Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 10/10
fabuła: 8/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 12 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,75

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 228
Średnia: 7,94
σ=1,55

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (JJ)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Casshern Sins

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 24×24 min
Tytuły alternatywne:
  • キャシャーン SINS
Postaci: Androidy/cyborgi; Rating: Przemoc; Pierwowzór: Manga; Czas: Przyszłość (postapokaliptyczna)
zrzutka

„Ten świat zmierza ku zagładzie. Zastanawiam się, dlaczego jest tak piękny…” Prosta, ale niegłupia historia w wyjątkowej oprawie graficznej.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Casshern – pozbawiony pamięci, niezwyciężony heros, superbohater, który zniszczył świat. Wędrując po postapokaliptycznym pustkowiu, walczy z hordami robotów­‑bandytów i ze smutkiem obserwuje umierającą cywilizację maszyn. Zadaje pytania: jak poradzić sobie ze świadomością nieuchronnej śmierci? Traktować ją jako karę, czy jako wyzwolenie? Czy dla niego – odpowiedzialnego za ruinę, zabójcy Słońca zwanego Księżycem – jest jeszcze szansa na odkupienie? A przede wszystkim: czy uznane studio Madhouse potrafi wskrzesić i dostosować do potrzeb współczesnego widza markę sprzed ponad trzech dekad?

Depresyjnego herosa w obcisłym stroju przywołuje z popkulturowego cmentarzyska Casshern Sins, seria telewizyjna na nowo opowiadająca historię tytułowego bohatera Shinzo Ningen Casshan, serialu emitowanego w Japonii w latach 1973­‑74. Nie jest to zresztą pierwszy powrót Cassherna, bo w międzyczasie zdążyła powstać OAV (1993) i film aktorski (2004). Casshern Sins nie wymaga od widza znajomości tych tytułów, a docelowy odbiorca nie musi być wielbicielem Klasyki przez wielkie K – Madhouse udało się bowiem wykorzystać potencjał zawarty w wiekowym już pomyśle do stworzenia zgodnej ze współczesnymi standardami, choć niepozbawionej pewnych uproszczeń serii, która mimo to zachowuje łączność z pierwowzorem.

Słońce zwane Księżycem – Luna, postać z legend krążących wśród poddających się postępującej ruinie robotów, zginęła z ręki Cassherna, pozostawiając świat na pastwę losu. Wtedy właśnie pojawiły się pierwsze oznaki nadchodzącego końca: rdza, zżerająca stalowe ciała maszyn. W chwili, gdy poznajemy Cassherna, zniszczenie jest już posunięte znacznie dalej – ludzie z krwi i kości to rzadko spotykany ewenement, maszyny rozpaczliwie walczą o przedłużenie swojego funkcjonowania, a krajobraz przypomina klasyczne wizje świata po apokalipsie. Tytułowy bohater jest w tym wszystkim trochę zagubiony, nie ma pojęcia, co właściwie doprowadziło do takiego stanu, dlaczego mówią mu, że zabił Lunę i czemu bez przerwy atakują go roboty, twierdzące, że jego śmierć jest w stanie przywrócić życie planecie. Jego egzystencjalne bóle, spotkania z przypadkowymi osobami i próby odzyskania tożsamości stanowią podstawę konstrukcji fabularnej. Oglądając Cassherna, nie mogłem się powstrzymać przed porównaniami z bardzo podobnym pod pewnymi względami tytułem, również z 2008 roku – Kaibą. Podobnie jak w Kaibie, konstrukcja pierwszej połowy serii jest raczej epizodyczna i skupia się na przedstawieniu różnych punktów widzenia na pewien problem, motyw przewodni – w Kaibie były to wspomnienia, w Casshernie są to postawy wobec nadchodzącej śmierci. Jedni nie chcą się jej poddawać za wszelką cenę, inni, wręcz przeciwnie, akceptują ruinę świata, jeszcze inni marzą tylko o tym, by pozostawić po sobie trwały ślad. Często są to historie o bardzo prostej wymowie, poważne, ale raczej grające na emocjach w niekoniecznie wyrafinowany sposób, niż odwołujące się do intelektualnych rozważań. Czy to źle?

Motyw robota jest tu tak naprawdę tylko pretekstem… Nie, nie uciekajcie. Zdaję sobie sprawę, że tego typu deklaracje często rozmijają się z prawdą i stanowią wstęp do nieuzasadnionych peanów na cześć pseudointelektualnego bełkotu i rozgrzebywania filozoficznego śmietnika w ramach wałkowania po raz tysięczny motywów i pytań, które literatura i kino science­‑fiction wyświechtały już tak, że bardziej się chyba nie da. Czym jest człowieczeństwo? Czym jest rzeczywistość? Czy maszyna może mieć uczucia? Czy na pewno wyłączyłam piekarnik? Każdy, kto miał choć przelotny kontakt z twórczością Dicka, Lema czy Asimova, powinien wiedzieć już, że nie ma w tym nic nowatorskiego i że odwoływanie się do tak znanych tematów po raz kolejny w Ambitnych Dziełach pokroju Ergo Proxy czy Ghost in the Shell nie jest niczym, co zasługiwałoby na zachwyt. Twórcy anime chyba nie wiedzą – co potwierdza choćby druga część wspomnianego Ghost in the Shell – tym bardziej byłem więc zaskoczony tym, że Casshern Sins, o dziwo, nie próbuje męczyć widza takimi problemami. Owszem, pojawia się tematyka całkiem poważna i odwołania do klasycznych inspiracji opowieści o sztucznych ludziach – Casshern wiele ma wspólnego z Prometeuszem, a historia Luny, którą poznajemy później, wyraźnie nawiązuje do głęboko zakorzenionych w kulturze mitów o przekraczaniu wyznaczonej przez siłę wyższą granicy i karze za próbę osiągnięcia boskości przez człowieka. Jednak nikt nie przedstawia tutaj jako prawdy objawionej cytatów z filozofów od stuleci przewracających się w grobach, nie usiłuje się oczarować widza urokiem intelektualnych dyskusji na zasadzie „nie wiem, o co chodzi, ale używają trudnych słów, więc pewnie jest mądre”, a wzbudzającymi nieodpartą pokusę walenia głową w ścianę rozważaniami o bycie i niebycie nie próbuje się zastąpić fabuły. Przesłanie serii wprost określa w jednym z ostatnich odcinków tytułowy bohater – to tylko kilka zdań, wypowiedzianych jego natchnionym jak zwykle tonem. Prosto, ale z sercem. Biorąc pod uwagę, że nie cierpię, kiedy anime „oszukuje” – rozrywkowa seria pretenduje do bycia Metaforą, Symbolem i Traktatem Filozoficznym, albo głupawa, ale efektowna sensacja udaje, że ma fabułę – traktuję tę prostotę jako ogromny plus Cassherna. Zwłaszcza że autorom mimo wszystko udaje się przemycić kilka głębszych prawd, o których chcieli powiedzieć.

Przy okazji, przeniesiony w dzisiejsze czasy, Casshern jako bohater wpisuje się w pewien modny trend – czy może nie tyle trend, co raczej naturalny kierunek ewolucji – opowieści o współczesnych herosach. Mam tu na myśli dekonstrukcję superbohatera, pokazywanie jego ludzkich słabości i obnażanie uproszczeń czy nielogiczności, jakie musiałyby cechować świat pozwalający mu na pozostanie nieskazitelnie czystym. Wielbiciele komiksów powinni wiedzieć, o czym mowa, pozostali niech przypomną sobie choćby modnego niedawno Mrocznego Rycerza i pytania zadane w tym filmie – czy można walczyć ze złem i nie upodobnić się choćby częściowo do swoich przeciwników? Czy ten facet w obcisłym stroju nie jest przypadkiem większym pomyleńcem niż wszyscy ci Źli razem wzięci?

Głównego bohatera da się właściwie podsumować w trzech słowach: Casshern ma doła. Dół jest wielki, ciemny i głęboki, a jakby tego było mało, czasem zdaje się, że jedynym zadaniem pozostałych postaci jest jego dalsze rozgrzebywanie. Stanowczo odradzam oglądanie tej serii osobom przeczulonym na przesadny dramatyzm, bo twórcy starają się poruszyć widza nieskomplikowanymi metodami, a zachowania postaci nie raz i nie dwa wydadzą się tak teatralne, że aż śmieszne. Kiedy depresyjny heros wypowiada swoje żale tonem natchnionym niczym poeta romantyczny na szczycie Mont Blanc (z tą różnicą, że zamiast chmurki monolog kończy atak robotów), trudno potraktować go poważnie, a widz musi te cierpienia nierdzewnego Wertera obserwować przez dwadzieścia cztery odcinki, więc niewykluczone, że prędzej czy później jego cierpliwość się wyczerpie. Permanentna depresja Cassherna ma jednak swoje uzasadnienie, trudno przecież oczekiwać wyluzowanego podejścia do rzeczywistości od kogoś, komu na każdym kroku usiłuje się wmówić, że to on wszystko popsuł. Casshern Sins w całkiem interesujący sposób podejmuje też tematykę poświęcenia za innych, polemizując z typowymi przedstawieniami tego motywu i mesjanizmem w stylu emitowanego w tym samym okresie drugiego sezonu Gundama 00 – w którym Setsuna F. Seiei mógł sobie niezobowiązująco pocierpieć za narody, a potem wstać, otrzepać się i dalej w najlepsze spuszczać łomot przeciwnikom Dobra. Casshernowi bliżej do głównej bohaterki Wirtualnej Lain – niezrozumianej i odtrąconej przez otaczający ją świat, nie pragnącej dawać czegokolwiek innym, ale uciec od rzeczywistości – nieosiągalna (bo nawet najpoważniejsze rany na jego ciele goją się w kilka chwil) śmierć byłaby dla niego wyzwoleniem, a nie oddaniem życia za ludzkość. Sytuacje jeszcze bardziej komplikuje fakt, że cierpienia Cassherna spotykają się z zupełnie innym niż mógłby oczekiwać przyjęciem – świat nie prosi go o pomoc, domaga się jej. A czy za taki świat, nie myślący o uczuciach biednego, zdołowanego wojownika, warto oddawać cokolwiek?

Oprawa graficzna to chyba najmocniejszy atut nowego Cassherna – z tak pięknymi tłami nie spotkałem się w żadnej serii telewizyjnej 2008 i 2009 roku. Wizja postapokaliptycznych pustkowi robi ogromne wrażenie już na samym początku, kiedy można jeszcze mieć wątpliwości, czy tak jednostajne krajobrazy mogą zachwycać dłużej niż przez kilka odcinków. Mogą. I wcale jednostajne nie są – Madhouse postawiło nie na jednakowy na przestrzeni całej serii, szarobury styl rodem z Ergo Proxy, ale na ewolucję, zmianę – w kolejnych odcinkach twórcy wciąż starają się zaskoczyć widza czymś nowym. Z początku można mówić tylko o schemacie kolorystycznym zmieniającym się z odcinka na odcinek, później coraz częściej pojawiają się urozmaicenia – najpierw kontrastujące z wizją postapokaliptycznych pustkowi pola kwiatów w odwiedzanych przez Cassherna i jego towarzyszy „oazach spokoju”, później fantastyczne i jaskrawe, niemal nierealne krajobrazy. Zobaczymy też epizod „miejski”, a nawet styl przypominający serie oparte na graficznych eksperymentach, i choć zdarzają się wpadki, a w pewnym momencie jakość oprawy obniża się znacząco, do samego końca autorzy są w stanie pokazać nam coś nowego i zachwycającego. Projekty postaci i robotów z powodu inspiracji serią z lat 70. mogą się wydać brzydkie, ale z pewnością wyróżniają Cassherna na tle większości nowości, a przy tym widać, że stanowią element pewnej spójnej koncepcji. Zastrzeżenia można mieć do animacji – zbyt dużo w serii statycznych kadrów i rozmów na zasadzie „pokaz slajdów z poruszającymi się ustami”, ale kompozycja i wykonanie takich oszczędnie animowanych scen są na tyle dobre, że jestem w stanie przymknąć na to oko. Zresztą w momentach, kiedy jest naprawdę potrzebna – czyli oczywiście podczas bijatyk – animacja prezentuje się całkiem dobrze, a jeśli dodamy do tego charakterystyczną, ciekawą choreografię walk, dostaniemy coś, co ogląda się z wielką przyjemnością.

Oprawa muzyczna stoi na wysokim poziomie – orkiestrowe i instrumentalne utwory Kaoru Wady to na przemian melodie niepokojące i smutne, w dużej części odpowiadające za klimat postapokaliptycznej rzeczywistości Cassherna. Do gustu przypadły mi przede wszystkim gitarowe kompozycje i temat Luny, w którym hipnotyczny, kobiecy głos, wzbudza skojarzenia z jednym z najbardziej rozpoznawalnych motywów ze ścieżki dźwiękowej Higurashi no Naku Koro ni. Opening i endingi nie zrobiły na mnie wrażenia, polubiłem natomiast piosenki Sky i A Path, pojawiające się kilkakrotnie w serii, momentami wręcz nadużywane – jeśli miałbym wskazać największą wadę oprawy muzycznej Cassherna, jest nią właśnie zbyt częste powtarzanie niektórych utworów. W scenach, w których nie pojawia się muzyka, klimat podkreśla natomiast nieprzerwanie obecny na przemierzanych przez głównego bohatera pustkowiach szum wiatru – i czasem robi to nawet lepiej, niż ścieżka dźwiękowa.

Dziwna to seria – z jednej strony może się okazać niestrawna dla młodych fanów, których odrzucą archaiczne projekty postaci i którym treść, z uwagi na brak jasnego jak pięciometrowy neon oznaczenia „to jest Poważne i Głębokie”, wyda się zapewne „zbyt dziecinna”, z drugiej, starsi i bardziej wyrobieni widzowie muszą dać jej spory kredyt zaufania i zaakceptować wiele elementów, które normalnie uznaliby za komiczne – przesadzony do granic dramatyzm, proste przesłanie, nieskomplikowane charaktery bohaterów. W teoretycznie pełnej poważnych pytań i egzystencjalnych problemów postapokaliptycznej rzeczywistości Cassherna wciąż tli się bowiem iskierka innego świata, sprzed zagłady – świata, w którym Ten Zły, stojąc na samotnej skale i powiewając, wykrzykuje imię bohatera w przestrzeń, w którym obrońca uciśnionych zawsze zjawia się znikąd dokładnie wtedy, kiedy własną piersią trzeba osłonić niewinnych, i w którym wygłasza się natchnione, piękne monologi do powietrza. Może i seria daje materiał do przemyśleń, ale tak naprawdę jej największą zaletą jest moim zdaniem prostota – pozorne banały, w które włożono jednak odrobinę uczucia. Czyli tego, czego większości popularnych nowości brakuje. Warto spróbować i dać Casshernowi szansę.

JJ, 27 września 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Madhouse Studios
Autor: Tatsuo Yoshida
Projekt: Yoshihiko Umakoshi
Reżyser: Shigeyasu Yamauchi
Scenariusz: Yasuko Kobayashi
Muzyka: Kaoru Wada