się w nich ze światem Soul Eatera oraz jego bohaterami (każdy zespół dostaje własny odcinek­‑wizytówkę). Stopniowo wprowadzane są także postaci istotne dla późniejszej fabuły: poznajemy więc między innymi szalonego naukowca, dr. Frankena Steina (tak, słusznie się kojarzy), Death Scythe’a (nazywanego także Spiritem) – aktualną broń Shinigamiego i jednocześnie… tatusia Maki, seksowną Blair, która pojawia się w najmniej oczekiwanych momentach, oraz personel medyczny Shibusenu w osobie Meduzy. A, zapomniałabym. Jest jeszcze jedna postać, pełniąca w serii funkcję podobno komediową – Excalibur. Ale tak jak kotlet odgrzewany kilka razy traci swój smak, tak te kilka nad wyraz irytujących spotkań z nim w trakcie serii zrzuciło go z pierwotnej pozycji elementu absurdalnego do granic możliwości, i tym samym śmiesznego, do najbardziej irytującej postaci. Naprawdę zaczęłam się zastanawiać pod koniec, czy Takehito Koyasu (seiyuu Excalibura) wie, co robi… Na szczęście w większości przypadków twórcom udało się nie przeszarżować i nie przesadzać z pewnym typem humoru, który zaserwowany w nadmiarze jest ździebko niestrawny (przynajmniej dla mnie). Tak, miejscami jest on dosadny i typowy (puszczanie krwi z nosa), fanserwisowy (duszenie biustem, podglądanie w kąpieli), slapstikowy (ktoś czymś obrywa, ktoś czegoś nie złapie) i co tam jeszcze można wymyślić. Jednak dzięki zgrabnemu połączeniu scen poważniejszych z komediowymi nie miałam wrażenia, że cały ten humor jest wpychany na siłę, tylko po to, żeby był i żeby widz się ubawił po pachy. Jak już wspomniałam wcześniej, fabuła powiela schematy typowej serii shounen, ale w żadnym razie nie jest to zarzut. Twórcom udało się stworzyć z wybranego z mangi materiału naprawdę interesującą historię, przyciągającą widza, czasem wzruszającą, czasem przerażającą i trzymającą w napięciu do… no właśnie. Jednak nie do ostatniej chwili. Tu mam największy żal do scenarzystów, którzy zmarnowali wielki potencjał i szansę na wyłamanie się ze schematu, i jednak poszli po linii najmniejszego oporu. Wprawdzie było w zakończeniu kilka scen, które chwytały za serce, przy których robiło się cieplej w środku i troszkę obgryzało się paznokcie, jednak naprawdę można by ładnie zamknąć przedstawioną historię w trochę inny sposób. Jednak mimo to uważam, że fabuła pod względem konstrukcji, stopniowania napięcia i połączenia powagi z lżejszą tematyką, jest jedną z lepszych, jakie spotkałam.

Na dobry odbiór tej serii miał wpływ jeszcze jeden czynnik – grafika. I tu przypominam co poniektórym widzom, że pod tym pojęciem kryje się nie tylko wygląd bohaterów. To także bogactwo, zróżnicowanie i pomysłowość tła, opracowanie sekwencji walk, sposób poruszania się postaci, czy też wykorzystanie dalszych planów. A pod tym względem Soul Eater stoi na naprawdę wysokim poziomie. Spotkałam się wprawdzie z opiniami, że kreska wcale nie jest taka, jaka powinna być w anime, jest paskudna, nie do zniesienia, pokraczna, kanciasta i w ogóle fuj. Mnie od pierwszych minut grafika przywodziła raczej na myśl surrealistyczne projekty Tima Burtona czy też europejską szkołę komiksu. Zgadzam się, że bohaterom daleko do typowych dla współczesnych anime ideałów piękna, a ich wygląd jest prawie dokładnym odwzorowaniem tego, co znajdziemy w mandze. Jednak na tle stada innych serii, z prawie identycznymi bohaterami, różniącymi się często tylko kolorem włosów, to właśnie wyróżnia Soul Eatera na korzyść. Postaci są rysowane zdecydowaną, mocną kreską (miejscami bardzo szczegółową), czasem nawet w formie przypominającej kadr wyjęty żywcem z mangi, bez dokładnego cieniowania włosów, oczu, czy też wręcz ograniczając się do białego zarysu. Często stosowany jest zabieg deformowania postaci (zwykle w momentach komediowych), jednak nie są to typowe, wielkookie SD­‑czki, przypominają raczej prześmiewcze karykatury zamieszczane w gazetach. A co najważniejsze, posiadają one element zaginiony w pomroce dziejów – mimikę, dzięki której postacie nabierają czegoś, co się nazywa charakterem – element też rzadko występujący w ostatnich produkcjach. Postacie planów dalszych – inni uczniowie szkoły, czy też „przypadkowy tłum” traktowani są jako element tła i często ich pojawienie ogranicza się do zarysu sylwetki, co w połączeniu z często psychodelicznymi ujęciami daje interesujący, komiksowy efekt. O walkach muszę natomiast powiedzieć jedno – dawno nie oglądałam serii z tak dopracowanymi scenami tego rodzaju, z różnorodnymi i dynamicznymi ujęciami kamery, praktycznie bez stopklatek, czy też powtarzanych dla oszczędności sekwencji. Animatorom udało się doskonale pokazać współpracę pomiędzy postaciami i przekazać emocje towarzyszące starciom. Obrazu dopełniają tła przedstawiające miasta, w których aktualnie znajdują się bohaterowie, w niepokojących, szczegółowych ujęciach ukazanych z różnej perspektywy, oraz przedstawienie miejsc znajdujących się na innej płaszczyźnie rzeczywistości – szczególnej uwadze polecam dwa, które najbardziej zapadły mi w pamięć: wewnętrzny świat Tsubaki i czerwony pokój Soula.

Bez wątpienia dobrym posunięciem ze strony twórców anime było zatrudnienie do ról głównych bohaterów początkujących seiyuu. Ani Chiaki Omigawa (Maka), ani Kouki Uchiyama (Soul) nie mają na koncie znaczących kreacji, z którymi można by ich identyfikować. Przypuszczam, że to także było powodem, dla którego w początkowej fazie emisji serii można było usłyszeć wiele krytycznych głosów chociażby pod adresem seiyuu Maki, której po prostu zarzucano, że… nie jest jedną ze sztandarowych aktorek odgrywających zwykle role tsundere! Niestety, wielu krytyków zapominało o dosyć istotnym szczególe – w przypadku seiyuu, który praktycznie jest „przypisany” do jednego typu odgrywanych postaci, jego głos jest rozpoznawany praktycznie natychmiast i natychmiast też kojarzony z rolami poprzednimi, zwykle bardzo charakterystycznymi. To w przypadku serii, w której bohaterka typową tsundere zdecydowanie nie jest, byłoby sporym problemem, a dzięki świeżemu, młodemu głosowi Chiaki Omigawy postać Maki nabrała większej wiarygodności. Bardzo dobrze spisali się także Kouki Uchiyama, odtwórca roli Soula, oraz Yuuya Uchida, użyczający głosu Steinowi – mimo niewielkiego dorobku obaj panowie doskonale oddali charakter granych postaci – pozostaje mieć nadzieję, że to dopiero początek ich kariery i usłyszymy ich też w innych rolach. Wyrobione ucho wyłapie również znane szerszemu gronu widzów nazwiska seiyuu zatrudnionych przy tej produkcji. Przede wszystkim pojawia się tu Mamoru Miyano w roli Kida (przyznam, że pasuje jak nikt inny), Houko Kuwashima (m.in. Flay Allster w Mobile Suit Gundam Seed i Tomoyo z serii Clannad) jako Medusa oraz Maaya Sakamoto (Haruhi Fujioka w Ouran Koukou Host Club i Ciel w Kuroshitsuji) w roli Chrony, a także Touru Ookawa (Death Scythe), użyczający głosu m.in. Royowi Mustangowi (Fullmetal Alchemist) i Saito (Ghost in the Shell). Osobne słowo należy się ścieżce dźwiękowej Soul Eatera – podkład muzyczny jest różnorodny i dobrze dopasowany do wydarzeń rozgrywających się na ekranie, począwszy od zalatującego dalekim wschodem plumkania, przez niepokojące jazzujące kawałki słyszane w trakcie walk, po tchnące szaleństwem, szarpane melodie wygrywane na fortepianie. Mamy także okazję usłyszeć dwa dynamiczne openingi – resonance, wykonywany przez T.M. Revolution, oraz jego następcę, który pojawia się od 31. odcinka – PAPERMOON, wykonywany przez Tommy heavenly6 – a także aż cztery endingi, m.in. bardzo… żywiołowy, łomocący i zdecydowanie nie w moim ulubionym typie muzycznym I Wanna Be autorstwa STANCE PUNKS, spokojny i bardzo optymistyczny Style, wykonywany przez Kanę Nishino, lekko rapujący i zdecydowanie mój ulubiony Bakusou Yumeuta, wykonywany przez Diggy­‑MO, oraz nawet niezły popowy kawałek STRENGTH, śpiewany przez Abingdon Boys School, którego wokalistą jest T.M. Revolution, czyli Takanori Nishikawa.

Zastanawiałam się, komu Soul Eatera mogłabym polecić. Na pewno tym, którzy czytali mangę, choć mogą oni być nieusatysfakcjonowani zakończeniem – niestety, taka przypadłość ekranizacji niezakończonych utworów, że anime w pewnym momencie albo się kończy w ten czy inny sposób, albo wpada na mielizny odcinków „wypełniaczowych”, zajmujących tylko miejsce w oczekiwaniu na kolejny rozdział mangi. Polecić serię mogę także tym, którzy lubią shouneny lub szukają dobrej rozrywki na dłuższą metę – odpowiednia proporcja walk, humoru, fanserwisu, a także elementów bardziej poważnych powinna ich usatysfakcjonować. Ci, którzy lubią wyszukiwać w anime różne „smaczki” i nawiązania do naszej, zachodniej kultury także nie powinni się czuć zawiedzeni – odniesienia zamieszczone przez autora w mandze zostały umiejętnie przeniesione na ekran i dodatkowo wzbogacone o to, co da się pokazać za pomocą ruchu. Nie polecam serii jedynie tym, którzy mają alergię na niesztampową, prawie eksperymentalną kreskę i tolerują jedynie typowe, śliczne, wielkookie panienki lub przystojnych panów – w tym przypadku Soul Eater zdecydowanie leży poza granicami ich zainteresowań.

IKa, 23 sierpnia 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: BONES
Autor: Atsushi Ookubo
Projekt: Yoshiyuki Itou
Reżyser: Takuya Igarashi
Scenariusz: Akatsuki Yamatoya
Muzyka: Taku Iwasaki

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Podyskutuj o Soul Eater na forum Kotatsu Nieoficjalny pl