Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 6/10
fabuła: 7/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 26
Średnia: 5,69
σ=1,7

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Alira14)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Demashitaa! Powerpuff Girls Z

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2006
Czas trwania: 52×25 min
Tytuły alternatywne:
  • And They're Off! Powerpuff Girls Z
  • Powerpuff Girls Z
  • 出ましたっ!パワパフガールズZ
Tytuły powiązane:
zrzutka

Atomówki w wersji japońskiej – czyli jak parodię superbohaterów przerobić na parodię magical girls, gdzie nawet wściekły ramen ma swoje pięć minut, a w spaghetti można się zakochać.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Uwaga – wiem, że kreskówka amerykańska została przetłumaczona razem z imionami postaci, ale pozostanę przy imionach z wersji oryginalnej.

Gdy dowiedziałam się, że Cartoon Network razem z Toei Animation i studiem Aniplex tworzą japońską wersję Atomówek, podchodziłam do tego bardzo nieufnie. Cały czas miałam przed oczami przerażającą wizję małpy Mojo Jojo jako bishounena z traumatyczną przeszłością, chcącego zawładnąć światem, bo profesor Utonium go nie kocha. Kilkakrotne przywalenie głową w biurko pozwoliło mi całkowicie usunąć z mózgu ten straszny obraz. Gdy pojawiły się pierwsze ilustracje, zaczęłam się bać. Że co? Jakiś pies­‑robot w charakterze maskotki? Atomówki walczące za pomocą jojo, baniek mydlanych i młotka? To nie ma prawa być dobre! I wiecie co? Jak ja lubię się mylić!

Dawno, dawno temu, za puszczami i wulkanami, w miasteczku Townsv… przepraszam, w miasteczku Tokyo City, żył sobie profesor Utonium z synem. Robili to, co wszystkie szczęśliwe rodziny – biegali, hasali i w laboratorium eksperymentowali. Jednak któregoś pięknego dnia zdarzył się wypadek! Do składnika X wpadło ciastko ryżowe, zamieniając je w składnik Z! Co gorsza, na świecie rozpętał się ekologiczny chaos! W Tokyo City zaczęły się pojawiać lodowce, na pustyni padało i działy się inne koszmary! Dzielny syn profesora Utonium wystrzelił składnik Z w powietrze i tak ocalił świat. Na tym skończyłaby się normalna bajeczka, ale tutaj zaczynają się efekty uboczne. Otóż w taki sposób wykorzystany składnik Z spowodował powstanie białych i czarnych świateł, trafiających w kogo się dało. Białe światło trafiło w trzy niepozorne dziewczynki – energiczną Momoko, elegancką Miyako i chłopczycę Kaoru, transformując je w superbohaterki! Czy będą potrafiły ocalić Tokyo City przed tak strasznymi bestiami, jak gigantyczne ameby, kłótliwe sushi czy małpa, która by zawładnąć światem, najpierw chce się napchać słodyczami?!

...

Jasne, że tak!

Żeby było jasne – nie ma sensu oceniać logiki w serii, gdzie karp macha łapką na do widzenia odlatującym bohaterkom, potwór zanim rzuci ławką, cierpliwie czeka, aż zejdzie z niej staruszek, a w czasie zażartej walki dziewczyny wraz ze swoimi wrogami robią sobie przerwę na lody. Dlatego proponuję wyłączyć w mózgu opcję „krytyczny dorosły”, a włączyć tę zakurzoną – „radosne dziecko”. Inaczej tylko człowiek sobie zrobi krzywdę.

Jak wiadomo, aby stworzyć idealne dziewczynki, potrzebne są cukier, słodkości i różne śliczności. Zobaczmy, czy tego samego trzeba też do stworzenia dobrego magical girls...

Cukier, czyli fabuła – gdyby twórcy postanowili potraktować to, co się dzieje na ekranie, szczyptą powagi, właśnie bym ostrzyła mój pazur ironii, sarkazmu i cynizmu, by zacząć Teksańską Recenzję Piłą Mechaniczną. Dzięki Ci, Panie, Cartoon Network czuwał nad produkcją i prawdopodobnie przywalał scenarzyście w łeb gazetą za każdym razem, gdy ten chciał wymyślić coś „oryginalnego”. Mamy tu do czynienia z ciepłą komedią, łagodnie parodiującą magical girls i sentai, pełną mrugnięć okiem do fanów oryginalnej wersji. Są to subtelne mrugnięcia, jeszcze nie flirt, ale widać, że chcą przyciągnąć uwagę. Jeżeli oglądaliście amerykańską kreskówkę i teraz wzięliście się za to anime – dokładnie się przyglądajcie temu, co otacza bohaterki, oraz scenom z openingu… Każdy odcinek jest podzielony na dwa dziesięciominutowe. Zazwyczaj historie w nich opowiedziane wyglądają tak – kolejny potwór, stworzony przez kontakt zwierzęcia/przedmiotu/człowieka z czarnym światłem, robi wiele zamieszania i Powerpuff Girls muszą się tym zająć. Nie są to jednak schematyczne walki typu „potwór tygodnia”, ale o tym wspomnę przy omawianiu postaci…

Słodkości – czyli bohaterowie. O dziwo, wszystkie postacie udało mi się polubić. Nawet syna profesora Utonium – Kena, a nie znoszę małych dzieci. Początkowo byłam nieufnie nastawiona do przemiany Blossom (Momoko) z mądrej przywódczyni (amerykańska wersja) w energiczną dziewoję, co chwilę przeżywającą wielką miłość. Pachniało to typową bohaterką magical girls, myślącą tylko o swoim ukochanym [Wstaw tu imię] i o jedzeniu. Ta słodkość jednak okazała się dobra. Momoko w sytuacjach tego wymagających potrafi bardzo sensownie kombinować, przyjaciele są dla niej najważniejsi i zachowuje się jak normalne dziecko w jej wieku. Pisząc normalne, mam na myśli: bez żadnych traum z dzieciństwa typu „zabili mi rodzinę, psa, kota, rybkę morską i do tego podarli rysunek!”. Odnoszę wrażenie, że ubijanie bohaterowi całego kontynentu to już norma… Jest fanką historii typu sentai i co chwilę do tego nawiązuje. Choćby ciągle się kłócąc, że skoro ma czerwony kostium, to powinna być liderką. Pewnie by już dawno miała własnego Tuxedo, ale w kwestiach miłosnych Momoko za bardzo się stara. Najlepiej świadczy o tym scena, gdy biegnie za chłopakiem ze starszej klasy krzycząc "Senpai! Daj, założę ci buty!”. Miyako jest bardzo sympatyczną postacią. Dobrze wychowana, zawsze stara się być grzeczna i nikogo nie urazić. Kaoru zaś stała się moją faworytką po tym, jak zaczęła się kłócić, że nie chce być żadną superbohaterką, bo prędzej umrze, niż pokaże się publicznie w sukience.

Nic jednak nie przebije wrogów, z jakimi dziewczęta muszą walczyć! Wrogów dzielę na dwie kategorie – przeróbki amerykańskich i wymysły Japończyków. W kwestii pierwszej kategorii mam mieszane uczucia. Podobało mi się, co twórcy zrobili z Fuzzym Lumpkinsem, Sedusą czy Gangreen Gangiem (scena pokazująca relacje członków gangu z ich rodzinami – bezcenna). Dodali im historie, jakieś motywacje, a nie tylko „będę się złowrogo śmiać i krzyczeć na ludzi, bo tak mam w scenariuszu”. Najbardziej na tym skorzystała Sedusa, o której wiedzieliśmy tylko tyle, że lubi kraść błyskotki. Nie podobało mi się zaś, co zrobili z Rowdyruff Boys i Mojo Jojo. Rowdyruff Boys w japońskiej wersji są dużo młodsi od dziewczyn i obrzydliwsi, jeśli chodzi o zachowanie. Gdy serial miał być wyemitowany za granicą, amerykańscy cenzorzy kilka scen musieli usunąć. Mojo Jojo… W amerykańskiej kreskówce był idealną parodią Przyszłego Władcy Zła. Dumny, silny, jeden z bardziej szanowanych wrogów, a jednocześnie całkiem śmieszny. W japońskiej wersji… Cóż, gdyby główny bohater Cierpień młodego Wertera Goethego obejrzał to anime, wziąłby swój pistolet i oddał małpce, żeby zrobiła z niego użytek. Momentami miałam ochotę przytulić biednego zwierzaka, któremu nawet zjeść słodyczy nie pozwalają. Poza tym, ja rozumiem, Mojo Jojo to bardzo popularna postać, ale żeby wpychać go na siłę do tylu odcinków? Jeżeli tak jak ja, ktoś nie polubi tej wersji Przyszłego Małpiego Władcy Świata, to oglądanie pierwszych odcinków może być katorgą. Nic, tylko Mojo Jojo i Mojo Jojo. Dopiero w szóstym odcinku mamy do czynienia z kimś nowym.

Wiem, że nie tak leciała ta wyliczanka, ale dla mnie niespodziewanym Składnikiem X są wrogowie wymyśleni przez Japończyków. Zazwyczaj są to przedmioty, które w wyniku kontaktu z czarnym światłem zyskały świadomość i w związku z tym kilka spraw do załatwienia z ludzkością. I to nie są problemy w stylu „Ludzie byli dla mnie niedobrzy, to za karę zawładnę teraz światem i ich zniszczę!”. Zazwyczaj mamy tutaj do czynienia z takimi problemami, jak ramen, który jest wściekły, że ludzie dosypują do swoich porcji jakieś dziwne dodatki, różne rodzaje sushi kłócące się o to, które jest najsmaczniejsze, czy spaghetti napolitano, które ma kryzys tożsamości po tym, jak uświadomiło sobie, że nie jest włoską potrawą tylko amerykańską (Na dodatek w wersji zmutowanej jest taki śliczny! I ma taki męski głos… Kobieto, uspokój się, jesteś za stara na wzdychanie do animowanej personifikacji makaronu, ludzie to czytają!). Gdyby twórcy zamiast wpychać Mojo Jojo, gdzie tylko się da, stworzyli więcej odcinków z tego typu potworkami, to anime dostałoby ode mnie 10/10 za fabułę. Wrogowie wymyśleni przez Japończyków są uroczy, nieszablonowi i w większości przypadków da się rozwiązać ich problemy bez skopywania im tyłków, tylko korzystając z logicznego myślenia. Na przykład – czego może chcieć dom, w którym dziewczyny z lenistwa nie posprzątały ostatniego pokoju? Wyczyszczenia oczywiście!

Różne śliczności, czyli grafika i muzyka. Zanim zacznę omawiać grafikę – tak, jestem tego świadoma, główne bohaterki posiadają palce! Nie ma się czym podniecać! Jak to jest, że za każdym razem, jak pokazywałam to anime znajomym, pierwsza ich reakcja była – „O Boże! One mają palce!”? Twórcom udało się uzyskać aurę słodkości bez używania przesadnej ilości różu i tłustych serduch na cały ekran. Są gdzieniegdzie małe gwiazdeczki, kropeczki i tak dalej, ale zbytnio nie rażą. Proszę tylko nastawić się psychicznie, że człowiek po obejrzeniu odcinka będzie głodny. Bohaterki co chwilę jedzą coś słodkiego, a Momoko jest niemalże słodyczofilem. Co gorsza, te ciastka wyglądają lepiej niż w cukierni obok mojego domu! O czym to ja… A tak. Bardzo podobają mi się transformacje dziewczyn w Powerpuffy (Tak, tego też jestem świadoma. One się transformują. Palce i transformacja, jakoś przy tym ludzie zaczynają wpadać w panikę). Każda z nich ma przy tym własny „taniec” i melodię. Szkoda tylko, że tak rzadko transformują się osobno, zamiast tego autorzy łączą ich przemiany w jeden miszmasz. Kreskę można kochać lub nienawidzić. Wygląda jak próba połączenia kreskówości z typową kreską mang shoujo. Postacie kobiece są rysowane uroczo, reszta wygląda trochę karykaturalnie. Budynki przypominały mi trochę dziecięce rysunki – mało szczegółów, kolor jednolity, ale chyba o takie skojarzenie twórcom chodziło. Jeśli ktoś jest wyczulony, to mogą drażnić błędy typu jednosekundowa pomyłka przy kolorowaniu oka (niebieska źrenica, czarna tęczówka), ale nie znalazłam takich wpadek dużo.

Naprawdę bardzo rzadko zdarza się, by mi podpasowały i endingi, i openingi. Gdy oglądałam Demashitaa! Powerpuff Girls Z, w pewnym momencie zaczęłam sobie nucić razem z bohaterami. Te piosenki są typowe dla seriali magical girls, ale przy tym nie ociekają litrami lukru. Podczas gdy obecnie w modzie są openingi do shoujo słodkie jak ciastka z czterema nadzieniami, trzema warstwami lukru, wisienką, bitą śmietaną i galaretką, muzyka w tym anime jest słodka jak jedna czekoladka. Jednakże po tym, jak w refrenie pierwszego endingu rozpoznałam w „engriszu” nazwy deserów, doszłam do wniosku, że dla własnego dobra nie będę sprawdzać w internecie słów piosenek.

Polecam to anime każdemu fanowi Atomówek, którego nie przeraża fakt, że bohaterki mają palce nie tylko u dłoni, ale też u nóg. Fani magical girls, którzy mają dość schematów typu „Nasza miłość rozbroiła bombę atomową!” będą usatysfakcjonowani. Tak samo fani ciepłych komedii. Jeżeli wciąż w was tkwi ten mały dzieciak, który wierzył, że Polska to nazwa osiedla, a pocztę przynoszą skrzaty – dajcie mu to obejrzeć.

Alira14, 30 sierpnia 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Aniplex, Cartoon Network, Toei Animation
Autor: Craig McCracken
Projekt: Miho Shimogasa
Reżyser: Hiroyuki Kakudou, Megumu Ishiguro
Muzyka: Hiroshi Nakamura, Taichi Master